Dziennik Gazeta Prawana logo

Konflikt, którego nie było

29 czerwca 2018

Najwięcej Polaków w mundurach, najwięcej poległych na froncie. Wbrew pozorom to obraz pierwszej, a nie drugiej wojny światowej. Obraz zupełnie nieobecny w naszej pamięci

Niemieccy saperzy umieścili tysiące butli ze sprężonym chlorem, łącząc po kilka rurą skierowaną w stronę okopów wroga. 31 maja 1915 r. w nocy żółto-zielona chmura zaczęła powoli sunąć w stronę aliantów. Ci byli kompletnie zaskoczeni. Gaz dusił i parzył. Z oczu płynęły im łzy, wymiotowali, potem pojawił się straszliwy bolesny kaszel oraz plucie krwią. Ci, którzy tracili przytomność i padali na ziemię, szybko umierali. Ich twarze puchły, czerniały, na ustach mieli krwawą pianę.

Straty aliantów były bardzo duże, lecz na ich szczęście wiatr przesunął chmurę chloru ponad pierwszą linią okopów. Dlatego, gdy w ślad za gazem do natarcia ruszyły niemieckie oddziały, przywitał je gęsty ogień karabinów maszynowych koszących całe tyraliery. Atak się załamał.

To scena, która kojarzy się z belgijskim Ypres - bo to tam po raz pierwszy użyto podczas wojny broni chemicznej. Mało kto wie, że Niemcy używali gazu też na froncie wschodnim w walce z Rosjanami. W tym wypadku podczas bitwy w okolicach Bolimowa nad Rawką, ledwie 50 km na zachód od Warszawy. Pod Bolimowem Niemcy użyli dwa razy więcej gazu niż w Belgii, przez co straty zaatakowanych były kilkukrotnie większe. Pod Ypres trujące opary zabiły ponad 300 żołnierzy, pod Bolimowem - od 1,5 tys. do 2 tys.

O ile niemal wszyscy słyszeliśmy o użyciu gazu przez Niemców w Belgii, o tyle mało kto zna epizod znad Rawki. To pokazuje, że choć I wojna światowa na ziemiach polskich była wyniszczająca i krwawa, to praktycznie nie istnieje w naszej pamięci historycznej.

Identyczna wojna

A przecież konflikt w naszej części Europy był równie krwawy jak na Zachodzie. - Stereotyp I wojny, jeśli już w ogóle istnieje w naszej pamięci, to wyobrażenie frontu zachodniego, walk w okopach i ataków gazowych. I tyle - podkreśla prof. Włodzimierz Borodziej, współautor książki "Nasza Wojna. Tom I. Imperia, 1912-1916".

Tymczasem front zachodni oraz wschodni były naczyniami połączonymi. Na obu działania były symetryczne i realizowane identycznymi środkami. Najpierw była faza wojny manewrowej, bo sztabowcy każdej ze stron zakładali, że zanim nadejdzie jesień, to ich wojska będą w Berlinie lub Paryżu. Niemcy podjęli więc wielką ofensywę według planu Schliffena z zamiarem zajęcia Paryża od północy, jednak Francuzom udało się odeprzeć ich atak w bitwie nazwanej cudem nad Marną. Cud był możliwy, bo część wojsk Kaisera zostało odesłanych na wschód, by obronić Prusy przed Rosjanami. Niemcom udało się pokonać dwie rosyjskie armie w bitwie pod Tannenbergiem.

Podobieństw między oboma frontami jest znacznie więcej. Gdy Rosjanie doszli pod Kraków, to z miasta zaczęły kursować na linię frontu ambulanse zwożące rannych. O paryskich taksówkach wiozących żołnierzy nad Marnę na linię frontu wie cały świat, o samochodach z Krakowa toczących się na wschód , by ratować rannych, już mało kto.

Na Wschodzie bez zmian

Ale po fazie manewrowej na Wschodzie i Zachodzie doszło do wojny pozycyjnej. Okrutnej, wyczerpującej siły każdej ze stron, powodującej zezwierzęcenie oraz zobojętnienie żołnierzy.

Na przedmieściach Warszawy, na linii Bzury i Rawki, od grudnia 1914 r. przez ponad sześć miesięcy trwały wyczerpujące zmagania, równie zaciekłe, jak te na Zachodzie opisywane przez Ericha Marię Remarquea w "Na Zachodzie bez zmian" czy Ernsta Juengera w "Stalowych burzach".

Rosyjscy i niemieccy żołnierze na terenie Kongresówki wryli się w ziemię, budowali kolejne linie transzei, schronów i ziemianek. Używali karabinów maszynowych, granatów, moździerzy czy katapult okopowych wyrzucających pociski w stronę przeciwników. Zarówno nad Marną, jak i nad Rawką zaczęła się przedziwna wojna będąca skrzyżowaniem średniowiecznych metod walki oblężniczej z najnowocześniejszą techniką zaprzęgniętą w służbę zabijania. Z jednej strony były to precyzyjnie wyliczane sektory ostrzału dla karabinów maszynowych czy wyliczane metodami statystycznymi zapotrzebowanie na pociski artyleryjskie. Pojawiały się coraz to nowe wojskowe specjalności: snajperów, grenadierów, obsługi lekkich karabinów maszynowych, obsługi ciężkich karabinów maszynowych czy okopowych artylerzystów wynajdujących nietypowe metody ostrzału przeciwników. Z drugiej strony to brutalne szturmy, walka wręcz nie tylko na bagnety, ale na pałki czy zaostrzone saperki. Wreszcie podkopy pod wrogie umocnienia, których celem jak w średniowieczu było podłożenie miny i wysadzenie obrońców w powietrze. Atak od strony Skierniewic. Stosy trupów, ustawicznie walące się do wody, po pewnym czasie utworzyły taki zator, że woda (...) wystąpiła z brzegów (...) prusacy (pisownia oryginalna) darli się po trupach, zwiększając co chwila wał, tworzący się z coraz to nowych ofiar, aż wreszcie wpadli na okropny pomysł i poczęli z trupów poległych towarzyszów budować wały trupi okop..." - opisuje świadek tych wydarzeń cytowany przez Pawła Rozdżestwieńskiego i Jakuba Wojewodę w pracy "Bzura Rawka 1914-1915".

Dzięki tego typu atakom, jak głosił niemiecki frontowy komunikat, siłom 36. Dywizji Piechoty udało się zmusić "nieprzyjaciela do cofnięcia się na wschodni brzeg wioski". Straty i zniszczenia były więc porównywalne z tymi na froncie zachodnim. Pobliski Sochaczew został zniszczony aż w 90 proc., podobnie okoliczne wsie, charakter zmieniała cała okolica. Weteran kampanii wrześniowej por. Andrzej Doroszewski opowiadał, że jedną z przyczyn skutecznych niemieckich ataków lotniczych i artyleryjskich nad Bzurą w czasie II wojny był fakt, że nie było gdzie się ukryć, bo drzewa były rzadkie i zostały posadzone po I wojnie. Równie mordercze starcia odbywały się nie tylko pod Sochaczewem, lecz także na froncie w Karpatach w Galicji (np. walki w okolicach przełęczy Żebrak) czy w rejonie Przasnysza, gdzie w ciągu pół roku obie strony straciły 100 tys. żołnierzy.

Wojna na Wschodzie na sposób naukowy

Symbolem naukowych i zarazem zbrodniczych metod używanych w służbie Marsa stały się ataki gazowe. Po raz pierwszy użyto broni chemicznej pod Langemark koło Ypres 22 kwietnia 1915 r. Po raz drugi nad Rawką 31 maja 1915 r. - na 12-kilometrowym odcinku frontu, dwukrotnie dłuższym niż w Belgii.

Atak mimo 12 tys. zabitych i rannych po stronie rosyjskiej nie przyniósł powodzenia. Niemcy jeszcze dwukrotnie próbowali przełamać w tym rejonie front za pomocą chloru: 12 czerwca i w nocy z 6 na 7 lipca. Świadkiem jednego z ataków był, cytowany przez Rozdżestwieńskiego i Wojewodę, oficer Maks Wild, który towarzyszył autorowi koncepcji bojowego użycia gazu - prof. Fritzowi Haberowi. - Zapytałem profesora, czy nie uważa, że atakowanie ludzi w ten sposób jest głęboko niehumanitarne? Na to profesor odpowiedział mi w poważnym, lecz lekko pobłażliwym dla mnie tonie: Ma pan rację ze swego punktu widzenia. Ale w tej wojnie, którą toczy cały świat, skrupuły moralne nie liczą się. My nie możemy postępować inaczej, jeśli chcemy uratować naszych ludzi" - relacjonował Wild. Haber, profesor chemii, późniejszy noblista, ewangelik o żydowskich korzeniach, był nowym typem naukowca, który uważał, że nauka ma obowiązek włączyć się w wojnę.

Ataki pod Bolimowem, choć okrutne, nie pozwoliły przełamać frontu, pokazały za to, jak kapryśna jest nowa broń. Podczas ostatniego z nich wiatr zmienił kierunek i chmura chloru ruszyła z powrotem w kierunku niemieckich pozycji. W efekcie gazem zatruło się 1200 Niemców. Ofiary własnej broni niemieckie dowództwo chowało potajemnie, nie chcąc wzbudzać paniki we własnych szeregach.

Front wschodni na terenie Polski stał się także miejscem wprowadzenia militarnych nowości taktycznych. Równolegle z próbami przełamania frontu nad Bzurą i Rawką w maju 1915 r. Niemcy i Austriacy rozpoczęli ofensywę w Galicji. Wyróżniało ją staranne rozpoznanie przeciwnika i straszliwe wielogodzinne przegotowanie artyleryjskie "Rozkazy, jakie otrzymałem, były proste. Na zmianę strzelać szybciej lub jeszcze szybciej" - wspominał jeden z cesarsko-królewskich oficerów cytowany w książce "Nasza wojna". W efekcie niektóre rosyjskie pozycje po prostu zniknęły, zniszczone zostały Gorlice, w których zginęło kilkuset cywilów.

To działania, które stały się podstawą do późniejszych wielodniowych huraganów ogniowych na froncie zachodnim. Front został przełamany, państwa centralne odzyskały Galicję Wschodnią, a Rosjanie w Królestwie Polskim zagrożeni w ten sposób od południa w czerwcu zdecydowali się na odwrót. W efekcie front ustabilizował się na linii leżącej nieco na zachód od późniejszej wschodniej granicy II RP. Ale mimo to nie przestał być laboratorium. W 1917 r. podczas szturmowania Rygi Niemcy po raz pierwszy użyli specjalnych grup szturmowych. Doborowych formacji piechoty wyposażonych w ręczne miotacze płomieni, karabiny maszynowe i moździerze, prowadzących atak zwykłej piechoty. Grupy szturmowe stały się potem postrachem Francuzów, Brytyjczyków i Amerykanów.

Rekordowa liczba Polaków w mundurach

Wśród ofiar gazowych ataków pod Bolimowem byli Polacy służący w carskich mundurach. Z kolei po drugiej stronie okopów były jednostki armii cesarskiej składające się z Wielkopolan, Pomorzan czy Ślązaków. Ale to sytuacja typowa dla frontu wschodniego.

Na hasło "Polacy w mundurach podczas I wojny" myślimy o legionach Józefa Piłsudskiego, które liczyły kilkanaście tysięcy osób, czy armii Hallera, składającej się z 70 tys. żołnierzy. Ale to rekordowy okres w historii pod względem liczby Polaków w mundurach, choć przede wszystkim tych obcych. - Szacujemy, że na terenie przyszłej II Rzeczpospolitej zmobilizowano do walki 3,4 mln mężczyzn, z tego 2/3 było Polakami. A więc było ich w mundurach ok. 2 mln. Żadna polska armia ani przedtem, ani potem nie osiągnęła takiego stanu - podkreśla prof. Włodzimierz Borodziej. Dla porównania, podczas II wojny światowej w kampanii wrześniowej walczyło około miliona żołnierzy, w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie 200 tys., mniej więcej tyle samo liczyło Ludowe Wojsko Polskie (z tym że ok. 20 tys. oficerów było sowietami w polskich mundurach). Dochodziło do tego kilkaset tysięcy żołnierzy podziemia.

- Mało znanym faktem jest także to, że liczba zabitych Polaków w mundurach w I wojnie jest wyższa niż w II wojnie - podkreśla Paweł Rozdżestwieński. W latach 1914-1918 poległo około pół miliona Polaków, natomiast w II wojnie straty na froncie wyniosły ok. 300 tys. żołnierzy. Wynika to z charakteru starć. I wojna była starciem, w którym ucierpieli przede wszystkim żołnierze, natomiast w II wojnie, zwłaszcza na terenach Europy Środkowo-Wschodniej, niszczonej totalitarnym terrorem - cywile.

Gospodarcza pustynia

I wojna w Polsce to okres olbrzymich zniszczeń i zapaści cywilizacyjnej. W 1919 r. produkcja przemysłowa na ziemiach polskich zarówno na skutek zniszczeń wojennych, jaki i przerwania dotychczasowych połączeń gospodarczych to zaledwie 15 proc. tej z 1913 r. "Kiedy wróciliśmy na jesieni 1915 do Kamiona nad Wisłą, nie było w nim ani jednego budynku, wszędzie, gdzie sięgnąć okiem, były ziemianki, okopy, druty kolczaste i leje po pociskach. Z mojego domu ocalał tylko stół i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej odnaleziony w ziemiance. Trudno było stwierdzić, gdzie było nasze gospodarstwo" - wspominał jeden z mieszkańców tej miejscowości.

Ale przejście frontu nie oznaczało jednak końca nieszczęść. Kiedy Rosjanie przygotowywali się do odwrotu z Królestwa Polskiego, zdecydowali się na taktykę spalonej ziemi. Niszczona miała być cała infrastruktura przemysłowa, także rolnicza, bo surowcem strategicznym była żywność dla ludzi i koni. Wysadzano zakłady przemysłowe, tartaki, browary czy młyny. Carscy żołnierze wycinali sady, palili siano i zabudowania gospodarskie. Przy okazji miała być ewakuowana ludność, drogi zapełniły tłumy uchodźców i tysiące Polaków znalazło się w głębi carskiego imperium. Z kolei Austriacy i Niemcy duszeni blokadą morską prowadzili rabunkową gospodarkę na okupowanych terenach, wycinając lasy czy rekwirując kościelne dzwony do przetopienia na armaty.

Do tego dochodziły straty ludności cywilnej wynikające z działań wojskowych, głodu i chorób. - Przyznam ze wstydem, że do dziś nie wiem, ile osób zabiła epidemia grypy nazywanej hiszpanką, która zaczęła się pod koniec wojny - zauważa prof. Borodziej.

Dlatego odradzająca się Polska odziedziczyła kraj, którego poziom dewastacji jest dziś trudny do wyobrażenia. - Zniszczenia były tak ogromne, że dopiero w 1938 r. udało się osiągnąć przedwojenny poziom rozwoju gospodarczego - podkreśla Paweł Rozdżestwieński.

Dlaczego nie pamiętamy o I wojnie

Dlaczego tak się stało, że w polskiej pamięci historycznej nie ma miejsca na pamięć o tak okrutnych wydarzeniach? Znane powiedzenie mówi, że historię piszą zwycięzcy. Tej nie miał kto napisać. Cesarstwo niemieckie i Austro-Węgry doznały klęski, carską Rosję - państwo ze zwycięskiego obozu - pokonała bolszewicka rewolucja. Z kolei na pobojowiskach Europy Środkowo-Wschodniej powstały nowe państwa, które zaczynały pisać własną historię i nie były zainteresowane dziejami zaborców. - Z punktu widzenia Polaków współczesna historia zaczyna się jesienią 1918 r., a wszystko co decydujące dla niepodległości i kształtu granic odbywa się po 11 listopada. Wydarzenia lat 1914-1918 zostały przysłonięte przez walkę o państwo polskie w latach 1918-1921 - podkreśla historyk prof. Włodzimierz Borodziej.

Dla Niemców powstania wielkopolskie i śląskie były ciągiem porażek związanych z wynikiem Wielkiej Wojny. Dla nas te powstania - z wojną polsko-bolszewicką, walką z Ukraińcami o Lwów - stały się mitem założycielskim II RP. Nawet legenda legionowa czy dzieje armii Hallera, choć osadzone w realiach I wojny, są traktowane jako preludium do cudu przywrócenia wolności po 123 latach zaborów. I jak się okazuje, nie byliśmy wyjątkiem. - Także w Czechach I wojna została przesłonięta przez uzyskanie niepodległości, co Czesi nazywają przewrotem - mówi dr hab. Piotr Majewski, wiceszef powstającego Muzeum II Wojny Światowej.

Na niepamięć o Wielkiej Wojnie nałożyła się na też po II wojnie swiatowej. Także w PRL nikt nie był zainteresowany tymi wydarzeniami. Do tego w polskiej kulturze pisarze najpierw czuli się w obowiązku recenzować odzyskaną w 1918 r. niepodległość, następnie opisać traumę II wojny. Dlatego tak jak Grunwald czy potop znamy z książek Sienkiewicza, a wojny napoleońskie z "Popiołów" Żeromskiego, to I wojna światowa pozostaje białą plamą. - Nasza literatura nie doczekała się polskiego Remarquea czy Ernsta Juengera - podkreśla prof. Borodziej.

Pojawiają się jednak pierwsze jaskółki zmian. Historia I wojny w Polsce zaczyna być przypominana oddolnie przez odnawianie cmentarzy z tamtego czasu. - Mało osób zdaje sobie sprawę, że mogił wojennych z tego okresu jest w Polsce więcej niż wszystkich pozostałych razem, łącznie z tymi z II wojny - zauważa Rozdżestwieński. O Wielkiej Wojnie przypominają także prace lokalnych historyków czy działania grup rekonstruktorów pokazujące boje pod Bolimowem czy Tannenbergiem, co zauważył ostatnio nawet Daily Mail. Ale na razie to tylko jaskółki zmian. I wojna światowa na Wschodzie w pamięci zbiorowej wciąż jest wojną, której nie było.

Atak od strony Skierniewic. Stosy trupów, ustawicznie walące się do wody, po pewnym czasie utworzyły taki zator, że woda (...) wystąpiła z brzegów (...) prusacy darli się po trupach, zwiększając co chwila ten trupi wał

@RY1@i02/2014/148/i02.2014.148.05000100a.803.jpg@RY2@

REPRODUKCJA PIOTR MECIK/FORUM

W wyniku walk niemiecko-rosyjskich Sochaczew został zniszczony w 90 proc.

Grzegorz Osiecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.