Spieszmy się go kochać, bo szybko odejdzie
Kilka dni temu moją uwagę przykuł program telewizyjny przedstawiający najdziwniejsze ludzkie pasje. Trafiłem na odcinek opowiadający historię miłośniczki piercingu. Nie jest to hobby polegające na nękaniu Pierce’a Brosnana, lecz rodzaj uprzyjemniania sobie życia poprzez wbijanie kolczyków w różne części ciała. Kobieta z telewizji łącznie miała ich na sobie 8000. "Czy posunęła się za daleko?" - zapytał lektor. Owszem. O jakieś 7998 sztuk. Przyznaję - w podstawówce dość poważnie rozważałem umieszczenie w lewym uchu błyszczącego kółka, ale ojciec wybił mi pomysł z głowy. Tak naprawdę jednak przestraszyłem się bólu, widoku krwi i późniejszego ropienia. Kim zatem musi być człowiek decydujący się na zrobienie sobie tego 8 tys. razy? Jedno jest pewne - kobieta nie cierpi na niedobór żelaza. Niczego też wam nie ukradnie, bo gdy tylko ruszy powiekami, dzwoni donośniej niż kuranty na wieży mariackiej.
A tak całkiem serio, to wydaje mi się, że wiem, co kieruje tym babsztylem za każdym razem, gdy znajduje ostatni wolny centymetr kwadratowy swojego ciała i postanawia zagospodarować go kolejnym metalowym ćwiekiem. To chęć zwrócenia na siebie uwagi. Nieważne, że 33 proc. ludzi na jej widok dostaje ataku śmiechu, 33 proc. wzywa egzorcystę, a 33 proc. wymiotuje. Ważne, że ją zauważają. Umówmy się - w żaden inny sposób nie osiągnęłaby takiego efektu. Bo jej uroda oraz IQ pozostawiają wiele do życzenia.
Tak dochodzimy do samochodów, na które producenci nie mieli pomysłu, więc aby zwrócić na nie uwagę klientów, poddali je terapii piercingowej. Tak było z renault vel satisem, peugeotem 1007, smartem forfour, a także maybachem, który w rzeczywistości był mercedesem klasy S, tyle że znacznie brzydszym, gorszym i droższym. Każdy producent ma na swoim koncie wpadkę. Każdy - oprócz Volvo. Bo Volvo nigdy nie eksperymentowało. Najpierw szwedzcy rzemieślnicy (na pewno nie styliści) brali betonowy blok i rzeźbili w nim bryłę nowego modelu, używając przy tym wyłącznie dłuta, młotka i kątów prostych. Następnie kowale spod koła podbiegunowego wykuwali silnik, a drwale z Östersund ciosali deskę rozdzielczą. Tak powstawały auta, które kruszyły skały, były w stanie przetransportować do domu pół Ikei i odpalały za pierwszym razem nawet wtedy, gdy zamarzało jądro Ziemi.
Od czasów, gdy wikingowie wyszli spod śniegu i odkryli istnienie reszty świata, sporo się zmieniło - obecnie volvo są całkiem finezyjnymi autami. Choć nadal nie ma mowy o stylistycznych eksperymentach. I dobrze, bo S60 T6, którym miałem okazję podróżować, za 10 lat będzie wyglądało równie dobrze co dzisiaj. Jest jak dwuguzikowa czarna marynarka o klasycznym kroju, która pasuje zawsze i do wszystkiego. Jednak znacznie bardziej niż brak eksperymentów stylistycznych spodobał mi się brak eksperymentów mechanicznych. Trzylitrowy silnik z tylko jedną turbosprężarką daje 304 koni, ale za niewielka dopłatą i z pomocą komputera ludzie z Volvo są w stanie rozmnożyć je do 320. Do tego sprawdzony napęd na cztery koła i sześciobiegowa automatyczna skrzynia biegów z tylko jednym sprzęgłem. Ta ostatnia to przekleństwo słabszych wersji Volvo, szczególnie tych z silnikami Diesla - pisałem o tym wielokrotnie. Ale w przypadku silnika T6 sprawdza się zaskakująco dobrze. Tu jakoś się wie, kiedy należy zmienić bieg na wyższy, a kiedy szybko zredukować.
Wszystko to w połączeniu ze stabilnym zawieszeniem i zaskakująco komunikatywnym układem kierowniczym sprawia, że jazda T6 daje dużo frajdy. Prowadząc je, w pewnej chwili szczerze żałowałem, że w tym roku zima postanowiła być wobec nas łaskawa. Jestem pewien, że na śniegu Volvo zostawiłoby w tyle całą niemiecką konkurencję. Nie jest może tak dobrze wykonane jak ona, ale daje poczucie obcowania z prawdziwą drogą, a nie z procesorami i kablami pod maską. Pod jednym warunkiem - musicie dezaktywować wszystkie cholerne systemy, które wyją i mrugają, gdy tylko za blisko kogoś jedziecie, za słabo hamujecie, za mocno wciskacie gaz, za mało patrzycie przed siebie, za późno włączacie kierunkowskaz etc. A najlepiej będzie, jeżeli po prostu nie zamówicie żadnego z tych ustrojstw do swojego S60 T6. Bo to tak, jakbyście kupili ścigacz i dla bezpieczeństwa założyli mu boczne kółka. To po prostu śmieszne.
Śmieszne niestety nie jest to, że macie dosłownie ostatnią szansę na zakup tej wersji S60. Już niebawem sześciocylindrowca zastąpi czterocylindrowa jednostka z doładowaniem - bez odpowiedniego wdzięku i dźwięku. Za to ma zużywać mniej paliwa i emitować mniej CO2 do atmosfery. Wygląda na to, że Volvo dobrowolnie postanowiło wykastrować jedno z najlepszych aut, jakie stworzyło. A autokastracja jest jeszcze gorsza niż piercing. Bo już nawet kolczyka nie ma gdzie wpiąć.
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.00000150b.803.jpg@RY2@
Volvo S60 T6
@RY1@i02/2014/006/i02.2014.006.00000150b.804.jpg@RY2@
Łukasz Bąk zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Łukasz Bąk
zastępca kierownika działu życie gospodarcze kraj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu