Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Cannes 2015: realizm i fantazje

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Pierwsze dni canneńskiego festiwalu to zderzenie dwóch światów. Z jednej strony tabuny dziennikarzy cierpliwie czekających w kolejkach na pokazy. Z drugiej - rozwinięty czerwony dywan, gotowy gościć niezliczone gwiazdy i gwiazdeczki. Gdzieś między tymi dwoma rzeczywistościami serce Cannes, przynajmniej w teorii: filmy.

"La tete haute" Emmanuelle Bercot otworzył festiwal. Francuska aktorka i reżyserka (jej film o Złotą Palmę nie konkuruje) jest pierwszą od 28 lat kobietą, której przypadł ten zaszczyt. W"La tete..." śledzi 10 lat z życia dysfunkcyjnej rodziny. Młody Malony tuła się między ośrodkami poprawczymi, zahacza o więzienie. Brak mu szacunku dla autorytetów, jest dziki, pełen gniewu, kieruje nim instynkt. Czy prowadzącej jego sprawę sędzi (Catherine Deneuve) uda się sprowadzić go na dobrą drogę? Bercot ma wrażliwość i intuicję, świetnie dobraną obsadę, ale jej film zbyt często wpada na mielizny patosu, jest konwencjonalny i z tezą. Zbyt rzadko korzysta z mocy milczenia.

Znacznie sprawniej z meandrami rodzinnych uczuć radzi sobie Japończyk Hirokazu Koreeda. W "Our Little Sister" powraca do pytań o naturę więzów rodzinnych, które zgłębiał w "Jak ojciec i syn". Tym razem w życie trzech dorosłych sióstr wkracza czwarta, nastoletnia. Poznają się na pogrzebie ojca, który dawno zostawił starsze córki, jego relację z młodszą będziemy stopniowo odkrywać na przestrzeni rozwoju fabuły. Kombinacja opozycyjnych charakterów, odmiennych historii, pragnień, jakie reprezentują cztery kobiety, to szalenie ciekawa fabularna jakość. Opowieść o kontrastach, które potrafią i chcą budować wspólny świat. Film jest urokliwy, nostalgiczny, tkliwy, ma odpowiednią wagę. Jest w nim ujmująca delikatność. Zdaje się jednak, że o uroku "Our Little Sister" stanowi przede wszystkich intrygujący dla europejskiego widza kontekst kulturowy, a sama historia jest mało oryginalna.

Oryginalności za to nie można odmówić Matteo Garronemu, który w "Tale of Tales" stworzył hiperbaśń dla dorosłych, ostateczną filmową fantazję, w której zderza się wrażliwość ludowych guseł, realizm magiczny i brutalność "Gry o tron" - wszystko pod patronatem braci Grimm i Alejandra Jodorowskiego. Film Garronego niepozbawiony jest wad, widać, że postprodukcja robiona była na ostatnią chwilę, efekty specjalne czasami niedomagają, ale w szaleństwie włoskiego reżysera jest metoda, która uwodzi bezczelną pewnością siebie.

Cannes 2015 ledwie się zaczęło, a publiczność już ma swojego faworyta - to pokazywany poza konkursem nowy "Mad Max" Georgea Millera, na temat którego słychać zewsząd niemal wyłącznie hymny pochwalne. Oby pozostałe festiwalowe filmy zapewniły spragnionej wrażeń widowni choć ułamek tak mocnych wrażeń.

@RY1@i02/2015/093/i02.2015.093.19600080b.802.jpg@RY2@

MAT. PRAS.

Stacy Martin w filmie Matteo Garronego "Tale of Tales"

Anna Tatarska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.