Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Twoje zdrowie, mercedes!

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 10 minut

Mercedes G500

W naszym narodzie zanika pojęcie życia towarzyskiego. Dawniej mogłem zadzwonić do pięciu losowo wybranych osób z listy w telefonie, a już po kwadransie piliśmy razem wódkę i opowiadaliśmy sprośne dowcipy. Dzisiaj we wszystkich wolnych chwilach dwie z tych osób biegają, dwie jeżdżą na rowerze, a jedna smaży kotlety sojowe. Face to face widuję się z nimi raz w roku - przypadkiem, 1 listopada na cmentarzu, i to wyłącznie dlatego, że Mark Cukrowagóra nie wymyślił jeszcze sposobu na podłączenie granitowej płyty do sieci z możliwością zapalenia wirtualnego znicza. Za to dzień w dzień widuję moich znajomych face to Facebook. I przyznaję, że dzięki temu dowiaduję się o nich mnóstwa ciekawych rzeczy. Wiem, że Karol kupił sobie pomarańczowe, świecące w ciemności buty z naszytą z boku wielką literą "N", jakby chciał podkreślić, że są Nowe. Biega w nich codziennie, przy okazji próbując zarazić świat swoją pasją robienia zdjęć gałęziom, liściom, kamieniom i źdźbłom trawy. Z kolei Radek nabył jakieś cudowne siodełko do superhipergigaroweru, które podczas jazdy pobudza mu prostatę tak, że co pięć minut musi zatrzymywać się na siku. Domyślam się, że jest to dla niego dość uciążliwe, bo za każdym razem musi zdejmować z siebie obcisły kombinezon, w którym wygląda jak wodzirej na berlińskiej paradzie równości. Tymczasem Adam, który jeszcze wczoraj ważył tyle co mały dom jednorodzinny, dzisiaj jest misterem fitness, nie pije, nie pali, a z samej rzeżuchy potrafi przygotować ze trzydzieści potraw.

Ja bieganie uważam za najbardziej idiotyczny sposób spędzania wolnego czasu, zaś mój rower tyle lat stał nieużywany, że aby go przywrócić do życia, musiałbym wykąpać go w całości w WD40, co byłoby raczej nieopłacalne. Mistrem fitness też nie jestem, więc selfik w moim wykonaniu, na którym- wzorem Adama - prężyłbym się przed lustrem jak kocica w rui, dokonałby większego spustoszenia niż Catherine Ashton na okładce "Playboya". Nie mogę też publicznie przyznać się do tego, że samotnie spożywam wódkę, bo od picia do lustra gorsze jest już ponoć tylko jedno - brak środków do picia. Wydaje mi się jednak, że w ostatnich dniach odkryłem pewną niszę, w której nie trzeba biegać, pedałować, przebierać się w damskie ciuchy ani żreć rzeżuchy, żeby mieć jakiś wspólny cel, temat do rozmowy, a przede wszystkim - żeby spotkać się w celu miłego spędzenia czasu. A zawdzięczam to mercedesowi. A dokładniej modelowi G500.

Jeżeli choć trochę interesujecie się motoryzacją, to wiecie, że tzw. galenda produkowana jest od 35 lat w niemal niezmienionej postaci, choć oczywiście po licznych udoskonaleniach technicznych. To mniej więcej tak, jakby wam dane było dożyć 600. urodzin. W tym czasie wymieniliby wam kilka razy serce, regularnie wstrzykiwali botoks i kazali garściami zażywać witaminy, ale zachowalibyście rysy twarzy, charakter, wigor i styl.

No więc w Święto Niepodległości wybrałem się tym czymś do starej nieczynnej żwirowni, by sprawdzić, czy rzeczywiście nadaje się do jazdy w terenie. Tam spotkałem ludzi, którzy nie wiedzieli, czym jest Facebook, i do głowy by im nie przyszło, aby kupić buty do biegania. Zamiast nich na nogach mieli gumiaki, a za pazuchą - piersiówki. Na wypadek, gdyby się okazało, że jednak nie uda im się wyjechać z błota przed zmierzchem i będą musieli poczekać do 12 listopada, aż jakiś rolnik ruszy im na pomoc swoim ursusem. Szybko się dogadaliśmy, a moje G500 okazało się przepustką do tego szalenie ciekawego świata. Niebywałe, pod jakie górki jest w stanie podjechać, jakie garby pokonać i przez jakie błoto przebrnąć. Ma coś, co fachowcy nazywają blokadą mechanizmu różnicowego, oraz jakiś reduktor. Nie mam bladego pojęcia, jak to działa i gdzie jest zamontowane, ale wiem, że działa świetnie. Bo na przykład podjechałem galendą pod górę, pod którą nie udało mi się podejść na własnych nogach. I nawet w rakach, z czekanem i całą resztą alpinistycznego ekwipunku miałbym z tym problem. Tymczasem galenda zrobiła to z łatwością i ze zwinnością, z jaką Hofman brał diety na delegacje.

Po tych słowach możecie wysnuć wniosek, że G500 jest bardzo dobrym samochodem. Ale nie jest. Na autostradzie zachowuje się jak kontenerowiec - ruszacie kierownicą, a zaczyna skręcać dopiero następnego dnia. Ludziom, którzy go projektowali, za wzór postawiono pustaka, przez co we wnętrzu jest cholernie głośno. A jakość wykonania - co tu dużo mówić - odbiega od tej znanej choćby z klasy E. A mimo tych wszystkich ewidentnych wad jest w tym aucie magia. To, jak wygląda, sposób, w jaki jeździ, jak łączy solidność z luksusem (we wnętrzu znajdziecie skórę na siedzeniach, desce rozdzielczej i suficie, nawigację, audio Harmana Kardona i elektryczne wszystko) skłaniają mnie do postawienia tezy, że wart jest każdej złotówki z 500 tys. zł, jakie trzeba za niego zapłacić. Te pieniądze płaci się za charakter, jakiego mogą mu zazdrościć wszystkie najbardziej luksusowe SUV-y razem wzięte. Paradoksalnie bowiem nie kupuje się go wyłącznie po to, by jeździć w terenie. To tak naprawdę tylko dodatek do jego wyjątkowego stylu. Złapałem się na tym, że traktowałem go jak kumpla. Wychodząc na papierosa, klepałem go po wielkiej masce, gadałem coś do niego bez sensu, zaś podczas jazdy wyłączałem radio, by posłuchać, co do powiedzenia ma on. A miał sporo - jego 388 koni upakowanych w 5,5-litrowe V8 wydaje dźwięki, przez które nie nadążałem ze zmianą bielizny.

G500 okazał się jednym z najmniej doskonałych i jednocześnie najlepszych samochodów, jakimi jeździłem. Wpisuję go na swoją niedługą listę aut pt. "Chcę go mieć". Także dlatego, że podobnie jak ja, lubi sobie chlapnąć - 20 litrów na setkę to zupełnie normalny wynik. Tak więc wreszcie będę miał z kim się napić.

@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.00000120a.803.jpg@RY2@

Mercedes G500

@RY1@i02/2014/221/i02.2014.221.00000120a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.