Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Rzucam wam wyzwanie

27 czerwca 2018

Prawie 5 tys. km na rowerze w góra 12 dni. - Na początku była radość, potem przyszło zmęczenie, w końcu ból. Po prostu nie można na niego zwracać uwagi - opowiada Remigiusz Siudziński, który ukończył najtrudniejszy kolarski wyścig świata

Remigiuszem Siudzińskim

@RY1@i02/2014/138/i02.2014.138.000001700.801.jpg@RY2@

Jacek Turczyk/PAP

Remigiusz Siudziński - rocznik 1974. Informatyk, analityk danych specjalizujący się w data science, czyli analizie i przetwarzaniu dużej liczby danych z różnych źródeł na potrzeby biznesu. Uprawia ultrakolarstwo, czyli wyścigi na dystansie od 1000 km w górę. Przez dziesięć lat przygotowań do RAAM wystartował w kilkudziesięciu kolarskich maratonach i ultramaratonach, w tym dwukrotnie w wyścigu Bałtyk - Bieszczady (1008 km) i Race Around Austria (2200 km)

4800 km w maksymalnie 12 dni to najkrótszy opis najtrudniejszego kolarskiego wyścigu świata. Jako pierwszy Polak podjął pan wyzwanie rzucone przez organizatorów Race Across America (RAAM) i zmieścił się w tym wyśrubowanym limicie. Co czuje człowiek, gdy właściwe nie schodzi z siodełka przez niemal dwa tygodnie?

Na początku była we mnie wielka radość i szczęście, że mogę realizować swoje marzenie. Podziwiałem widoki - góry, pustynie. Kraj, którego nie znałem. No i dziękowałem Bogu za to, że mogę jechać w RAAM. Potem przyszło zmęczenie, więc koncentrowałem się na pokonywaniu między drzemkami poszczególnych etapów. To były dziesięciogodzinne odcinki, w czasie których zaliczałem punkty kontrolne będące kamieniami milowymi trasy. Przed startem zrobiłem rozpiskę z czasami na każdym z tych punktów i skupiałem się na realizacji planu. Mój zespół wszystko sprawdzał i przekazywał mi informacje. Przeliczałem to w pamięci, więc się nie nudziłem. Lubię takie zabawy liczbami w myślach.

Coś jeszcze?

Poza tym ważne było nastawienie: na początku każdego etapu, po drzemce, wsiadałem na rower, łykałem kawę z bidonu i wyobrażałem sobie, że zaczynam zwykły trening. Nie myślałem o tym, ile jeszcze mi zostało do końca, na której jestem pozycji, kto mnie dogania, kogo ścigam. Nie myślałem o wyścigu, tylko projektowałem sobie radosne myśli i cieszyłem się z jazdy. Kiedy mijałem innego uczestnika RAAM, za każdym razem wesoło pozdrawiałem jego oraz jego ekipę. Pewnie dlatego dostałem przydomek Mr. Smiley (Pan Uśmiechnięty).

To brzmi tak, jakby RAAM nie był ekstremalnym wyzwaniem.

RAAM nie był dla mnie trudny, bo znalazłem na niego sposób. I podzielę się tym doświadczeniem z kimś, kto będzie chciał pokonać ten wyścig tak jak ja. Wszystko zależy od tego, jak się zaprogramuje głowę, o czym się myśli, jak w czasie jazdy wygląda współpraca z zespołem. Ja programuję sobie w głowie radość, przyjemne myśli, cieszę się krajobrazami, słucham radosnej lub podniosłej muzyki. Także słucham opowieści członków zespołu, nawet gramy w gry...

Zakładam jednak, że teraz patrzy pan na rower z obrzydzeniem.

Nie, już po tygodniu od powrotu z RAAM zacząłem za nim tęsknić. I znów zacząłem trenować.

Wie pan, jaki był tytuł wywiadu z fotoreporterem, który zdobył w tym roku Grand Press Photo w kategorii sport za zdjęcia z pańskim udziałem? "Wybrałem się na jazdę z wariatem". Kim pan jest?

Jestem ultrakolarzem. Jestem analitykiem zajmującym się przetwarzaniem dużej liczby rożnych danych na potrzeby biznesu, tzw. big data. Jestem mężem, ojcem dwójki dzieci.

W tej kolejności?

Kolejność jest przypadkowa. To trzy dziedziny mojego życia, które traktuję równo i pilnuję, by żadna z nich nie zaczęła dominować nad pozostałymi.

Zajmował się pan wcześniej sportem zawodowo?

Nigdy. Jestem stuprocentowym amatorem, ale zawsze lubiłem jeździć na rowerze. I lubię rywalizację. Zaczynałem od maratonów MTB, potem były już długie dystanse na szosie. Dziesięć lat temu postawiłem sobie cel: ukończyć RAAM, najtrudniejszy długodystansowy wyścig kolarski świata. Zrobiłem to, co daje mi poczucie, że wszystko jestem w stanie zrobić, jeśli naprawdę będę tego chciał.

Opowiada pan o tym tak, jakby udział w RAAM był fraszką: postanowiłem i zrobiłem.

Szczerze? Nigdy nie myślałem o tym, co mnie ogranicza. Postawiłem sobie cel i zacząłem go realizować. Do sprawy podszedłem analitycznie. Dziesięć lat temu maksymalny dystans, jaki byłem w stanie przejechać na rowerze, wynosił 120 km - to odległość z Warszawy do rodzinnego Tomaszowa Mazowieckiego. Miałem 30 lat, więc założyłem, że na realizację marzenia muszę poświęcić dekadę - i nie będzie wtedy dla mnie za późno, bo będę jeszcze w pełni sił. Policzyłem, że aby wykonać plan, to co rok przez 10 lat muszę zwiększać maksymalny dystans, który jestem w stanie przejechać, o połowę. I zacząłem szukać odpowiednich wyścigów.

I tak dokładnie pan się zaprogramował na osiągnięcie celu? Nie miał pan chwili zwątpienia? Nie kusiło, by po przyjściu z pracy paść na kanapę przed telewizorem?

Z tym trenowaniem to było różnie: wracałem z pracy zmęczony, pogoda była paskudna. Odruch kanapowo-telewizyjny od razu się pojawiał, pokonać go nie było łatwo. Ale udało się nad tym zapanować dzięki treningowi mentalnemu. Przede wszystkim nie wolno zacząć się wahać, tylko trzeba sprawdzić trzy rzeczy, które odpowiedzą na pytanie: wyjść na rower czy nie. Jeśli jesteś zdrowy, twój rower jest sprawny, a w rodzinie wszystko jest OK - to idziesz, nie zastanawiasz się.

To jak wygląda pański typowy dzień?

Wstaję o godz. 7.00. Jadę do pracy, zaczynam o godz. 9.00, pracuję 8 godzin. Potem odbieram córkę z przedszkola, w domu jestem ok. godz. 18.00. To jest czas dla rodziny. Kładziemy dzieci spać ok. godz. 21.00, czytam dzieciakom bajki na dobranoc. Od godz. 22.00 - bo moja żona wcześnie chodzi spać - mam czas na sport. To trening na szosie. W dzień powszedni krótki, do trzech godzin, w czasie których przejeżdżam 90 km. W weekendy jeżdżę dłużej, zaczynam o godz. 21, a wracam o wschodzie słońca, po siedmiu czy ośmiu godzinach.

Pamięta pan swój pierwszy długodystansowy wyścig?

To maraton MTB z Częstochowy do Krakowa na dystansie ok. 200 km. Potem zacząłem ścigać się na szosie. Pamiętam, że duży problem był ze znalezieniem imprezy rozgrywanej na dystansie 600 km. Uznałem, że pojadę skróconą wersję wyścigu Bałtyk - Bieszczady. Przed imprezą okazało się, że nie ma skróconej wersji i trzeba przejechać ponad 1000 km. Co było zrobić: na maksa, zgodnie z moim planem treningowym, przejechałem pierwsze 600 km, potem jechałem już na luzie do samych Ustrzyk, byle tylko zmieścić się w limicie czasu. Bałtyk - Bieszczady jechałem zresztą dwukrotnie. Potem był Race Around Austria, który stał się przepustką do startu w RAAM.

Udało się.

Z dzisiejszej perspektywy uważam, że wyścig dookoła Austrii był trudniejszy niż RAAM.

Jak to? Przecież to krótszy dystans - "tylko" 2200 km.

Ten wyścig niemal mnie zniszczył. Z każdym dniem jechałem z coraz większym bólem. Np. w pewnym momencie mięśnie karku były tak słabe, że nie byłem w stanie trzymać uniesionej głowy. Improwizowaliśmy: przyklejono mi do głowy plastry, które zaczepiono w pasie, bym mógł patrzeć na drogę przed sobą. Po każdej przerwie godzinę zajmowało mi zajęcie wygodnej pozycji na siodełku, bo tyłek bolał jak diabli. Teraz oceniam, że nie byłem zbyt dobrze mentalnie przygotowany do tego wyścigu. Teraz mam świadomość, że drogą do dobrego wyniku jest radość w głowie. To daje więcej energii niż samo przygotowanie fizyczne.

Chce pan powiedzieć, że rywalizacja rozgrywa się przede wszystkim w psychice, a potem w nogach?

Zdecydowanie. Przed RAAM postawiłem właśnie na trening mentalny. Uczyłem się lepszego czucia własnego ciała, rozróżniania, które mięśnie są w danej chwili napięte, a które rozluźnione. Wcześniej, gdy jechało mi się źle, nie potrafiłem zlokalizować przyczyny i moje ogólne nastawienie było coraz gorsze: skoro cierpię, to muszę zwolnić. Czucie własnego ciała pomaga tę przyczynę zlokalizować. Gdy już to zrobisz i zaakceptujesz ból na zasadzie: no tak, boli mnie prawa łydka, ale reszta jest OK - to łatwiej nad tym bólem zapanować. Organizm w naturalny sposób uruchamia mechanizmy obronne - jeśli szybko biegniesz, to zrobi wszystko, byś biegł wolniej i nie zrobił mu krzywdy. Mózg generuje sygnał bólu, żebyś zwolnił. Jeśli ma się nad tym kontrolę, ma się tego świadomość, to można nad tym panować do pewnego stopnia. I po pewnym czasie ból mija.

W Austrii pan nad tym nie panował?

Tam jechałem na granicy swoich możliwości. Każdy dzień był gorszy, przynosił coraz większe problemy, kolejne kontuzje. W Ameryce pilnował mnie już mój trener mentalny. Kazał mi jechać na 60 proc., ciągle kontrolował motywację. Gdy morale mi się pogarszało, mówił "zwolnij". Chodziło o to, żebym cały czas miał dobre samopoczucie, jechał "na radości". Na luzie. Tak mnie zaprogramował, że nie myślałem, że jadę wyścig, miałem takie nastawienie, jakbym szedł sobie na trening przy pięknej pogodzie. Nie myślałem, ile mam do mety, nie interesowało mnie to. Pomogło mi też moje analityczne zacięcie.

W jaki sposób?

Wiedziałem, że trzeba przejechać w 12 dni te 3 tys. mil. Trzeba więc było opracować metodę pomiaru, by wiedzieć na trasie, czy zmieścimy się w limicie czasu, czy nie. Sama prędkość średnia to za mało. Wziąłem wyniki czterech ostatnich kolarzy, którzy ukończyli wyścig rok wcześniej. Wyciągnąłem średnią i już wiedziałem, o której godzinie powinienem dojechać na każdą z 55 stacji pomiaru czasu, by ukończyć RAAM i zostać sklasyfikowanym. To mi dało poczucie kontroli, co przy świadomości, że jadę na 60 proc. swoich możliwości - czyli mam jeszcze rezerwę - sprawiało mi sporo radości. Bo wiedziałem, że się uda.

Mimo to chyba będzie panu trudno przekonać innych, że jazda non stop z krótką przerwą na sen jest zdrowa.

Ale to tylko 12 takich dni. Przez cały okres przygotowawczy trenuję normalnie, pilnuję diety, stosuję trening mentalny, prowadzę sportowy tryb życia. To zdrowe. Ale fakt - samo zdrowie nie jest dla mnie celem wystarczającym, ważny był ten cel sportowy.

Jest pan okazem zdrowia?

Wynik moich badań wydolnościowych, jakie zrobiłem przed RAAM, wyraźnie pokazywał, że nie mam potencjału sportowca. Że plasuję się w niższych grupach zawodników, którzy amatorsko jeżdżą na maratony MTB. Gdy zrobiłem badania krwi, fizjolog radził mi, bym się położył i odpoczywał - bo wyniki były słabe. Poza tym jestem chory: mam alergię, astmę wysiłkową. Mimo wszystko udało mi się zrealizować cel. Teraz rzucam wyzwanie innym. Przejechałem RAAM jako pierwszy Polak i czasem 11 dni 19 godzin 33 minuty ustanowiłem rekord naszego kraju. Czekam na kolejnego śmiałka, który zechce pobić ten rekord. Czy znajdzie się ktoś na tyle odważny, by go pobić? Czy będzie miał tak silną motywację jak ja? Jak mówiłem już wcześniej: mogę mu w tym pomóc.

Ale nie uwierzę, że da się jechać niemal bez przerwy tak długi dystans i nie mieć kryzysu.

Nie mam jakichś ekstremalnych wspomnień z tych kilku tysięcy kilometrów. Raz nie trafiłem z ubraniem i było mi bardzo zimno. Raz walczyliśmy z burzami, które przechodziły nad Appalachami. Trzeba było bardziej docisnąć, żeby zmieścić się w limicie czasu. Trudne momenty zwykle przychodziły nad ranem - kiedy najbardziej chciało mi się spać.

Ile pan sypiał w czasie doby?

Około 2,5 godziny.

I to wystarczało?

Na tyle, żeby jechać kolejny dzień.

Dysponował pan specjalnym sprzętem? Co to był za rower? No i jeszcze jedno: jak pan sobie radził z bólem siedzenia, bo to chyba normalne przy takim dystansie.

Miałem do dyspozycji dwa identyczne rowery szosowe z amortyzowaną ramą oraz amortyzowaną sztycą. Do tego kierownica do jazdy na czas, lemondka, ale taka wygodniejsza niż te, które można zobaczyć na czasówkach w Tour de France. Poza tym dwa sprawdzone, wygodne sportowe siodła szosowe. Co do ubrań: lekki kask, lekka chustka na głowę i rękawki jako ochrona przed słońcem. Na kasku słuchawki i mikrofon do komunikacji z wozem technicznym. Ból siedzenia? Miałem spodenki przeznaczone na długie dystanse. Czasami jechałem w dwóch parach jednocześnie, żeby było bardziej komfortowo.

A co z odżywianiem na trasie?

Dieta to nieodłączny element ultrakolarstwa już na wiele miesięcy przed wyścigiem. Liczy się, co jem w trakcie przygotowań, także to, co jem na kilka dni przed wyścigiem. Muszę przyzwyczaić swój organizm do diety płynnej, która przeważa w trakcie jazdy. Na postojach jem produkty stałe, lekkostrawne. Popijam izotonikami, średnio 700 ml na godzinę.

Miał pan jakieś wsparcie w przygotowaniach organizacyjnych do wyścigu?

Przed Austrią większość przygotowań brałem na siebie. Przed RAAM było już inaczej. Było jasne, że sam wszystkiego nie ogarnę i musi powstać zespół, który mi pomoże. Wspólnie z trenerem mentalnym, który ma doświadczenie w budowaniu zespołów, zorganizowaliśmy warsztat, w czasie którego ja jechałem 48 godzin na stacjonarnym rowerze, a ludzie, którzy się zgłosili, że chcą jechać ze mną na RAAM jako wsparcie, przechodzili proces, który miał wyłonić mój team. Do Stanów poleciało ze mną siedem osób, jedna działała w Polsce. To był bardzo pracowity czas. Mój zespół oprócz tego, że dodawał mi ogromne ilości sił mentalnych, miał do realizacji konkretne zadania: nawigację, podawanie posiłków, ubrań, gotowanie, pranie, zakupy, masaże, pomaganie mi w czasie przerw, pilnowanie, żebym nie zasnął w trakcie jazdy. Do tego robienie zdjęć i przekazywanie relacji z wyścigu. Nasz zespół był jednym z najmniej licznych, jeśli chodzi o liczbę osób, samochodów i rowerów.

A pieniądze? Skąd je pan wziął? I ile kosztował start w RAAM?

Część z własnej kieszeni, część przekazali sponsorzy, np. mój pracodawca, czyli Grupa Pracuj, właściciel serwisu Pracuj.pl. Część podarowały osoby prywatne, zrobiliśmy też zbiórkę na zasadzie crowdfundingu. Nie zrobiłem jeszcze podliczenia całego budżetu, ale koszt rocznych przygotowań i udziału w wyścigu to ok. 150 tys. zł.

Sporo. Widać, że to nie jest impreza dla każdego.

Jak to? Skoro mi się udało - osobie przecież nieznanej - namówić firmy na sponsoring, to każdy może to zrobić.

Zdobycie pieniędzy było poważną przeszkodą?

Wiem, że wiele osób marzy o tym, żeby wziąć udział w RAAM, ale gdy zaczynają liczyć koszty, rezygnują. To błąd, bo gdy ktoś zaczyna od kalkulowania środków, nie zrealizuje planu. Dla mnie to był jeden z elementów przygotowań obok treningu fizycznego i mentalnego. Nie zastanawiałem się, czy mnie stać, czy nie. Po prostu wiedziałem, że to zadanie - znalezienie funduszy - trzeba wykonać.

Po prostu...

Nie dopuszczałem do siebie innej myśli. Coś takiego, jak zdobycie środków, nie mogło przecież pokrzyżować mojego planu, który realizowałem od 10 lat.

Porównuje się pan czasem do zwycięzcy wyścigu?

Trudno o takie porównania. Austriak Christoph Strasser (ukończył RAAM w 7 dni 15 godzin i 56 minut - aut.) jest zawodowcem. On żyje z kolarstwa. Nie ma innej pracy, nie ma rodziny. Ja mam trzy życia, on ma jedno. Skupił wokół siebie wielu specjalistów od fizjologii, medycyny sportowej, od treningu - dla których jest też obiektem badań. Próbowałem zainteresować krajowych ekspertów swoim projektem - ale jakoś nie było odzewu. Nikt nie podchwycił tego pomysłu. Jeszcze.

Przejechał pan najtrudniejszy wyścig kolarski świata, zrealizował pan dziesięcioletni plan. I co dalej?

Następnego celu jeszcze nie wyznaczyłem. Teraz chcę się nacieszyć życiem bez celu [śmiech]. Chwalę się wszystkim swoim osiągnięciem, czerpię z tego radość. Ale na pewno przyjdzie moment, gdy wymyślę kolejne przedsięwzięcie. Niekoniecznie sportowe. Może to być np. cel biznesowy, związany z firmą, dla której pracuję. Skoro nie będąc sportowcem, zrobiłem dużą rzecz w sporcie i wystarczyło mi do tego tylko to, że chciałem to zrobić, to w innej dziedzinie też się uda. Dlaczego nie?

@RY1@i02/2014/138/i02.2014.138.000001700.802.jpg@RY2@Jacek Turczyk/PAP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.