Kupa frajdy? Nie tym razem
W pewnych kwestiach jestem minimalistą i dotyczy to m.in. wykończenia mieszkania. Tak się składa, że parę miesięcy temu przeprowadzaliśmy się z rodziną do nowego domu, więc mogłem zadbać o to, by moja fanaberia się zmaterializowała. I tak poza podłogą mamy niewiele płaskich powierzchni poziomych przyciągających tony kurzu. "Luźne elementy wyposażenia" pod postacią świeczek o zapachu lasu, porcelanowych słoników i ramki ze zdjęciami, na których wyglądamy jak rodzina Addamsów, praktycznie nie istnieje. Szafki, szuflady, kanapy, stoły, lampy etc. są proste w formie i wygodne. A kolorystyka ograniczona została do czterech barw: białej, czarnej, szarej i naturalnego drewna. To ostatnie nadaje chałupie coś, co nazywam "skandynawskim ciepłem", choć brzmi to równie niedorzecznie jak "zadowolony magazynier Amazona". Byłem naprawdę dumny z tego projektu i sposobu, w jaki został zrealizowany. Tak bardzo, że po skończonej robocie wziąłem do ręki butelkę whisky, opróżniłem ją, po czym rozejrzałem się po domu i powiedziałem sam do siebie: "Świetnie. Dokładnie o to chodziło". A następnego dnia wszystko szlag trafił.
Tuż po przeprowadzce cały ten misternie budowany krajobraz zawalił się pod naporem milionów zabawek i innych rzeczy związanych z "największym szczęściem", jak określa się dzieci. Przy wejściu na schody musiałem zamontować ohydną bramkę zabezpieczającą, żeby najmłodszy potomek nie próbował wspinać się samodzielnie na górę. Gdyby podwinęła mu się nóżka, mógłby uszkodzić kilka stopni. Na lśniących frontach szafek pojawiły się zabezpieczenia uniemożliwiające ich otworzenie niemowlakowi. Szczerze mówiąc - mnie również. Od pięciu miesięcy nie mam dostępu do ładowarki telefonicznej, laptopa i kilku innych potrzebnych rzeczy. Mój syn przestał w tym czasie interesować się szufladami, a ja jestem na etapie wybierania łomu, który będzie w stanie zmierzyć się ze szwedzką pomysłowością w dziedzinie bezpieczeństwa. Wspomniałem też o braku w moim wymarzonym domu "luźnych elementów wyposażenia". To nieprawda. Obecnie są nimi pieluchy (zarówno nowe, jak i zużyte), chusteczki, niemowlęce ciuchy, kremiki, pudry, balsamy etc. Znajdują się wszędzie. Ostatnio znalazłem pampersa w lodówce.
Dlatego, gdy słyszę, jak ktoś mówi, że "dzieci to kupa radości", odpowiadam: "Owszem. Ze zdecydowaną przewagą kupy". Najpierw jest to kupa biologiczna, później kupa problemów: z przedszkolem, z alkoholem, z nieodpowiednim towarzystwem etc. Czy dzieci w ogóle potrafią przynosić człowiekowi radość? Owszem. Ogromną. Mniej więcej po wypełnieniu po brzegi 800 pieluch mój półtoraroczny syn złapał mnie za rękę, zaprowadził do garażu i powiedział "Tata. Brum brum". Popłakałem się ze szczęścia, bo już wiem, że pójdzie w moje ślady. Podobnie jak córka, która ma 5,5 roku i potrafi już kręcić kierownicą, a nawet zmieniać biegi. Myślę, że niebawem będzie gotowa, żeby zdawać egzamin na prawo jazdy. A ja już jestem z niej dumny i zastanawiam się, jaki samochód jej kupić.
Przyszedł mi do głowy Lexus. Lubię tę markę za bezpretensjonalny luksus i poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewnia. Jeździłem ostatnio modelem GS 300H, który sprawdził się w roli eleganckiej i komfortowej limuzyny na dłuższe wypady. Jest cichy, ma doskonale wykończone wnętrze i intuicyjną obsługę. Ale największą jego zaletą jest to, że nie kłuje w oczy tak jak choćby BMW serii 5. W słowach "Patrz, gość ma bmw" jest zazwyczaj tyle podziwu i sympatii co w: "Zobacz, koleś ma półpaśca". Tymczasem "Spójrz, on jeździ lexusem" jest równoznaczne z "Chętnie oddam panu swoją córkę". Po prostu ta marka budzi jakiś dziwny rodzaj szacunku i zaufania.
Obawiam się jednak, że ludzie, którzy projektowali GS-a, kompletnie go spieprzyli, wkładając do niego jednostkę napędową oznaczoną symbolem 300H. O ile mocniejsza wersja 450H jest szybka, a przy tym ekonomiczna, to jej młodsza siostra ma w sobie tyle życia, co kamień. Wbijacie pedał gazu w podłogę, prosząc ją tym samym, by raczyła przyspieszyć, a ona reaguje na to mniej więcej tak: "Na pewno? Muszę? Przecież tak dobrze się jechało. Może jednak zdejmiesz tę nogę z gazu? Nie? No dobra, zobaczę co da się zrobić". I wtedy zaczyna się wycie, walka o każdy kilometr na godzinę, a przy 190 km/h okazuje się, że to limit możliwości tego auta. Innymi słowy płacicie ok. 250 tys. zł za samochód, który jest wolniejszy od kii cee’d. Hmm... Chyba nie tak miało to wyglądać.
Można jednak rozwiązać ten problem za pomocą kilkudziesięciu dodatkowych tysięcy i fantastycznej wersji 450H. Ona jest solidna, nieskazitelna i lśniąca jak granit, którym wyłożyłem sobie kominek. Kładąc na nim zużytego pampersa, otrzymuje się wersję 300H. To, że coś tu nie pasuje, aż kłuje w oczy.
@RY1@i02/2014/236/i02.2014.236.000002100.803.jpg@RY2@
Lexus GS 300H
@RY1@i02/2014/236/i02.2014.236.000002100.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu