Geniusz wyżywi się sam
Jeśli młodemu wynalazcy marzy się światowy sukces, to oczywiście może liczyć na wsparcie państwa. Ale dla własnego dobra powinien także ćwiczyć techniki przetrwania, uskuteczniane przez uczonych, którym niegdyś się powiodło
Fakt, że kraje Unii Europejskiej przegrywają wyścig ze Stanami Zjednoczonymi i państwami Dalekiego Wschodu w tworzeniu innowacyjnych produktów, bardzo niepokoi KE. Unijna komisarz ds. badań, innowacji i nauki Maire Geoghegan-Quinn wręcz wywołała do tablicy rządy tych państw, które wydają najmniej na badania. Na czele stawki outsiderów wymienionych 10 czerwca podczas konferencji prasowej znalazła się Polska, obok m.in. Malty, Bułgarii, Grecji, Litwy czy Rumunii. Wszystkie te kraje wydają na działania innowacyjne poniżej 1 proc. swojego PKB, gdy celem Unii jest osiągnięcie 3 proc. Co zresztą już się udaje Finlandii, Szwecji, Danii, Niemcom oraz Słowenii.
Jeszcze tego samego dnia wicepremier Elżbieta Bieńkowska oznajmiła, iż wkrótce będzie lepiej. Ma to sprawić zaakceptowana przez KE umowa partnerstwa, zgodnie z którą w latach 2014-2020 przedsiębiorstwa i ośrodki badawcze otrzymają na prace innowacyjne ponad 18 mld euro z funduszy UE. Dzięki temu wskaźnik wydatków na badania wzrośnie z 0,9 proc. polskiego PKB do 1,7 proc. Gdyby wierzyć statystykom, to naukowcy i wynalazcy w III RP doczekają się w końcu lepszych dla nich czasów. Jednak nim one nadejdą, dla bezpieczeństwa warto, aby sobie przypomnieli sposoby zdobywania środków na sfinansowanie przełomowych odkryć, które niegdyś stosowali ich koledzy.
Wizerunek człowieka sukcesu
Drogę do kariery naukowej otworzył Michałowi Sędziwojowi spadek zapisany w testamencie przez ojca. Dzięki niemu szlachcic z Łukowicy koło Nowego Sącza mógł studiować na uniwersytetach w Krakowie, Lipsku oraz Wiedniu. Potem zaś podróżować po Europie, pogłębiając wiedzę o odkryciach z dziedziny alchemii. Ale majątek zebrany przez przodków się wyczerpywał i Sędziwój pozostałby bez środków na eksperymenty naukowe, gdyby nie to, że udało mu się wykreować na posiadacza tajemnicy transmutacji. Ówcześni alchemicy wierzyli, iż możliwe jest przekształcenie innych ciężkich metali, takich jak ołów lub rtęć, w złoto. Reakcję chemiczną zwaną transmutacją miał powodować kamień filozoficzny, przeważnie w sproszkowanej formie - nazywanej tynkturą. Gdy w sakiewce widać już było dno, Sędziwój zaczął rozgłaszać opowieść, iż mieszkający w Saksonii sławny alchemik Sethon przekazał mu tajemnicę kamienia filozoficznego z wdzięczności za wyciągnięcie go z więzienia. Opowieść uprawdopodobniał fakt, że miejscowy książę faktycznie więził i torturował alchemika, żeby wydobyć od niego tajemnicę transmutacji, aż w końcu ten umarł z powodu odniesionych obrażeń. Czy Sędziwój wcześniej uwolnił Sethona, do końca nie wiadomo. Natomiast na pewno poślubił wdowę po nim i przejął księgozbiór, po czym udał się na dwór Rudolfa II Habsburga. Rezydujący w Pradze cesarz uwielbiał eksperymenty alchemiczne, słynąc w całej Europie z tego, iż hojnie sponsorował uczonych oraz szarlatanów. Podczas audiencji na Hradczanach Sędziwój wrzucił do tygla kawałek ołowiu i przy pomocy proszku zamienił go w sztabkę złota. Rudolf II natychmiast zaproponował mu posadę dworzanina, nie zwracając uwagi na to, iż osoba umiejąca zamieniać ołów w złoto na pewno nie potrzebowałaby żadnego sponsora.
Mieszkającemu od 1593 r. w Pradze Sędziwojowi wiodło się coraz lepiej. Polski król Zygmunt III Waza dwa lata później zaproponował mu etat sekretarza w zamian za wspieranie działań dyplomatów Rzeczypospolitej na cesarskim dworze. Jednak świetnie zapowiadającej się kariery o mały włos nie złamałaby chciwość alchemika. Oprócz cesarza i króla znalazł on jeszcze sponsora w osobie niejakiego Ludwika Koralka. Ten bardzo bogaty praski mieszczanin w 1599 r. zmarł w tajemniczych okolicznościach, wcześniej zapisując Polakowi spory spadek. Rodzina Koralka natychmiast oskarżyła alchemika o otrucie dobroczyńcy. Nie wiadomo, jak potoczyłby się proces, gdyby nie koneksje Sędziwoja na cesarskim dworze. Ostatecznie sędzia oddalił oskarżenia, a Polak pospiesznie spakował cały majątek i wrócił do ojczyzny, gdzie jeszcze przez długie lata w spokoju prowadził eksperymenty alchemiczne. Sposób ich finansowania mógłby postawić Michała Sędziwoja w gronie najprzebieglejszych oszustów tamtej epoki, gdyby nie 10 ksiąg, jakie po sobie pozostawił - z "De Lapide Philosophorum" ("O kamieniu filozoficznym") na czele. Zawarte w nich opisy procesów chemicznych wyprzedzały swoją epokę. Zwłaszcza te dotyczące termicznego rozkładu saletry, czyli azotanu potasu KNO(3), i uzyskiwania czystego tlenu, nazywanego przez Polaka "nitrą". Choć księgi Sędziwoja miały w Europie ponad 80 wydań, a w Londynie dzieła zebrane alchemika drukowano w całości dwukrotnie, ich prawdziwą wartość docenił dopiero sto pięćdziesiąt lat później jeden z ojców nowoczesnej chemii John Mayow. Potem eksperymenty powtarzali jeszcze kolejni odkrywcy tlenu - angielski uczony Joseph Priestley oraz francuski geniusz Antoine Lavoisier. Śmiało więc można powiedzieć, że pieniądze wyłudzane przez Sędziwoja nie poszły na marne.
Obrotna żona plus wazeliniarstwo
Również Jan Heweliusz mógł sobie pozwolić na rozpoczęcie badań naukowych dzięki bogactwu przodków. Ród Hewelków (bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko) posiadał w Gdańsku aż 12 browarów. Ojciec Heweliusza Abraham Hewelka chciał, by syn umiał sprawnie zarządzać tak wielkim majątkiem, dlatego zmusił go do podjęcia studiów prawniczych na Uniwersytecie w Lejdzie. Tymczasem młody dziedzic wolał astronomię, do której miłością zaraził go nauczyciel z gdańskiego gimnazjum Piotr Krüger. Po pierwszym roku nudnych studiów w 1631 r. Heweliusz opuścił Lejdę i ruszył w podróż po Europie. Dotarł nawet do Włoch, gdzie chciał poznać sławnego Galileusza. Tam dogonił go list z Gdańska. Rodzina donosiła, że Abraham Hewelka jest śmiertelnie chory i błaga syna o jak najszybszy powrót do domu. Na miejscu okazało się, iż przebiegły ojciec nie tylko ma się dobrze, lecz także znalazł synowi majętną narzeczoną. Katarzyna Rebeschke wnosiła w posagu zarówno browar i dwie kamienice, jak i spory talent do prowadzenia interesów. Heweliusz wykorzystał to kilka lat później, w swoje trzydzieste urodziny. Wcześniej pokornie zajął się browarnictwem i robieniem kariery politycznej w radzie miejskiej Gdańska. Ale 28 stycznia 1641 r. zebranym na imprezie urodzinowej członkom rodziny oświadczył, iż zamierza wybudować obserwatorium astronomiczne, zaś prowadzenie codziennych interesów pozostawia żonie.
"Cóż może być bardziej miłe i przyjemne niż kontemplowanie i oglądanie własnymi oczyma, w naszych zaś czasach z pomocą doskonałych i wielkich lunet, prawdziwego oblicza tylu wielkich świateł nieba, ich cudownych odmian oraz wiecznego uporządkowanego i stałego ruchu" - zanotował potem w pamiętnikach. Pierwsze obserwatorium astronomiczne Heweliusz zbudował na platformie łączącej dachy dwóch należących do niego kamienic w centrum Gdańska. Wyposażył je w kosztowne przyrządy obserwacyjne oraz zatrudnił asystentów, po czym przekonał się, że dochody z browarów są zbyt małe, by sfinansować dalsze badania. Szybko więc zaprzyjaźnił się z Fryderykiem Getkantem, kartografem Władysława IV. Za jego pośrednictwem przekazał w darze królowi zbudowany przez siebie podróżny zegar słoneczny. Niedługo potem oczarował nową żonę monarchy Ludwikę Marię Gonzagę, która przybyła do Gdańska okrętem z Francji. Pozyskał sobie też jej sekretarza Piotra Des Noyersa, dobrze znającego się na astronomii. Francuza zachwyciły sporządzone przez Heweliusza niezwykle dokładne mapy powierzchni Księżyca, a także nowatorskie mapy plam na Słońcu. Przekonały one Noyersa, aby zaprotegować gdańskiego uczonego na królewskim dworze. Wiedząc o tym, astronom kuł żelazo póki gorące i przygotował dla Władysława IV kolejny nowatorski dar. Polemoscopium (wojennowidz), mający umożliwić bezpieczne obserwowanie zza muru twierdzy pola walki. Wynaleziony przez Heweliusza peryskop zrobił potem furorę w Europie, ale nawet nazwanie grupy gwiazd w konstelacji Wodnika na cześć Władysława IV "Stellae Vladislavianae" nie przełamało skąpstwa króla. Dotacje na badania naukowe udało się Heweliuszowi pozyskać dopiero u jego następcy Jana Kazimierza, który notabene poślubił wdowę po bracie Ludwikę Marię Gonzagę. Tymczasem furorę na Zachodzie robiło pierwsze dzieło gdańszczanina - "Selenographia". Doskonałe mapy Księżyca tak zachwyciły królową szwedzką Krystynę, że zgodziła się sponsorować gdańskie obserwatorium. Jan Kazimierz poza pieniędzmi dorzucił też przywilej pozwalający na prowadzenie własnej drukarni.
Mimo to Heweliusz szukał wciąż nowych sponsorów. Do tego grona dołączył nawet król Francji Ludwik XIV wypłacający regularne pensje 56 artystom i naukowcom. Gdańskiemu astronomowi przekazywał 1,2 tys. franków rocznie, gdy np. Molierowi jedynie tysiąc franków. Choć najwięcej, bo aż 4 tys. franków, dostawał sławiący dokonania "Króla Słońce" historyk Mezeray. Heweliusz starał się nie być od niego gorszy i np. na karcie tytułowej dzieła poświęconego kometom "Cometographiae" osobiście naszkicował rycinę przedstawiającą to, jak składa księgę u stóp siedzącego na tronie Ludwika XIV. Astronom nie zapominał też o francuskim ministrze finansów Jeanie-Baptiste Colbercie, dedykując mu swe mniej ważne dzieła. Niestety próżność władców miała swoje granice. Kiedy z powodu wojen Francja w 1672 r. musiała ograniczyć wydatki budżetowe, dotacje dla gdańszczanina zawieszono. Ale zaprawiony w bojach naukowiec umiał sobie z tym poradzić, reaktywując starą znajomość z hetmanem wielkim koronnym Janem Sobieskim, wybranym niedługo potem na króla Rzeczypospolitej. Zaraz po elekcji Heweliusz przesłał dawnemu przyjacielowi owoce z drzewa cytrynowego wyhodowane w cieplarni przy obserwatorium. Potem delikatnie ponawiał sugestie o konieczności wsparcia astronomii. Wreszcie Jan III Sobieski, wybierając się w 1677 r. do Gdańska, przygotował dokument przyznający uczonemu pensję w wysokości tysiąca florenów rocznie oraz zwolnienie od wszelkich podatków płaconych przez browary Heweliusza. W podzięce astronom dedykował królowi drugi tom "Machiny nieba", a siedem lat później po zwycięstwie pod Wiedniem na cześć obrońcy chrześcijaństwa nazwał nowo odkryty gwiazdozbiór Scutum Sobiescii (Tarczą Sobieskiego). Co miało swoją wagę, bo Jan Heweliusz cieszył się w Europie sławą jednego z największych astronomów.
Zawsze pozostają korepetycje
Pieniądze, jakie zapisał Józefowi Hoene jego ojciec, pomogły młodzieńcowi radykalnie odmienić życie. Po powstaniu kościuszkowskim porucznik Hoene, posługując się już nazwiskiem Wroński, przeszedł na stronę wroga i w armii rosyjskiej dosłużył się stopnia majora. Ale 17 tys. złotych polskich spadku skłoniło go do porzucenia niewdzięcznego wysługiwania się o
kupantowi, otwierając możliwość wyjazdu na Zachód. Potem studiował w Halle i szukał rehabilitacji, wstępując w 1800 r. na ochotnika do stacjonującej w Marsylii Legii Włoskiej, dowodzonej przez gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Kiedy jednak Legia miała wymaszerować z miasta, Józef Hoene-Wroński znów wolał zostać cywilem, wybierając bezpieczne życie i matematykę. Na utrzymanie zarobił, projektując dla władz Marsylii zespół maszyn hydraulicznych przepompowujących wodę z rzeki Durance do miejskiej kanalizacji. To pozwoliło mu przez kilka lat koncentrować się na szukaniu wzoru matematycznego, z którego wynikałyby wszystkie inne wzory, co nazwał prawem najwyższego algorytmu. Robił to z takim zaangażowaniem, iż brak gotówki zauważył dopiero wtedy, kiedy zupełnie się skończyła. Wówczas zajął się udzielaniem korepetycji z matematyki, zyskując dzięki temu... żonę. Pechowo młoda uczennica markiza Henryka Sarrazin de Montferrier poza tytułem szlacheckim niczego nie wniosła w posagu. Matematyk jesienią 1810 r. udał się więc do Paryża, aby na Wydziale Nauk Fizycznych i Matematycznych francuskiego Instytutu Narodowego zaprezentować swoje teorie. Wyznaczony do ich zrecenzowania wybitny matematyk Joseph Lagrange napisał jedynie, iż: "zadanie wydania orzeczenia nie wydaje się łatwym". Jako że żona spodziewała się dziecka, zdesperowany Wroński udał się prosić o wsparcie do rosyjskiej ambasady. Tam przyjęto go z otwartymi rękami. Ambasador książę Kuragin przyznał Polakowi stałą pensję, dorzucając dotację na druk dzieł naukowych. Pierwsze z nich - "Wstęp do filozofii matematyki" - Wroński zadedykował carowi Aleksandrowi I. Tymczasem napoleońska Francja miała za sobą już kilka wojen stoczonych z Rosją i środowisko naukowe natychmiast zaczęło ostro atakować uczonego sławiącego znienawidzonego wroga. Podczas spotkania z Kuraginem uznawany za matematycznego geniusza Pierre Simon de Laplace oświadczył, iż rosyjska ambasada odpowiada za szarganie imienia cara, pozwalając, by znalazło się ono na książce zawierającej jedynie mrzonki.
Niedługo potem Rosjanie zaprzestali wypłacania Wrońskiemu pensji. Naukowiec wrócił więc do korepetycji. Jeden z jego uczniów, bogaty kupiec z Nicei Pierre Georges Arson, tak zachwycił się matematyczno-filozoficznymi teoriami Polaka, że postanowił sponsorować swego nauczyciela. W krótkim czasie Wroński wyłudził od niego 100 tys. franków, nakłaniając równocześnie do założenia spółki. W zamian oferował zdradzenie "tajemnicy Absolutu" - tłumaczącej wszystkie reguły rządzące wszechświatem. Arson długo dotował Polaka, finansując m.in. druk wielkiego dzieła "Filozofia techniki algorytmicznej". Wreszcie bezowocne oczekiwanie na objawienie tajemnicy przez mistrza rozczarowało go i w grudniu 1816 r. postanowił zerwać współpracę. Jako że Wroński dysponował wekslami podpisanymi przez kupca in blanco, ten zaoferował za ich zwrot 35 tys. franków. Matematyk odmówił, co zapoczątkowało trwający dwa lat spór sądowy. Proces o "tajemnicę Absolutu" stał się głośny w całej Europie. Pisarz Honoriusz Balzak zainspirowany pomysłem sprzedaży teorii naukowych jak towaru napisał nawet powieść pt. "Poszukiwanie absolutu". Dzięki temu, a nie swoim naukowym osiągnięciom, Hoene-Wroński zdobył międzynarodową sławę. Ostatecznie sąd nakazał Arsonowi wykupić od Polaka weksle za 20 tys. franków, fundując mu kilka lat godziwego życia.
Potem matematyk jeszcze kilka razy usiłował się dorobić, projektując m.in. przyrządy nawigacyjne oraz pierwszy kalkulator. Maszyny wyprzedzające swoją epokę nie wywołały prawie żadnego zainteresowania. Podobnie jak zaprojektowany w 1839 r. nowatorski ciągnik parowy na gąsienicach, którego prototyp został nawet zaprezentowany publiczności na Polach Elizejskich. Ilekroć Wrońskiemu bieda zaglądała w oczy, wracał do udzielania korepetycji. Dopiero dwadzieścia lat po śmierci geniusza matematyk Charles Lagrange przeprowadził dowód potwierdzający część wzorów "prawa najwyższego algorytmu". Musiało minąć kolejnych kilkadziesiąt lat, by inny geniusz Stefan Banach przeanalizował dokładnie dzieła Wrońskiego i zaskoczony zapisał: "wzory Hoene-Wrońskiego prowadzą do prawidłowych wyników". Po czym wychodząc od nich, stworzył przełomowy dla dwudziestowiecznej matematyki model przestrzeni Banacha.
Znajomości przede wszystkim
Konstruktor Stefan Drzewiecki dobre paryskie szkoły, w tym renomowaną Ecole Centrale des Arts et Metiers, ukończył dzięki stałemu wsparciu finansowemu ojca. Studia w takim miejscu przyniosły mu wiele procentujących w przyszłości przyjaźni, jak choćby znajomość z młodym inżynierem Gustave,em Eiffelem. Gdy jednak w ojczyźnie wybuchło powstanie styczniowe, student wrócił do kraju, chcąc walczyć z rosyjskim okupantem. Potem jeszcze raz zaangażował się politycznie, podczas wojny Francji z Prusami w 1870 r. Dwie wielkie klęski, jakie przeżył, sprawiły, iż zaczął podchodzić do życia dużo bardziej praktycznie. Osiadł w Wiedniu i dzięki wypłacanemu przez wuja stypendium zajął się pracą wynalazcy. W krótkim czasie zbudował kilka bardzo praktycznych urządzeń, jak np. aparat rejestrujący prędkość parowozu, regulator usprawniający pracę silników parowych oraz specjalny cyrkiel umożliwiający wykonywanie przekrojów stożkowych. Te wynalazki przyniosły mu dwie nagrody podczas Wiedeńskiej Wystawy Światowej w 1873 r. Ale przyszłość zapewnił, niedoceniony przez organizatorów, aparat do automatycznego nanoszenia kursu statku na mapy. Urządzenie zachwyciło brata cesarza Rosji, wielkiego księcia Konstantego Romanowa. Jeszcze podczas wystawy złożył on wynalazcy propozycję nie do odrzucenia.
"Mianuję pana członkiem i doradcą Komitetu Technicznego Marynarki Rosyjskiej z uposażeniem 500 rubli miesięcznie" - zapisał Drzewiecki w pamiętniku ofertę, jaką usłyszał od wielkiego księcia. Polak wahał się, czy przyjąć propozycję od okupanta. Wreszcie porzucił młodzieńcze ideały i zaczął karierę w Petersburgu. Przebiegała ona w imponującym stylu. Śledzący światowe nowinki Drzewiecki, gdy tylko zobaczył projekt łodzi podwodnej zbudowanej przez amerykańskiego konstruktora Horacego L. Hunleya, postanowił zająć się budowaniem takich okrętów. Jego pierwsza konstrukcja miała 5 metrów długości, zaś napędzały ją mięśnie marynarzy naciskających pedały połączone przekładniami ze śrubą okrętową. Stateczkiem można było podkraść się pod wodą do wrogiego okrętu i przyczepić do jego dna minę. Mimo to rosyjskie ministerstwo wojny długo wzbraniało się przez złożeniem zamówienia na seryjną budowę nowatorskich jednostek. W końcu zdesperowany Drzewiecki zorganizował pokaz dla cesarza Aleksandra III. Łódź podwodną przewieziono na Srebrne Jezioro, znajdujące się przy carskiej rezydencji w Gatczynie. Kiedy cesarz wraz z małżonką wypłynęli na nie łódką, okręt podpłynął do nich, zanurzył się i pod wodą pływał wokoło. Na koniec eskortował łódkę z monarszą parą aż do przystani. Tam wynurzył się i z wejściowego włazu wyskoczył Drzewiecki, dzierżąc w dłoni bukiet kwiatów dla cesarzowej. "Jest to dar Neptuna dla Waszego Majestatu" - oznajmił zachwyconej kobiecie. Wkrótce rosyjska marynarka zamówiła 50 łodzi podwodnych. To dało Drzewieckiemu środki na wprowadzanie kolejnych udoskonaleń przez następne dwie dekady. Zaprezentowany przez niego okręt podwodny na Konkursie Międzynarodowym w Paryżu w roku 1898 r. miał 120 ton wyporności, a napędzały go silniki elektryczne. Konstruktor uzbroił go w zbudowane przez siebie wyrzutnie torpedowe, które dzięki użyciu sprężonego powietrza mogły odpalać torpedy pod wodą. Nic dziwnego, że Polaka uhonorowano pierwszą nagrodą, a potem floty wszystkich mocarstw kopiowały rozwiązania zaprojektowane przez polskiego wynalazcę. W kolejnej dekadzie Drzewiecki zajął się budowaniem samolotów napędzanych śmigłem pchającym umieszczonym z tyłu kadłuba. Przy okazji projektując tunel aerodynamiczny i wszystkie potrzebne do jego funkcjonowania urządzenia. Pierwszy postawił w Auteuil dzięki wsparciu starego znajomego Gustave’a Eiffela. Kolejny powstał już w sercu Paryża na... wieży Eiffla. Wkrótce tunele aerodynamiczne przy tworzeniu nowych prototypów samolotów zaczęli stosować konstruktorzy na całym świecie.
Fundusze zebrane przez Stefana Drzewieckiego wystarczyły mu na ustanowienie stypendiów dla młodych polskich konstruktorów, gdy Rzeczpospolita odzyskała niepodległość. A także na zapewnienie wynalazcy godziwej emerytury. Kiedy ukończył 80 lat, odwiedził go przedstawiciel holenderskiej firmy ubezpieczeniowej, w której wykupił polisę. Gdy zobaczył, w jak dobrej formie fizycznie i umysłowo jest klient, wykrzyknął: "Pan zrujnuje nasze towarzystwo!", reagując podobnie jak aparat państwa, ilekroć musi przekazać większe sumy jakiemus geniuszowi.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.000001800.802.jpg@RY2@
EAST NEWS
Jan Heweliusz obserwujący gwiazdy. Rycina z książki Heweliusza "Machinae coelestis pars prior"
Andrzej Krajewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu