O co kaman
Wydawało mi się, że polski szołbiznes i kultura masowa sięgnęły dna w dniu premiery filmu "Kac Wawa". Ale gdy zobaczyłem fragmenty "Warsaw Shore" okazało się, że to dno znajduje się dużo, dużo głębiej i nawet Rów Mariański jest przy nim niczym niemowlęca wanienka. W ubiegłym tygodniu okazało się jednak, że znacznie poniżej poziomu "Warsaw Shore" i "Kac Wawy" zanurzył się w swoim gwiazdorskim batyskafie niejaki Michał Szpak - jedyny na świecie strach na wróble, który otrzymał propozycję rozbieranej sesji od "Playboya" (miałby wystąpić w niej w tym, w czym chadza na co dzień - w szpilkach, tipsach i różowych figach). Nie zgodził się jednak, twierdząc, że nie pozwala mu na to jego artystyczna dusza. A ujawnił ją w utworze "Happy Birthday", który odśpiewał przed całą Polską w dniu urodzin swojej siostry. Ruszał się przy tym, jakby wpadł do akwarium z piraniami, a po refrenie odebrał telefon z Berlina z propozycją wystąpienia na paradzie miłości w roli konferansjera. Marleny Szpak od tego dnia nikt nie widział. Szpaka niestety widzieli wszyscy - już następnego dnia pokazał się w śniadaniówce tefałenu. A mój półroczny syn autentycznie się rozpłakał, gdy go zobaczył.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.