Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Fantazje o śpiewaniu

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Lou Doillon popularnością zapewne nigdy nie dorówna gwiazdom w stylu Lany Del Rey czy Taylor Swift. Jeżeli jednak szukacie alternatywnego popu, to na jej drugą płytę warto zwrócić uwagę

Zdumiewa mnie to, że dziś ktoś ze mną rozmawia jak z muzykiem. Jestem w grupie, która nigdy nie miała znaleźć się na scenie! Fantazjowałam o tylu muzykach stojących na niej, ale nigdy o tym, że sama tam stanę" - powiedziała radiowej Trójce Lou Doillon przy okazji premiery swojej debiutanckiej płyty "Places" trzy lata temu. Teraz powraca z drugim krążkiem "Lay Low", równie osobistym, ale bardziej surowym i lepszym od debiutu.

Lou Doillon jest gwiazdą przede wszystkim w rodzinnej Francji, nie znajdziecie jej na listach przebojów na Wyspach, w Stanach czy w Polsce. Tu wśród kobiet królują ostatnio Lana Del Rey czy Taylor Swift. Na ich płyty na pewno warto zwrócić uwagę, ale poza nimi jest cała masa znakomitych wokalistek, debiutantek i tych z dorobkiem, których nowe albumy są przynajmniej tak samo ciekawe jak "Honeymoon" Lany. Lou Doillon to jedna z nich.

Zanim córka reżysera Jacquesa Doillona (m.in. "Raja" i "Ponette") oraz znakomitej aktorki i wokalistki Jane Birkin zaczęła muzykować na serio, grała w filmach ("Gigola") i pracowała jako modelka (Givenchy, kalendarz Pirelli). Poważnie muzyką zajęła się trzy lata temu, wydając na swoje 30. urodziny debiutancki krążek "Places". Wymyślony w domowym zaciszu album bardzo spodobał się we Francji. Druga płyta powstawała już w zupełnie innych okolicznościach. Lou była po wielomiesięcznej trasie koncertowej, nabrała doświadczenia, jednocześnie przekonała wielu, że ma nie tylko nazwisko i artystyczne korzenie, ale też talent. Jednocześnie czuła zwiążaną z wydaniem drugiego albumu presję. By się od niej odciąć i znaleźć inne inspiracje, wyjechała do Kanady. Materiał zarejestrowała wraz z tamtejszymi muzykami z zespołu Timber Timbre. W jednym z wywiadów o "Lay Low" powiedziała: "Jest w niej coś chaotycznego, coś nieokiełznanego. Jest cała analogowa, nagrana na starym sprzęcie. Chciałam, żeby ludzie słyszeli, co tam się naprawdę działo". A słychać przede wszystkim, że Lou poszła w mroczną stronę. Jej ballady przypominają momentami dokonania Nicka Cavea albo Leonarda Cohena. Doillon czaruje, nisko schodząc głosem w "Good Man" albo "Above My Head", niemal szepcze erotycznie w "Robin Miller", sprawdza się również w rytmicznym, szybszym numerze tytułowym. Całość doprawia balladami zagranymi jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej. To mniej słodka i przebojowa płyta od jej debiutu, możliwe, że nie powtórzy tamtego sukcesu sprzedażowego. Bez wątpienia jest jednak płytą ciekawszą, wciągającą na dłużej.

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.196000100.803.jpg@RY2@

Universal Music

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2015/197/i02.2015.197.196000100.804.jpg@RY2@

O innych ciekawych wokalistkach i ich albumach przeczytacie na stronie 6.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.