Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Gwiazdą sezonu jednak nie jest Sienkiewicz

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Ch ..., d... i kamieni kupa zrobiły ostatnio ogólnopolską karierę. I jednocześnie prawie zakończyły karierę człowieka, który je wypowiedział w towarzystwie szefa NBP, wódeczki i skrzydełek Sowy. Zresztą ch... w pogawędce obu panów wystąpiło znacznie więcej. Można powiedzieć, że jak na dżentelmenów przystało, Sienkiewicz i Belka sprzeczali się o to, kto ma większego - oni, Rostowski czy może niektórzy - nomen omen - członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Przyznaję, że wstrząśnięty tymi nagraniami nie jestem. Może dlatego, że nie stronię od brzydkich słów. Gdyby tylko mi pozwolono, używałbym ich również w tym miejscu. Bo wulgaryzmy wiele rzeczy upraszczają. Definiują problem skuteczniej niż ich eleganckie zamienniki. Są jak uderzenie pięścią w nos zamiast dyplomatycznej gadki .

Gdy ktoś w prywatnej rozmowie pyta mnie o mitsubishi ASX, mówię, że jest "ch...", i temat zostaje wyczerpany. Ale w tym miejscu nie wolno mi tak napisać, przez co zmuszony jestem opowiadać wam w długich złożonych zdaniach o tym, jak upiornie plastikowy, głośny i mało atrakcyjny jest ten samochód. Przy drugim zdaniu ziewacie, pod koniec trzeciego akapitu głowa opada wam na szpalty w półśnie. Dlatego wolę opisywać auta dobre, które zapadły mi w pamięć. Choć i w ich przypadku często cisną mi się na usta wulgaryzmy. Na przykład gdy pierwszy raz ruszyłem z miejsca peugeotem RCZ R, sam do siebie krzyknąłem: "O ja p...". Bo żadne słowo lepiej nie oddałoby wrażeń z prowadzenia tego małego wariata. Gdy parę miesięcy temu wsiadłem do bmw M5 i wcisnąłem gaz do dechy, wypowiedziałem "k...", a dopiero po trzech dniach "...a". Tak szybki i obezwładniający był ten samochód.

W zasadzie nie ma marek, w przypadku których brzydkie słowa można by uznać za nietakt. Teoretycznie do tego grona kwalifikuje się mercedes, bo przecież taki dostojny, elegancki i poważny. Sęk w tym, że u progu w XXI wieku Helmut z działu księgowości stuttgarckiej marki zmusił inżynierów do tego, aby oszczędzali na materiałach, przez co "mesie" zaczęły się psuć. To spowodowało, że dystyngowani panowie po "70". ze złotymi laskami w ręku zaczęli odwiedzać serwisy, a każda wizyta zaczynała się od słów: "K... mać, zapłaciłem za to auto ponad 200 tys. zł, a teraz jest jak wrzód na d... Oddajcie mi moje pieniądze".

Ale trzeba przyznać, że w ostatnim czasie Niemcy wkładają mnóstwo wysiłku w przywrócenie blasku gwieździe Mercedesa. Spodobał mi się najnowszy CLS, dużo dobrego napisałem o nowej klasie E, topowa linia S to technologiczny i jakościowy majstersztyk, a małe A wreszcie przestało udawać, że jest minivanem. Ostatnio zaś usiadłem za kierownicą nowej klasy C. Bez dwóch zdań jest to najbardziej elegancka limuzyna w segmencie premium. Przy czym "elegancka" nie oznacza w tym wypadku wyłącznie dobrze skrojonego garnituru i wyprasowanej koszuli. Tu mamy do czynienia także z atletycznym ciałem, nienaganną fryzurą i zapachem Lacoste. Innymi słowy klasa C nie jest już - jak jej poprzednicy - łysym i grubym bankierem, tylko młodym, uśmiechniętym, wysportowanym menedżerem. To znak, że Niemcy celują w zupełnie nowego klienta. Powiew świeżości zastąpił zapach naftaliny także we wnętrzu. Z tej perspektywy klasa C prezentuje się nawet odważniej od bmw serii 3 i audi A4. I powiedziałbym, że jest ciut lepiej od nich wykonana, gdyby nie jeden feler - testowany egzemplarz miał konsolę środkową pociągniętą lakierem fortepianowym. Po paru miesiącach była porysowana tak, jakby ktoś jeździł po niej na łyżwach. Mercedes twierdzi, że to po części wina dziennikarzy, którzy nie dbają o nie swoje, ale jakoś ani w bmw, ani w infiniti czy lexusie się na to nie skarżą.

Faktem jest, że odmładzając klasę C, Mercedes nie poprzestał wyłącznie na wygładzeniu zmarszczek. Wymienił także kości, ścięgna i stawy - zawieszenie i układ kierowniczy auta idealnie godzą komfort jazdy z precyzją prowadzenia. W Stuttgarcie osiągnięto kompromis, jakiego nie byli w stanie wypracować ludzie z Monachium. W efekcie klasą C pokonacie dowolny zakręt z prędkością o 0,000045 km/h niższą niż w porównywalnym bmw serii 3, ale za to wasze kręgosłupy dotrwają w idealnym stanie do późnej starości.

Operacja "młodość" nie ominęła również silników klasy C, w tym dwulitrowego doładowanego benzyniaka o mocy 184 koni (oznaczony symbolem C200). To najlepszy silnik benzynowy, jakim miałem okazję jeździć w ostatnich latach. Spokojne obchodzenie się z pedałem gazu owocuje spalaniem na poziomie zaledwie 6 litrów paliwa, co pod dużym znakiem zapytania stawia sens istnienia i diesli, i hybryd. Korzystanie z pełni możliwości motoru (są niemałe - 7,3 sekundy do setki) daje wynik na poziomie 9-10 litrów, co również uznać można za bardzo dobry wynik. Do tego jest bardzo cichy, w trybie sportowym bardzo spontaniczny i idealnie pasuje do charakteru całego samochodu. Tylko w żadnym wypadku nie próbujcie pożenić go z automatyczną skrzynią 7G-tronic. Nie będę pisał, że jest powolna, że szarpie, że etc. Polecę Sienkiewiczem - jest "ch...".

@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.00000090a.803.jpg@RY2@

Mercedes C200

@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.00000090a.804.jpg@RY2@

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk

 szef sekretariatu redakcji

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.