W wolnej chwili
"Nie będziemy grali już hard rocka" - mówił w zapowiedziach nowego albumu Riverside wokalista Mariusz Duda. Fani na profilu kapeli na Facebooku pisali m.in.: "If no hard rock then no music at all". Mam nadzieję, że się jednak nie obrażą na ten znakomity zespół, bo faktycznie mniej tu mocnego grania niż na wcześniejszych płytach. W jego miejsce są przede wszystkim melodie, i to przywołujące na myśl lata 80. Może nie jest to rewolta na miarę elektronicznego zakrętu Paradise Lost z drugiej połowy lat 90., ale "Love, Fear and the Time Machine" idzie jednak innym torem niż poprzednie płyty. Jak podkreślają członkowie Riverside, chcieli tym krążkiem nabrać haust świeżego powietrza. To im się udało. "Love, Fear and the Time Machine" to wciągający, klimatyczny album. Oczywiście jest na tyle progresywny, że Riverside nie podbiją nim list przebojów, ale też na pewno nie mają takich ambicji. Są gwiazdą swojej niszy (choć patrząc na rozpiskę koncertową liczącą ponad 30 występów na całym świecie, trudno mówić o szczególnej niszy) i najwidoczniej bardzo im w niej dobrze.
@RY1@i02/2015/172/i02.2015.172.196000800.806.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Pracowała z Mattem Berningerem z zespołu The National, Chrisem Cornellem, kapelą Paramore. Przez pięć lat, do zeszłego roku, wraz z Johnem Paulem White’em tworzyła indiefolkowy duet The Civil Wars, z którym zgarnęła cztery nagrody Grammy. Teraz Joy Williams powraca z nowym, piątym solowym albumem "Venus". Pochodząca z Kalifornii wokalistka jako dziecko śpiewała w kościele i ten uduchowiony klimat momentami przebija przez "Venus". Joy nie pozbyła się też folkowego emploi rodem z The Civil Wars. Dochodzą do tego popowe elementy a la Kate Bush. Całość otoczona jest rozmarzoną nutą, która zapewne nie każdemu przypadnie do gustu. Fani żywiołowych dźwięków mogą przy "Venus" szybko usnąć. To bardzo kobieca płyta, nieprzypadkowy tytuł, i to nie są krytyczne słowa. Joy Williams potrafi bowiem rozczulić bez zbędnego łzawego odchylenia. W osiągnięciu pożądanego romantycznego klimatu pomagają jej m.in. gitary, klawisze i skrzypki. Zwróćcie również uwagę na niebanalne teksty. Trudno jest takie pisać, mówiąc o miłości, a Williams się udało.
@RY1@i02/2015/172/i02.2015.172.196000800.807.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
"Projekt Almanach" na premierę czekał dwa lata. I choć okazuje się, że studio nie ma się czego wstydzić, ta swoista młodzieńcza fantazja o maszynie czasu jest zadziwiająco powściągliwa i brakuje jej tej bezwarunkowej radości, jaka charakteryzować powinna kino młodzieżowe. "Projekt Almanach" przyrównuje się do "Efektu motyla" i na poziomie naskórkowym jest to skojarzenie trafne, aczkolwiek bohaterami kieruje inna motywacja. David, ambitny wynalazca, szuka w projektach ojca prawdy o swoim rodzicu, a jego paczkę pochłaniają szkolne i sercowe problemy. Sam film utrzymany jest w ekonomicznej stylistyce "found footage", czyli całość stylizowana jest na domowe nagranie, co przy stosunkowo niedużym budżecie można uznać za rozsądne posunięcie. Szkoda, że nie wykorzystano sporych możliwości leżących w fabule, czasowe paradoksy i następstwa podróży w przeszłość można by wykorzystać o niebo lepiej, ale i tak "Projekt Almanach" pozostaje niewymagającą rozrywką na nudny wieczór.
@RY1@i02/2015/172/i02.2015.172.196000800.808.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
"Everybody’s Gone to the Rapture" to tytuł, który w pełni sezonu potraktowany by został najpewniej przez media głównego nurtu jako ledwie ciekawostka. A tak ma szanse się przebić. I zasługuje na to. Kolejna propozycja brytyjskiego teamu The Chinese Room utrzymana jest w podobnym klimacie co okrzyczane "Dear Esther", którego jest, jak mówią twórcy, duchowym spadkobiercą. "Everybody’s Gone to the Rapture" określić można jako grę kontemplacyjną, której melancholijny urok polega na snuciu się po przepięknie odwzorowanym bezludnym angielskim miasteczku. Mieszkańcy wyparowali. Co się z nimi stało? Zadaniem gracza jest odkrycie owej tajemnicy. Tytuł sugeruje religijne wniebowzięcie, ale równie dobrze może chodzić o apokalipsę albo ingerencję obcej cywilizacji. Czar gry polega na odtworzeniu ostatnich chwil ludzi, którzy zniknęli. Należy dać się ponieść opowieści i chłonąć przesyconą smutkiem atmosferę.
@RY1@i02/2015/172/i02.2015.172.196000800.809.jpg@RY2@
Bartosz Czartoryski
W najbliższą niedzielę wystartuje znakomita seria dokumentalna nagrodzonego Emmy Kena Burnsa. Dwunastoodcinkowa opowieść przybliży historię jazzu. W każdym z epizodów będzie można nie tylko poznać historię tego gatunku, ale też posłuchać legendarnych muzyków, i to nie tylko gwiazd w stylu Louisa Armstronga, Duke’a Ellingtona czy Milesa Davisa. Pierwszy odcinek opowiada o narodzinach jazzu. Film przenosi nas do Nowego Orleanu i pierwszych muzyków jazzowych, przede wszystkim grającego na kornecie, czyli rodzaju trąbki, Buddy’ego Boldena. Jego karierę przerwała choroba psychiczna, ostatnie lata życia spędził w zakładzie dla obłąkanych. W tym odcinku będzie można posłuchać również takich protoplastów gatunku, jak Sidney Bechet, Freddie Keppard i Jelly Roll Morton. W kolejnej odsłonie twórcy opowiadają o narodzinach scen chicagowskiej oraz nowojorskiej, Armstrongu i Ellingtonie. Emisje w kolejne niedziele.
@RY1@i02/2015/172/i02.2015.172.196000800.810.jpg@RY2@
AP
WP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu