Gdy codzienność zabija
Mówi się, że depresja jest chorobą naszych czasów. Czy wcześniej nie było depresji? Była, ale nazywało się ją nudą lub melancholią. Albo nie nazywało się wcale, tylko pewnego dnia odbierało sobie życie. Gdy w pierwszej scenie Olive Kitteridge, zgorzkniała nauczycielka matematyki z zapadłej mieściny w Nowej Anglii, sadowi się na trawie z odbezpieczoną bronią w ręku, spodziewamy się, że czeka nas tragedia w duchu Czechowowskim, w której huk wystrzału jest kwestią czasu. Na razie egzekucja zostaje jednak odroczona. Cofamy się o dwadzieścia pięć lat. Widzimy smutne miasteczko, pełne identycznych ulic, sklepików i obdrapanych pubów, ponury, przytłaczający dom, a w nim dwoje bezbrzeżnie cierpiących ludzi. On, Henry Kitteridge, poczciwy, nieporadny życiowo farmaceuta, chwyta się żałosnych sposobów, by w relacji z żoną zasiać choćby ziarenko czułości. Olive brutalnie odrzuca jego gesty. Z uporem tkwi w skorupie twardej i oschłej kobiety, której niezawodną bronią jest sarkazm. Działać, nie stać w miejscu, nie roztkliwiać się - to jej antidotum na rozpacz, której nie da się wypowiedzieć, którą trzeba tłumić. Cóż z tego, że jej zachowanie nie tyle budzi żal, ile irytuje? Depresja jest tu jak gen przekazywany z pokolenia na pokolenie, jak wirus rozprzestrzeniający się pomiędzy mieszkańcami miasteczka. Henry próbuje odprawiać z kwitkiem pacjentów, żebrzących o psychotropy, ale lekarstwa na smutek potrzebują przecież tutaj wszyscy.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Skorzystaj z promocyjnej subskrypcji
już od 9,90 zł za pierwszy miesiąc.
Zyskaj dostęp do treści.
Możesz anulować w dowolnym momencie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.