Paranoja jest goła
Wielkie oczekiwania i nadzieje, a w efekcie duże rozczarowanie. "Wada ukryta" Paula Thomasa Andersona nie usatysfakcjonuje ani entuzjastów talentu twórcy "Magnolii", ani fanów literatury Thomasa Pynchona
Pośród wielu epitetów, którymi w ostatnich latach obdarzono Andersona, przekonuje mnie zwłaszcza status genialnego scenarzysty. Rzeczywiście, autor "Aż poleje się krew" ma wspaniałe ucho do dialogów i dar zapisu scenariuszowego koherentnego z najbardziej nawet abstrakcyjnym obrazem. Dość powiedzieć, że spośród sześciu dotychczasowych nominacji oscarowych aż cztery otrzymał właśnie za scenariusz. Nie inaczej było również w przypadku "Wady ukrytej", tym razem jednak stopień trudności wydawał się znaczniejszy, a odpowiedzialność większa. Pynchon to obok Dona DeLillo, Philipa Rotha czy Cormaca McCarthy’ego ikona współczesnej amerykańskiej literatury, a "Wada ukryta" stanowi ekstrakt jego stylu. Trzeba przyznać, że Anderson podszedł do zadania ambitnie. Przepisał, niemal zdanie po zdaniu, całą, liczącą przeszło 400 stron powieść, a następnie dokonał jej transpozycji na własne kino. I to go właśnie zgubiło.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.