Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

"W USA twórcy filmowi chcą podkreślać klimat scen w absurdalnie oczywisty sposób i często przesadzają z efektami dźwiękowymi. Boją się, że publika nie wyłapie pewnych emocji. Mam wrażenie, że w Europie, a szczególnie we Francji, twórcy są bardziej pewni siebie. Odważniej podchodzi się tam do muzyki filmowej" - powiedział mi w rozmowie dwa lata temu Warren Ellis, wieloletni współpracownik Nicka Cavea. Muzycy napisali razem wiele soundtracków, ostatnie ich dzieło właśnie wylądowało w sklepach i zgodnie ze słowami Ellisa to muzyka nieoczywista i w pewnym sensie odważna. Stanowi ona tło dla francuskiego dramatu Davida Oelhoffena (premiera w Polsce w sierpniu), który zdobył trzy nagrody na MFF w Wenecji 2014. Akcja filmu, oparta na historii napisanej przez Alberta Camusa, toczy się w latach 50. podczas wojny w Algierii. Dla kraju był to niezwykle mroczny, trudny czas i taka też jest muzyka Ellisa i Cavea. Bez wokali, oparta na ambientowych dźwiękach z dodatkiem skrzypiec. Nie jest to może idealna płyta na letni czas relaksu, ale w nocy, w słuchawkach zrobi duże wrażenie.

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.196000800.806.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Joy Division, Bauhaus - to przede wszystkim fani tych kapel powinni zwrócić uwagę na nowy krążek kalifornijskiego zespołu Ceremony (nazwę zaczerpnęli od jednej z ostatnich piosenek zespołu Iana Curtisa, wydanej po jego śmierci pod szyldem New Order). Amerykańska kapela istnieje dziesięć lat i "The L-Shaped Man" to ich piąty długogrający krążek. Minimalistyczny, szorstki i głośny - tak mówią o nim sami twórcy. Wszystko się zgadza, choć można jeszcze dodać, że to materiał niewesoły. Motywy oparte na surowych gitarach, dołujący wokal, mantryczny bas rządzą na nim, choć zdarzają się również skręty w żywszą, punkrockową stronę. Ich granie oraz głos Rossa Farrara momentami zadziwiająco blisko przypominają dokonania Joy Division, ale trudno to nazwać zarzutem, bo legendarną kapelą inspirują się tabuny współczesnych twórców. Ceremony radzą sobie w postpunkowym świecie bardzo dobrze i "The L-Shaped Man" to potwierdza. Dobrze by było, gdyby przyjechali z nim do Polski i zaprezentowali na żywo, bo wtedy może mieć jeszcze większą moc.

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.196000800.807.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

Rynek winyli na świecie odżył. Na szczęście nie inaczej jest w Polsce. Problemem teraz staje się zbyt duża liczba chętnych do wytłoczenia analogowych płyt. Kolejki do tłoczni nie zniechęcają jednak naszych artystów i ich wydawców. Cały czas pojawiają się wznowienia znakomitych polskich płyt ostatnich kilku lat na winylach. Jedną z nich jest drugi krążek zespołu Sorry Boys "Vulcano". Płyta po raz pierwszy (na CD) pojawiła się dwa lata temu. Swoim wokalem zachwyca na niej Bela Komoszyńska (autorka tekstów). Muzycznie trudno jest sklasyfikować to, co prezentuje Sorry Boys na "Vulcano". Indiepopowe, elektroniczne granie na pewno sprawdziłoby się dobrze na świecie, gdyby tylko Sorry Boys dostało porządną szansę na zaistnienie na zachodnim rynku. Niemal każdy kawałek z "Vulcano" to pewny singlowy hit na liście ambitnego popu. Ich piosenki jeszcze lepiej brzmią na analogu i nawet ci, którzy mają już "Vulcano" w cyfrowej formie, powinni się nim zainteresować. W ostatni dzień maja będzie okazja przesłuchać materiału na żywo, bo Sorry Boys zagrają w Soho Factory w Warszawie.

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.196000800.808.jpg@RY2@

Wojciech Przylipiak

"Everest. Poza krańcem świata" łączy autentyczne archiwalia z pierwszej wyprawy na Mount Everest, onieśmielające ujęcia szczytu w technice 3D oraz mniej może udaną rekonstrukcję fabularną z udziałem m.in. Johna Wraighta czy Chada Moffitta. Efekt jest bardzo dobry. O wyprawie sir Edmunda Hillaryego i szerpy Tenzinga Norgaya na Everest krążą legendy. Przez wiele lat najwyższa góra świata była nie do zdobycia. W ciągu trzech dekad o zdobycie Everestu walczyło 15 wypraw. Nie udało się żadnej. Śmiercionośna góra - mówili wspinacze wysokogórscy. Dopiero 29 maja 1953 roku ta sztuka udała się Hillaryemu i Norgayowi. Paradokumentalną trawestację tamtej wyprawy ogląda się niczym thriller. Leszek Cichy, jeden z najsłynniejszych polskich alpinistów, który jako pierwszy człowiek zdobył Mount Everest zimą, po obejrzeniu filmu powiedział: "Osią filmu jest motywacja, ambicja i pewien rodzaj emocjonalnego rozegrania tej wyprawy: uświadomienie sobie, że przyjechaliśmy zdobyć szczyt".

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.196000800.809.jpg@RY2@

Łukasz Maciejewski

Ponoć ostatni już film fabularny Kena Loacha faktycznie przypieczętowuje karierę brytyjskiego reżysera. Odsłania w pełnej krasie jego budowaną konsekwentnie od lat wizję socjalistycznego świata złożonego z opozycji. Bazując na życiorysie Jimmyego Graltona, człowieka, który położył podwaliny pod Irlandzką Partię Komunistyczną, nakreślił historię buntownika sprzeciwiającego się społecznej niesprawiedliwości. A uosabia ją miejscowy klecha, ksiądz Sheridan, z ambony wygrażający pięścią wszystkiemu, co prowadzi do zmian. Solą w oku duchownego jest oczywiście tytułowy klub, tancbuda, gdzie Gralton organizuje spotkania i inicjuje rozmowy, niekoniecznie polityczne, a może zwłaszcza od polityki dalekie. Irlandzki aktywista skupia się na stworzeniu sprzyjającego intelektualnej stymulacji środowiska, gdzie idee wolności, braterstwa i równości są odczytywane z całą dosłownością. Przeciwstawiony im kapitalizm nie jest żadną alternatywą. Kontrowersyjne? Pewnie, ale jak tu u Loacha - szczere.

@RY1@i02/2015/103/i02.2015.103.196000800.810.jpg@RY2@

Bartosz Czartoryski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.