Ivan groźny. Szczególnie w ataku
Ivan Zaytsev ma rosyjskie korzenie, ale gra dla Włoch. Niestety, właśnie pożegnał się z mistrzostwami - przez kontuzję stawu skokowego
Pana ojciec Wiaczesław był znakomitym siatkarzem, a mama Irina nie mniej znaną pływaczką. Nic dziwnego, że ludzie myślą: "Ivan też musiał zostać sportowcem".
To trochę fałszywy obraz, bo nikt mnie do niczego nie zmuszał. Pasja do siatkówki narodziła się sama, choć pewnie skłamałbym, mówiąc, że tata nie miał z tym nic wspólnego.
I ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, bo ma w kolekcji olimpijskie złoto i dwa srebra. Tylko proszę nie mówić, że nie chciałby mu pan dorównać...
Dorównać? Chcę być lepszy! Ale - mówiąc poważnie - powtórzenie jego osiągnięć jest dzisiaj bardzo trudne. Poziom włoskiej siatkówki jest zupełnie inny niż pozycja, którą w latach 70. miała Rosja. Na razie mam w kolekcji jeden medal olimpijski - brąz w Londynie. Wszystko przede mną, choć nigdy nie myślałem o rywalizacji z ojcem.
A jak zareagował, gdy porzucił pan kraj swoich przodków i zdecydował się grać dla Italii?
Nie robił żadnych problemów. Zrozumiał, że w zasadzie nie mogłem postąpić inaczej. Urodziłem się we Włoszech i wróciłem do tego kraju, gdy miałem dziewięć lat. W Rosji skończyłem tylko trzy klasy szkoły podstawowej. To Italia mnie ukształtowała, tam dorastałem. Dla mnie wybór był naturalny.
A dużo brakowało, żeby został pan hokeistą?
Bardzo dużo. To były tylko dziecięce marzenia. Siedziałem przed telewizorem i wpatrywałem się w swoich idoli. Chciałem być bramkarzem, ale przyznam, że nigdy nawet nie spróbowałem ślizgać się z kijem. Siatkówka pochłonęła mnie całkowicie.
Do tego stopnia, że zaczął pan zmieniać pozycje na parkiecie. Najpierw jako przyjmujący, dzisiaj - jeden z najlepszych atakujących świata.
Historia jest trochę przypadkowa. Miałem kontrakt w Romie, grałem jako przyjmujący. Drużyna borykała się z problemami w ataku i postanowiliśmy spróbować. Miałem odpowiedni wzrost, niezły wyskok. Na początku czułem się trochę dziwnie, ale przyzwyczaiłem się do zmiany pozycji. Nie żałuję.
To idźmy trochę dalej. Jak ocenia pan swoją pozycję w drużynie, ale w szerszym znaczeniu. Specjaliści są zgodni: Zaytsev jest dziś najlepszym włoskim zawodnikiem. Nawet trener Iranu mówił po ostatnim meczu, że jego zespół wygrał, bo udało się pana zatrzymać.
Miło to słyszeć, ale żeby drużyna dobrze funkcjonowała, nie wystarczy jeden zawodnik. Przypominam sobie wiele meczów, w których grałem bardzo dobrze, a mimo to przegrywaliśmy. Dlatego nie chcę przeceniać swojej roli. A co do Iranu, taki mecz nie powinien się zdarzyć w naszym wykonaniu. Mam nadzieję, że teraz to naprawiamy.
I zaczynacie myśleć o medalu?
Nie. Ani o tytule mistrzów świata, ani o medalu. Koncentrujemy się na kolejnym meczu.
Dlatego że Italia odzwyczaiła swoich kibiców od sukcesów? Ostatni tytuł to mistrzostwo Europy w 2005 r. A przecież jeszcze w latach 90. Włosi byli potęgą, trzykrotnymi mistrzami świata.
Inne drużyny nadają dzisiaj ton: Rosja, Brazylia. My dochodzimy do fazy medalowej, ale zatrzymujemy się zwykle na drugim albo trzecim miejscu. Tak było na igrzyskach w Londynie, w Lidze Światowej albo w mistrzostwach Europy. Przegrywamy zawsze w najważniejszych meczach.
Kwestia przygotowania psychologicznego?
W znacznym stopniu tak. Mam wrażenie, że nieraz podchodziliśmy do ważnych spotkań nieodpowiednio przygotowani.
Ale jak pan podchodzi do serwisu, to tej presji nie widać. W tamtym roku w mistrzostwach Europy zagrywał pan najskuteczniej. To tylko talent?
...i spokój. Jakkolwiek to zabrzmi, staram się całkowicie wyluzować. Nie myśleć o niczym. Tylko ja i piłka, którą muszę posłać na drugą stronę siatki. Jak najsilniej i jak najbardziej precyzyjnie.
Pomówmy chwilę o innych pasjach. Już w 2008 r. został pan mistrzem Włoch w... siatkówce plażowej.
Może kogoś zaskoczę, ale mam do niej większy sentyment niż do normalnej siatkówki. Problem w tym, że uprawianie plażówki we Włoszech jest trudne. Brakuje sponsorów, zainteresowanie jest niewielkie, trudno się wybić. Na pewno trudniej niż w tradycyjnej siatkówce.
A tenis?
To zainteresowanie mam chyba po siostrze, która grała wyczynowo, choć nie było jej dane zrobienie kariery na miarę turniejów ATP. Zastanawiałem się kiedyś, co mi się tak podoba w tenisie, i doszedłem do wniosku, że strona mentalna. Dwóch zawodników jest zdanych tylko na siebie. Same umiejętności nie wystarczą, mecz rozgrywa się również w ich głowach. Lubię, jak gra Federer. Pociąga mnie też koszykówka, ale piłka nożna już nie.
Włoch i nie lubi futbolu?!
Właśnie dlatego, że jest go tak dużo i że ludzie przywiązują do niego taką wagę. Gdybyście nagle pozbawili Włochów tej przyjemności, wybuchłaby wojna. Nie podoba mi się ta przesada: za dużo pieniędzy, za wielka wrzawa. Znani piłkarze nie mogą spokojnie wyjść z domu, bo zaraz się robi zamieszanie.
Do niektórych z nich jest pan jednak podobny dzięki charakterystycznej fryzurze przypominającej irokeza. Skąd taki pomysł? Niektórzy podejrzewają, że to zabieg marketingowy.
Zaczęło się z powodów praktycznych. Miałem za długie włosy, więc brałem maszynkę i jechałem po głowie. Czasami jeszcze tak robię, ale proszę zobaczyć, teraz fryzura jest... bardziej normalna. Żona trochę się złości, jak mam za bardzo postawione włosy.
Rzeczywiście chce pan grać do 41. roku życia, jak ojciec?
Jeśli tylko zdrowie mi na to pozwoli, to czemu nie? Potem nie będę miał z siatkówką nic wspólnego. Może otworzę małą restaurację. Nie musi być we Włoszech, ale koniecznie nad morzem. To moja kolejna pasja.
@RY1@i02/2014/175/i02.2014.175.000001500.802.jpg@RY2@
MICHAŁ NOWAK/NEWSPIX/PL
Zaytsev urodził się we Włoszech i tam mieszka. W młodości chciał być hokeistą
Rozmawiali Remigiusz Półtorak i Artur Bogacki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu