Rozgrywanie tolerancji
Pozmienialiśmy znaczenia słów, tworząc oszukaną rzeczywistość, w której dewiacja nazywana jest wolnością, a swoboda zboczeniem. Świat, w którym kobieta z brodą jest symbolem tolerancji, a nieważny głos w wyborach zagrożeniem demokracji
Niewiele jest pojęć w socjologii, które są tak szeroko używane w publicznej dyskusji, a jednocześnie tak powszechnie źle rozumiane, jak tolerancja - zauważa Carlos Llano Cifuentes, profesor filozofii, wykładowca na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku.
Łacińskie słowo tolerantia oznacza cierpliwą wytrwałość, pochodzi od czasownika tolerare - wytrzymywać, znosić czy nawet ścierpieć. W ujęciu socjologicznym oznacza poszanowanie cudzych uczuć, poglądów, upodobań, wierzeń czy obyczajów i postępowania, nawet jeśliby były one sprzeczne z własnymi. Nie jest to więc - co podkreślają, jednak bez większego skutku, językowi eksperci - tożsame z akceptacją, jak się wydaje zdecydowanej większości tych, którzy z takim uwielbieniem powtarzają to słowo przy każdej okazji.
Profesor Cifuentes, którego cytuje ośrodek akademicki Barbakan w Krakowie, przypomina w tym kontekście słowa Tomasza z Akwinu, który przekonywał, iż władza toleruje pewne zło, aby nie zaszkodzić dobru i nie doprowadzić do jeszcze większego zła.
Na niebezpieczeństwa utożsamiania tolerancji z bezgraniczną akceptacją wskazywali już wiele lat temu filozofowie.
Słynny niemiecki profesor logiki doby oświecenia Immanuel Kant zaznaczał, że choć człowiek zasługuje na szacunek już tylko dlatego, że jest człowiekiem, tolerancja musi być nietolerancyjna wobec nietolerancji. Ostrzej stawiał sprawę austriacki filozof Karl Popper, który twierdził, że nieograniczona tolerancja musi prowadzić w konsekwencji do zaniku tolerancji. "Widzę dziś jaśniej niż kiedykolwiek, że nawet największe kłopoty naszej ery wyrastają z czegoś, co jest tyleż godne podziwu i zdrowe, co niebezpieczne - a mianowicie z niecierpliwego pragnienia polepszenia losu bliźnich" - ostrzegał w swojej książce z 1945 r. "Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie".
Nieograniczona tolerancja to prosta droga do anarchii, muszą więc być jasno określone jej granice. Pytanie, kto ma te granice stawiać i jakie one mają być.
Maglowanie słów
Angielski filozof i politolog John Stuart Mill już w połowie XIX wieku opisał trzy graniczne punkty, których człowiek uznający się za tolerancyjnego nie może przekraczać, bo przestanie nim być. Po pierwsze, nie można tolerować łamania prawa, nawet jeśli z tym prawem się nie zgadzamy. Posłuszeństwo wobec prawa jest bowiem nadrzędnym obowiązkiem moralnym i gwarancją elementarnego porządku społecznego. Po drugie, nie wolno krzywdzić, poniżać i wywoływać cierpienia. W sensie fizycznym. I po trzecie, nie ma wolności dla przeciwników wolności, czyli nie można tolerować przekonań, których realizacja prowadzi do jej ograniczania.
Mogłoby się wydawać, że takie zawężenie tolerancji do postaw i zachowań, które nie stwarzają zagrożenia dla innych, w myśl zasady "jestem wolny, dopóki moja wolność nie tworzy niewoli dla pozostałych", załatwia problem. Założenie piękne, proste i teoretycznie możliwe do spełnienia przez każdego, jednak nie w Polsce. My nad Wisłą z tolerancji stworzyliśmy broń.
- Stała się ona narzędziem walki ideologicznej. Młotem na przeciwników. Już w XIX wieku w socjologii pojawiły się nurty głoszące, że czołowym paliwem zmian są konflikty. Ich renesans zresztą przypadł na lata 60. i 70. XX wieku. Twierdzono, że konflikt jest wieczny, bo to motor stawania się rzeczy. Tymczasem ludzie tolerancyjni nie rywalizują, a ponieważ świat oparty jest na domenie konfliktu jako istocie funkcjonowania społeczeństwa, na tolerancję w klasycznym jej znaczeniu nie ma miejsca, chyba że staje się bronią w konflikcie - wtedy tolerujemy tylko tych, którzy są z nami. Piękne idee są piękne, ale tylko w stosunku do swoich. Pozostałych można wyeliminować - nie pozostawia złudzeń dr Jacek Reginia-Zacharski z Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego.
Jaskrawym przykładem używania tolerancji w jej wypaczonym znaczeniu jest wrzawa po występach w konkursie Eurowizji austriackiego wokalisty Thomasa Neuwirtha, który w kobiecym przebraniu i z brodą, jako Conchita Wurst, wywalczył dla Austrii pierwsze miejsce, oraz polskich reprezentantów - Donatana i Cleo z piosenką "My, Słowianie", gdzie główną rolę odegrały ociekające seksem długonogie modelki, odziane w skąpe regionalne stroje z głębokimi dekoltami.
Ze wszystkich stron sceny politycznej, ze strony mediów z prawej i lewej strony, artystów, celebrytów, a nawet filozofów, posypały się głosy zachwytu i gromy potępienia.
Dla jednych kobieta z brodą jest symbolem wolności, twórczej swobody, odrzucenia stereotypów - słowem tak upragnionej tolerancji. Dla drugich to symbol upadku moralnego Europy, patologii, agresji kulturowej i zagrożenie tożsamości płciowej. Jędrne polskie piersi na scenie to zaś sprowadzenie Polek do roli prostytutek, szowinizm i prostactwo. Albo, jak kto woli, źródło normalności na pustyni dewiacji.
Tych, którzy brzydzili się zarostem na kobiecej twarzy, uznano w części mediów za osoby nietolerancyjne. A kto się odważył zachwycić obfitym biustem, dostawał łatkę szczującego cycem. I analogicznie przeciwna strona w swoich kanałach propagandy ogłosiła wielbicieli Conchity zboczeńcami, a piewców negliżu prawdziwymi mężczyznami niepoddającymi się genderyzmowi.
Dlaczego bądź co bądź zwykłe rozrywkowe przedstawienie, nieaspirujące do miana sztuki, jakim bez wątpienia jest konkurs Eurowizji, stało się zarzewiem kolejnego ideologicznego konfliktu? Dlaczego tolerancyjny jest w tej poetyce tylko wielbiciel włosów na kobiecej twarzy, co - pomijając wykrzywioną poprawność polityczną - wydaje się jednak bezsprzecznie pewnym wynaturzeniem? I dlaczego podziw dla pięknego kobiecego ciała jest zaś utożsamiany z seksizmem?
- W literaturze nazywa się to nadużywaniem funkcji perswazyjnej. Mamy wojnę polsko-polską, w której powszechnie nadużywamy znaczenia słów. I dotyczy to nie tylko tolerancji. W wypaczony sposób mówimy o demokracji, patriotyzmie czy tradycji - tłumaczy dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz z Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.
- Nigdzie nie jest powiedziane, że trzeba być tolerancyjnym. Tolerowanie innych to nie akceptacja. Takie przekonanie to nieporozumienie, bo słowo to ma inne znaczenie. Nadano mu jednak wartość inwektywną, gdzie nietolerancyjny znaczy głupszy. A przecież można nie tolerować, a być dobrym człowiekiem - dodaje naukowiec z warszawskiego uniwersytetu.
Alarmuje, że coraz częściej odchodzimy od pierwotnych znaczeń słów. W publicznych dyskusjach zaczęła się liczyć bardziej ich ekspresja niż rzeczywiste znaczenie.
- Myślę, że połowa ważkich określeń ma już naddatki znaczeń. Pamiętajmy, że do dziś zdecydowana większość ugrupowań politycznych nie chce mieć w nazwie słowa "partia", bo wciąż ma to znaczenie pejoratywne. Kiedyś była Polska Partia Przyjaciół Piwa, ale złe skojarzenie z partią niwelowało w tym przypadku słowo "piwo". Dziś nie wypada z kolei być np. lewicowcem. To niestety skąpstwo poznawcze, myślenie na skróty, które niszczy demokrację. "Demokracja" to zresztą kolejne słowo, które straciło swoje znaczenie. W założeniu jest przecież systemem koncyliacyjnym, w którym zasadniczą rolę odgrywa dyskusja. A ta zanika - zauważa dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz.
Znaleźliśmy się w sytuacji, w której demokratyczne jest to, co tylko my uważamy za demokratyczne. W tym sensie staliśmy się bardzo zanarchizowani.
- W dobie internetu można mówić już o neosemantyce, gdzie zmiana znaczenia słów dokonuje się prawem kaduka, a nie prawem słownika - dodaje ekspert z UW.
Sączenie sensu
Erozja demokracji to problem nie tylko Polski. Na całym cywilizowanym świecie, choćby ostatnio na Krymie i w Donbasie, prężnie rozwija się biznes, który można nazwać demokracją na wynajem. Firmy marketingowe, lobbyści oficjalni i ci nieoficjalni, "otwarci na zamówienia" naukowcy i dziennikarze preparują fakty, opinie czy ekspertyzy, które się sączy opinii publicznej w imię partykularnych interesów.
Kanadyjski prawnik i pisarz Joel Bakan w swojej książce "Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą" przekonuje, że dzisiejsza demokracja nie oznacza już, że wszyscy ludzie są równi. "To jeden dolar, a nie jedna osoba stanowi jeden głos" - pisze analityk świata wielkich koncernów. "W rynkach konsumenckich jedni mają wiele głosów, podczas gdy inni mają ich bardzo mało - trudno powiedzieć, że tak wygląda przepis na cokolwiek godnego miana demokracji" - konkluduje.
Z kolei krytyk międzynarodowej dominacji amerykańskiego modelu gospodarki David C. Korten w swojej publikacji "Świat po kapitalizmie. Alternatywy dla globalizacji" nie pozostawia złudzeń co do szans zwykłego człowieka w starciu z wielkim biznesem.
"W różnych sferach życia politycznego i gospodarczego prawa własności gwałtownie rosną kosztem praw człowieka. Jeśli wykupisz przestrzeń publiczną, ja stracę do niej dostęp (albo będzie on uzależniony od twojego widzimisię). Jeśli sprywatyzujemy zasoby, od których zależy życie nas wszystkich, staniemy się zakładnikami tego, kto je wykupił" - podsumowuje ekonomista.
Głębokie zmiany znaczenia słów pojawiły się w Stanach Zjednoczonych, gdy zaczęły się akcje afirmatywne - wyrównywanie szans w edukacji i karierze zawodowej różnych grup czy mniejszości. Ten proces przetoczył się przez świat, docierając także do Polski. Przykładowo w czasach PRL przy rekrutacji na studia uprzywilejowane były osoby o pochodzeniu chłopskim czy robotniczym. Uzasadnianiu potrzeby likwidowania nierówności towarzyszyła propaganda. Początkowo stosowano dobór w politycznej narracji odpowiednich słów, by przekonać, że działalnie w zgodzie z ich znaczeniem jest korzystne, potrzebne i służy całemu społeczeństwu. Potem następował proces zmiany tych znaczeń, by osiągnąć efekt przekonania, że działanie sprzeczne jest nie tylko niekorzystne, ale wręcz staje się zagrożeniem, nawet jeśli w pierwotnym znaczeniu takiego niebezpieczeństwa nie było.
Takim słowem, które przeszło przez magiel znaczeniowej zmiany, jest właśnie "tolerancja". Pierwotnie w filozofii terminowi temu nie towarzyszył czynnik oceny, choć określenie kojarzone było ze sferą dobra, z nacechowaniem niewątpliwie pozytywnym. Dlatego tak chętnie zawłaszczył je świat ideologów. Z czasem pojawił się więc naddatek - ocena moralna. Dziś tolerować znaczy już nie tylko akceptować, lecz również zachwalać. W efekcie osobie tolerancyjnej przypisuje się cechy dodatkowe - jest określana jako dobra, mądra, przydatna społeczeństwu. Nietolerancyjna staje się gorsza, głupsza, a nawet groźna dla pozostałych.
- Język jest łatwym i wdzięcznym sposobem wpływu na innych. To on kształtuje rzeczywistość. Zmiana znaczenia słów, przedefiniowanie terminów, interpretacji oznaczają zmianę oceny świata, rzeczywistości - tłumaczy prof. Wojciech Cwalina ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.
Widać to dobrze na przykładzie partii centrowych. Choć z założenia powinny być wypośrodkowane, sięgają do zmiany znaczeń, bo ich ideologia tak naprawdę nie dopuszcza żadnej tolerancji. Ktoś, kto myśli inaczej, jest po prostu wrogiem.
- Nie jestem zwolennikiem teorii, że ktoś za tym stoi. To odbywa się na poziomie zbioru przekonań, kreowanych przez liderów opinii, polityków. Oni dają amunicję do zmiany znaczeń. Ale zaczyna się już w domu, szkole, a potem wkraczają media. Przykładowo dziś już w bajkach dla dzieci promuje się poglądy i zachowania uznawane społecznie za pozytywne, jak recykling, pozytywne skojarzenia łączy się też z wyjazdami na zakupy. W ten sposób media tworzą innego człowieka. Nie wywierają bezpośredniego wpływu, bo gdyby była to tak prosta relacja, tak prosty, toporny wpływ, to ludzie na ulicy szybko by się pozabijali. Media wchodzą w świadomość społeczną miękko - zaznacza prof. Cwalina.
W przeważającej większości, czy te sprzyjające lewej, czy prawej stronie politycznej, media zgodnie występują np. przeciwko karze śmierci. Lecz równie powszechnie informują o sprawie Mariusza Trynkiewicza, seryjnego zabójcy i przestępcy seksualnego, nagłaśniają związane z nim zagrożenia. W efekcie większość ludzi jest za utrzymaniem takiej kary, bo nieustannie bombardowani informacjami o niebezpieczeństwach, nie są przekonani przez ogólnikowe moralne połajanki. Co mi tu będą eksperci wmawiać, myślą, patrząc na przerażające zdjęcia w serwisach informacyjnych lub czytając ociekające krwią tytuły w tabloidach.
Języki plemienne
Według psychologa można dziś zaobserwować powrót mechanizmów jak z początków kina, z czasów Siergieja Eisensteina w Rosji sowieckiej i Leni Riefenstahl w hitlerowskich Niemczech, gdzie propaganda łączyła się z artyzmem, odpowiednio manipulując narracją i montażem, by kierować u widza całym procesem myślowym. Przykładem - wskazuje profesor - jest choćby historia posłanki Beaty Sawickiej, której po odpowiednio sformatowanych medialnych doniesieniach cała Polska zaczęła współczuć, nie wiedząc już, o co tak naprawdę chodzi.
- Taki product placement pojawił się w kulturze i sztuce - weźmy choćby filmy Olivera Stone’a, to w zasadzie ideologicznie zaprogramowana rozrywka. Tak media wchodzą w sferę ideologii - jest już nawet określenie "soft media", programy pozornie niezwiązane z żadną ideologią, lecz to właśnie na podstawie takich show część społeczeństwa zaczyna podejmować decyzje. Gdy człowiek wchodzi w film, książkę, prawdziwy świat przestaje dla niego istnieć. Przestajemy być sobą, zaczynamy mówić językiem bohaterów - wskazuje Wojciech Cwalina z SWPS.
Tak kształtowany przez media człowiek zaczyna tracić poczucie tożsamości. Nie określa już, kim jest, przestaje podejmować decyzje świadomie, staje się po prostu taki, jaki wzór narzuca mu McŚwiat.
- Określamy się mianem lewaka czy prawicowca tylko według tego, na jaką partię głosujemy. To są puste etykiety. Każdy podaje swoją definicję demokracji i tolerancji. To wyzwala emocje, ale nie potrafimy tego uzasadnić. Takie etykiety jednak porządkują nasz indywidualny świat. Zastanawianie się jest ciężką pracą, łatwiej jest odpocząć przed telewizorem, bezrefleksyjnie przyjmować kolejne dawki pustych informacji - podsumowuje prof. Cwalina.
Zdaniem naukowców w rzeczywistości tolerancja przestała nas obchodzić. O to słowo walczą dwa obozy, ale pośrodku są ludzie, którzy rozkładają ręce. - Biorąc udział w badaniach opinii publicznej, wielu ludzi konstruuje odpowiedzi w chwili przeczytania pytania. Po kilku dniach odpowiedzieliby inaczej - twierdzi psycholog z SWPS.
Słuchając polityków czy znanych dziennikarzy, którzy w telewizyjnych studiach rozgorączkowani spierają się o "najważniejsze dla kraju sprawy", jak równouprawnienie czy pozycja Polski na arenie międzynarodowej, można odnieść wrażenie, że nasz świat jest podzielony. Jednak nie wydaje się to prawdą. Te kwestie są poruszane tylko w mediach, a większość społeczeństwa nie wie, o co w tych sporach chodzi. Dowodem na rozminięcie się klasy politycznej z większością społeczeństwa jest choćby raport z badania PBS dla Dziennika Gazety Prawnej z okazji 25 lat odzyskania wolności. Równość płci czy zwiększenie znaczenia Polski na świecie to dla większości z nas problemy marginalne - kwestiami zasadniczymi są kiepska służba zdrowia, niskie emerytury i puste portfele.
- Poruszamy się po omacku - przyznaje dr Jacek Reginia-Zacharski z Uniwersytetu Łódzkiego. W 1996 r. amerykański filozof i politolog Benjamin R. Barber w słynnej książce o globalizacji "Dżihad kontra McŚwiat" opisał rzeczywistość, w której wszystko się upodabnia do wszystkiego. - W naturze człowieka leży przyjmowanie rzeczy łatwych i funkcjonalnych. Bardziej atrakcyjny jest więc świat piękny, gładki, funkcjonalnie nieskomplikowany. Taki uważamy za swój. José Ortega y Gasset nazywał to umasowieniem kultury i jej pauperyzacją. W tych procesach zaciera się pierwotny sens rzeczy, pojęć. Przez to tracimy tożsamość, więc pojawia się imperatyw, by się zdefiniować, bo nie da się żyć bez tożsamości. To sprzeczne, bo globalizacja oznacza upodobnienie. Zaostrza się więc podział, nie ma środka, zastąpiła go polaryzacja - tłumaczy dr Reginia-Zacharski.
Tolerancja była zawsze domeną środka. Tymczasem rozkwitł trybalizm, świat się podzielił na plemiona - kto nie z nami, ten przeciw nam.
Czołowe miejsce w przestrzeni publicznej zajęła postpolityka, gdzie liderzy opinii głoszą swoje nowe prawdy w myśl zasady: to my wyznaczamy punkty odniesienia. Skoro wszystko może być wszystkim, nie ma norm, to nie ma odpowiedzialności. To "tak zwana demokracja", bo postpolityk nie promuje produktu, tylko zapotrzebowanie. W efekcie w każdej chwili przy każdym problemie może powiedzieć: to wy, wyborcy, chcieliście tego, ja się tylko wsłuchałem w wasz głos.
- Za dużo mamy informacji, chcemy wzorów gotowych postaw, światopoglądu, które są jak moda. Wstaję rano i myślę, co założę. Takie decyzje kształtują postawy - to samookreślenie, fenomen lemingów, raz dokonany wybór pociąga za sobą kolejne, których głównym sprawcą są media podsuwające gotowe rozwiązania - wskazuje naukowiec z łódzkiej uczelni.
Zdaniem ekspertów dzisiejsza wizja człowieka to kolekcjoner wrażeń - rozterki związane z myśleniem, analizowaniem, dokonywaniem wyborów ustępują formie hedonizmu - maksymalizacji użyteczności, czerpania przyjemności z posiadania.
Dokąd zmierza tak kształtowane społeczeństwo?
- Celem ewolucji było ukształtowanie w mózgu człowieka rozwiniętych płatów czołowych, odpowiadających za myślenie. Dzisiaj, mówiąc w przenośni, one zanikają. Już Fromm, analizując poparcie udzielone przez Niemców Hitlerowi w latach 30., pisał o paraliżowaniu kreatywnego myślenia i fragmentaryzacji świata. To właśnie ucieczka od takiej wolności doprowadziła go do władzy. Taka sytuacja sprzyjała i nadal sprzyja, także w dzisiejszych czasach, pojawianiu się superwodzów - konkluduje prof. Wojciech Cwalina.
- Po II wojnie światowej quasi-religią była praca człowieka. Dzisiaj fetyszem jest wolność. To piękna cecha, ale powstaje pytanie, jak ją rozumiemy. Czy jestem świadomy, że bycie wolnym pociąga za sobą pewne konsekwencje. Teraz jednak mamy swawolę czynienia. Nie ma norm. Zlikwidowaliśmy je bez odpowiedzialności, a to prowadzi do zagłady cywilizacji. Ten proces już trwa, społeczeństwa wymierają, to jak schyłek Rzymu - cywilizacja zaczęła się degenerować - podsumowuje dr Jacek Reginia-Zacharski z łódzkiego uniwersytetu.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.00000100a.101.jpg@RY2@
GETTY IMAGES
Rafał Drzewiecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu