Cellulit musi zniknąć. Wtedy kupię sobie Range’a
Nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, niemniej zamieszanie wokół Legii i tego szkockiego Cellulitu Glasgow, czy jak mu tam, dało mi do myślenia. Mamy bowiem taką sytuację: drużyna, której dwukrotnie spuściliśmy manto, poskarżyła się do UEFA, że jeden z piłkarzy Legii biegał po boisku przez trzy minuty, choć nie powinien. W dodatku skarży się po fakcie, czyli tuż po tym, jak przegrała drugi raz. A teraz przełóżmy to na życie: wasz syn dostaje od szkolnego kolegi porządne lanie, ale umawia się z nim na rewanż za parę tygodni. W tym czasie ćwiczy, wcina białko z puszki, wykupuje karnet na siłownię, a wy wynajmujecie mu osobistego trenera. Mimo to rewanżową potyczkę przegrywa. Co mu wtedy doradzacie? Żeby pobiegł do dyrektora na skargę? Żeby pożalił się wychowawczyni? Żeby napisał do kuratorium? A może wypłakał w rękaw samemu ministrowi edukacji? Oczywiście, że nie. Wiecie przecież, że donosicielstwo to najgorsza z cech.
Można przegrać z fasonem - podnieść się, otrzepać spodnie, wytrzeć rękawem krew i krzyknąć: "Jeszcze się policzymy!" albo "Twoja matka jest świetna w łóżku!". Tymczasem przegrana zakończona donosem pachnie całkowitym brakiem honoru. Donosicieli nikt nie lubi, na zajęciach wuefu nikt nie chce być z nimi w drużynie. Są słabeuszami, a ich jedyną linią obrony jest zastraszanie: "Bo powiem pani", "Bo zawołam rodziców". Donosiciele to po prostu cieniasy. W szkockim wydaniu nawet podwójne, bo po zejściu z boiska zakładają spódniczki w kratkę. Gdybym pracował w UEFA i akurat do mnie przyszedłby jakiś rudy, piegowaty Ervin i powiedział: "Słuchaj, bo ci Polacy, którzy przez 180 minut lali nam skórę, to przez trzy ostatnie minuty troszkę oszukiwali", to strzeliłbym go w pysk, kazał przestać się mazać i skierował na terapię męskości do Rafalali. A na miejscu kibiców Cellulitu, wypiąłbym na drużynę tę część ciała, na której ów cellulit najczęściej się pojawia. Bo piłka nożna to nie sport dla dziewczyn.
Nie mam pojęcia, jak mam teraz nawiązać do samochodu, którym jeździłem w ostatni weekend. Chociaż... coś przyszło mi do głowy. No więc kraj, w którym produkowane jest to auto, ma to nieszczęście, że sąsiaduje ze Szkocją. Mam na myśli Anglię i Range Rovera Sport. Range Rover jest w świecie samochodów tym, czym Zippo w świecie zapalniczek, Victorinox w świecie scyzoryków i relaxy w świecie obuwia zimowego - to legenda, historia i prestiż. To Range’owi zawdzięczamy najbardziej idiotyczny z segmentów aut - luksusowe terenówki, czyli samochody, które w królewskich warunkach są w stanie przetransportować was przez kambodżańską dżunglę. Choć oczywiście jeszcze nikt nigdy tego nie próbował - 99 proc. ikspiątek czy kusiódemek nigdy nie miało styczności z innym podłożem niż asfalt. W przypadku Range Rovera Sport jest podobnie, niemniej to jedyny luksusowy SUV, który NAPRAWDĘ doskonale radzi sobie w trudnym terenie. Co nie oznacza, że nie radzi sobie na asfalcie. Przeciwnie, na autostradzie okazał się tak pewny siebie, precyzyjny i cichy, że gdy jechałem nim 140 km/h to wskazówka prędkościomierza właśnie mijała cyfrę 200. Urzekło mnie również przyspieszanie, ale nie tyle jego czas, ile odczucie, że 339 koni upakowanych w osiem cylindrów nie wkłada w pracę najmniejszego wysiłku - leżą sobie na leżakach, moczą kopyta w basenie i popijają mojito. A gdy prawą stopą poprosicie je, by wzięły się do roboty, robią tylko delikatne "pchrrryyyy" i po niecałych siedmiu sekundach jedziecie setką.
Chcecie wiedzieć więcej? No więc w nowym Sporcie macie do dyspozycji system Terrain Response (nie wiem, jak to działa, ale są tam symbole kaktusa, zamkniętej parasolki i śnieżynki), hektary skóry, doskonałe wykończenie, a to wszystko przy zachowaniu prostoty i przejrzystości, o której Niemcy już dawno zapomnieli. Owszem, wnętrza bmw czy mercedesów pachną nowoczesnością, ale w pretensjonalnym, udziwnionym wydaniu. Mnóstwo w nich przycisków, pokręteł, ekranów, wyświetlaczy i bajerów opakowanych w łukach, kwadratach, rombach i figurach geometrycznych, przez które Pitagoras przewraca się w grobie. Tymczasem wnętrze range rovera pozostaje cholernie eleganckie w swej prostocie. Jest jak dwuczęściowy czarny garnitur z marynarką na dwa guziki od Hugo Bossa - ponadczasowe. Przez całe życie możecie mieć tylko jeden egzemplarz: najpierw zdawać w nim maturę, później chodzić na rozmowy o pracę, kilka razy się ożenić, na koniec zostać w nim pochowanym, a on nadal będzie wyglądał jak nowy.
Długo szukałem jednego słowa, którym mógłbym określić Range’a. Nie znalazłem żadnego, ale najbliższe prawdy wydaje mi się "dostojny". Na tle innych aut swojej klasy wygląda jak Pierce Brosnan na tle parady transwestytów. I sprawia wrażenie takiego, który - gdyby tylko miał ręce - z przyjemnością zaparzyłby wam filiżankę herbaty. Jest po prostu przyjazny.
O nowym BMW X5 czy o Porsche Macanie napisałem, że są to SUV-y, którymi "mógłbym jeździć na co dzień". Tymczasem RR Sport jest pierwszym SUV-em, którym chciałbym jeździć na co dzień. Mimo kilku drobnych wad, jakie ma (np. żeby dosięgnąć ekranu nawigacji, musicie mieć ręce szympansa albo posługiwać się pałeczkami do sushi), jest autem doskonałym. Jedynym, co - poza ceną - nie pozwala mi na jego zakup, jest świadomość, że kilku graczy z Cellulitu Glasgow już zamówiło go dla swoich żon.
@RY1@i02/2014/157/i02.2014.157.000001800.803.jpg@RY2@
Range Rover sport SDV8
@RY1@i02/2014/157/i02.2014.157.000001800.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu