W wolnej chwili
Dla istniejącej już ponad ćwierć wieku angielskiej indierockowej grupy The Charlatans nagrywanie 12. krążka "Moder Nature" było najprawdopodobniej najsmutniejszym etapem kariery. Na początku procesu pracy nad nim zmarł bowiem perkusista zespołu Jon Brookes. The Charlatans poświęcili mu ten album. W miejsce Jona za bębnami usiedli Pete Salisbury z The Verve i Black Rebel Motorcycle Club, Stephen Morris z New Order oraz Gabriel Gurnsey z Factory Floor. Panowie spisali się znakomicie, tworząc doskonały rockowy materiał nawiązujący do najlepszych dokonań The Charlatans. W zasadzie nie ma tu słabej kompozycji. Wiele z nich okraszonych zostało klawiszami Hammonda, jak "In the Tall Grass" czy taneczne "Let the Good Times Be Never Ending". Są też klimatyczne, przepełnione duchem gitarowego brytyjskiego grania ballady jak "Come Home Baby". Wreszcie jest nieco depresji: otwierający płytę "Talking In Tones". To jeden z tych krążków, które zapewne nie zawojują list przebojów, ale dają wiele przyjemności po włożeniu do odtwarzacza. Dobrze by było, gdyby zaprezentowali go u nas na żywo.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.19600080b.806.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Swoimi poprzednimi trzema krążkami ("Confessions on a Dance Floor", "Hard Candy" i "MDNA") Madonna Louise Ciccone skutecznie doprowadziła do tego, że przestałem ją traktować jako wyrocznię popu. Jej ostatnie dokonania już nie penetrują nowych muzycznych rejonów jak chociażby "Ray of Light" z 1998 roku, a jedynie odpowiadają i kopiują to, co już zostało w popie wymyślone. Nie inaczej jest z trzynastym krążkiem Madonny "Rebel Heart", który częściowo wyciekł do sieci pod koniec zeszłego roku. Co prawda zbiera lepsze recenzje od dwóch poprzednich płyt, ale Madonna znowu zupełnie niepotrzebnie ściga się z młodszymi wokalistkami, wspierając się producentami typu Kanye West czy Diplo i zapraszając do współpracy Nicki Minaj. Klubowe dźwięki z naleciałościami rapu ("Iconic"), synthpopu ("Joan of Arc") i orientalnymi ("Devil Pray") irytują i ciężko jest dotrwać do końca płyty, tym bardziej że została wydana w wersji nawet z 19 piosenkami. To smutne, ale Madonna stała się jedną z wielu artystek płynących bardzo podobnym nurtem popu. Czas na prawdziwą rebelię, pani Madonno.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.19600080b.807.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Takich filmów w Hollywood powstaje na pęczki. Między innymi dlatego, że branża filmowa upodobała sobie ekranizowanie prozy Nicholasa Sparksa, autora poczytnych powieścideł ku pokrzepieniu złamanych serc. W ostatnim dziesięcioleciu powstały m.in.: "Pamiętnik" Cassavetesa, "Wciąż ją kocham" Hallstroma, "Szczęściarz" Hicksa i "Dla ciebie wszystko" Hoffmana. W fabułach nie spodziewajmy się wielkich ekstrawagancji. Zwykle jest miłość, młodzieńcza i czysta, potem rozłąka, komplikacje, spotkanie po latach. W "Dla ciebie wszystko" są jeszcze nierówności społeczne, dziewczyna z dobrego domu i chłopak z marginesu, który za wszelką cenę chce wyjść na prostą. Nie dowiemy się od razu, co ich rozdzieliło, spotykają się ponownie po dwudziestu latach. Odtąd rzecz rozgrywa się na dwóch planach czasowych. Problem w tym, że czterdziestoletni bohaterowie w ogóle nie są podobni do siebie z czasów nastoletnich. Młodsi Luke Bracey i Liana Liberato grają zresztą o niebo lepiej od doświadczonych Jamesa Marsdena i Michelle Monaghan.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.19600080b.808.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
29-letnia Lena Dunham w tej chwili jest u szczytu sukcesu i popularności. Jej książka "Nie taka dziewczyna" natychmiast stała się bestsellerem, tłumaczonym na wiele języków. Nie zawiodła tych fanów "Dziewczyn", którzy w samej Dunham próbowali szukać pierwowzoru jej bohaterki, Hannah Horvath. "Dziewczyny" to opowieść o pokoleniu, które zdetronizowało bezmyślnie konsumujące dobra trzydziestolatki z "Seksu w wielkim mieście". Horvath ma ambicję, by zostać pisarką, ale nie taką Carrie Bradshaw. Zresztą w dobie kryzysu nie miałaby najmniejszych szans dostać stałej kolumny w poczytnym piśmie. Bohaterowie "Dziewczyn" to zatem parada współczesnych dziwolągów: po Allenowsku niepewnych, znerwicowanych, pragnących bliskości, ale nieumiejących sobie z nią radzić, mających ambicje, ale uciekających w nałogi. Sezon drugi zakończył się happy endem: kochankowie padli sobie w ramiona, pojawiły się wielkie nadzieje, ale sezon trzeci znów dowiedzie, że wszystko to było iluzją. Lena Dunham wciąż trzyma klasę.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.19600080b.809.jpg@RY2@
Malwina Wapińska
To naprawdę oficjalna kontynuacja serialu. Ma błogosławieństwo Chrisa Cartera, a w oryginale nosi tytuł "The X Files. Season 10". Czy to jednak scenariusz, który chciałbym zobaczyć w telewizji? Zdecydowanie nie. Komiksowe "Z archiwum X" sprawia wrażenie, jakby twórcy na siłę chcieli zadowolić wszystkich fanów. Akcja toczy się kilka lat po drugim filmie pełnometrażowym, a na kartach albumu - oprócz Muldera i Scully - pojawiają się Skinner, agenci Doggett i Reyes, a nawet wskrzeszeni z martwych Palacz i Samotni Strzelcy. Akcja zaś nawiązuje bezpośrednio do głównego wątku serialu, czyli planowanej kolonizacji Ziemi przez obcych. Za to wszystko pokochaliśmy kiedyś "Archiwum X", ale zdawać by się mogło, że finałowe sezony wyeksploatowały już temat i niebezpiecznie przesunęły serial w kierunku autoparodii. Pierwszy tom komiksu ten trend podtrzymuje. Pozostaje więc czekać na decyzję Chrisa Cartera, czy serialowy reboot "Archiwum X" faktycznie dojdzie do skutku.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.19600080b.810.jpg@RY2@
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu