Miasto, które opuścił diabeł
Wydawnictwo Czarne wznawia "Moscoviadę" Jurija Andruchowycza. Warto tę powieść przeczytać jeszcze raz, w dobie dramatycznych przemian na Ukrainie
Pobyt w Moskwie był dla mnie ważnym kawałkiem życia. Gdy teraz na to patrzę, myślę sobie, że dwa lata to nic, chwila. Ale wtedy, na początku lat dziewięćdziesiątych, to był dla mnie szmat czasu, wieczność. »Moscoviada« zaświtała mi po raz pierwszy w głowie, gdy jeszcze tam studiowałem, w Instytucie Literatury imienia Maksyma Gorkiego. Tak z niczego, podczas przejazdów metrem, z łażenia w tym moskiewskim tłumie, z picia wódki z Rosjanami. Doświadczałem na własnej skórze dynamiki tego straszliwego megalopolis. Chciałem opisać Moskwę z punktu widzenia przybysza, broń Boże patrioty stolicy Imperium. Dlatego byłem bardzo krytyczny. Dzisiaj myślę, że to książka awanturnicza. Powinienem napisać ją głębiej i spokojniej, poświęcić Moskwie więcej uwagi i czasu" - wspomina Jurij Andruchowycz w książce "Szcze ne wmerła i nie umrze", będącej zapisem rozmów pisarza z Pawłem Smoleńskim, spisanych na fali wydarzeń na Majdanie.
Wydana w 1993 r. "Moscoviada" jest chyba najważniejszą powieścią Andruchowycza, taką, o którą najczęściej pytają go dziennikarze. Czy opisane w niej ekscesy pijacko-erotyczne wydarzyły się naprawdę? Czy bohater Otto von F. to alter ego autora? Smoleński przyrównuje ją do "Moskwy-Pietuszek" Wieniedikta Jerofiejewa, niektórzy być może odnajdą kilka podobieństw z "Małą apokalipsą" Tadeusza Konwickiego, którą Andruchowycz tłumaczył zresztą na język ukraiński. Jest jednakże między Warszawą przełomu lat 70. i 80. a Moskwą mniej więcej tego samego okresu olbrzymia przepaść. Gdy pierwszej patronuje złowieszczy Pałac Kultury, nad drugą góruje Uniwersytet Łomonosowa, jeden z kilku bliźniaczo podobnych stalinowskich monstrów okalających stolicę ZSRR. Moskwa w powieści Andruchowycza to miasto w stanie gnicia i rozpadu. Wyprawa w nie młodego literata Ottona von F. przypomina dantejską wędrówkę po piekielnych kręgach, której kolejne postoje wyznaczają alkoholowe libacje. Sam Otto wyznaje, że jego "ja" składa się z "warstw": na spodzie znajduje się skwaśniałe piwo, wyżej jest czerwona warstwa wina, dalej warstwa wódki, a nad nią warstewka enwuemu - "napoju winogronowego mocnego". "Tak oto, w najogólniejszym zarysie, wygląda schemat twojej wewnętrznej pustki" - konkluduje z rezygnacją bohater "Moscoviady". U Bułhakowa Moskwę nawiedzał diabeł, u Andruchowycza piekielna stolica zdaje się opuszczona nawet przez moce szatańskie. Tu można się już tylko zapić, a najlepiej strzelić sobie w łeb.
Andruchowycz nie ukrywa, że "Moscoviada" jest powieścią autobiograficzną. W jednym z wywiadów powiedział, że każda z zawartych w niej scen ma swój odpowiednik w rzeczywistości. "Pojechałem więc do Moskwy na zasadzie odruchu. Nie chciałem dłużej pracować w drukarni w Iwano-Frankiwsku, gdzie cierpiałem na prawdziwą schizofrenię. Nigdy nie napisałem żadnego tekstu do obwodowej gazety partyjnej, ale byłem przecież jej pracownikiem, co z tego, że w drukarni - odpowiadałem za produkcję tej propagandówki. Z jednej strony uczestniczę w wykluwającym się ukraińskim ruchu narodowym, współtworzę iwanofrankiwską organizację, a z drugiej - wydaję gazetę, gdzie komuniści i konformiści publikują teksty przeciwko naszej działalności, atakują nas w sposób stalinowski. Czyli sam, tymi rękoma, pracuję przeciwko sobie" - opowiada Smoleńskiemu autor "Perwersji". "Poza tym w Moskwie jest w owym czasie bardzo ciekawie. ZSRR ledwie dycha, ale rychłego zgonu na razie nikt nie przewiduje. Sowiecką jeszcze Rosją rządzi Jelcyn, zbierają się demokraci, powstaje coś nowego. No i dali mi stypendium większe niż pensja w tej zasranej drukarni".
Podobnie jak Otto von F. znalazł się więc 29-letni Andruchowycz w moskiewskim akademiku, wśród innych wygnańców i rozbitków. Instytut Gorkiego skupiał ukraińskich dysydentów, byłych więźniów, lekarzy i inżynierów, marzących o karierze literatów, oryginałów o najróżniejszych korzeniach etnicznych, ludzi z undergroundu. Sowiecki system wolał ich mieć pod kontrolą i trzymać w jednym miejscu. "Po Ukrainie szedł pogłos, że jeśli w żadnym miejscu się nie udaje, wtedy Instytut jest ostatnią szansą" - wspomina Andruchowycz. On sam przyrównał ówczesną Moskwę do Tolkienowskiego Mordoru. Stworzył swoją powieść na przekór wyobrażeniom świata o wschodniej metropolii, będącej mekką intelektualistów. "Brutalność, moskwianie okropnie zapijaczeni, na granicy fizycznego unicestwienia" - opowiadał. Nikt w pełni nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że Związek Radziecki jest na krawędzi upadku. Ale choć trójkolorowa flaga zastąpi wkrótce tę czerwoną z sierpem i młotem, wolności na horyzoncie nie widać.
Trafiając do Moskwy, Jurij Andruchowycz był już wtedy poetą, który zadebiutował w 1985 r. zbiorem "Nebo i płoszczi", współtwórcą grupy poetyckiej Bu-Ba-bu, mającym stać się jedną z czołowych postaci środowiska artystycznego związanego z Iwano-Frankowskiem, nazywanego "fenomenem stanisławowskim". W połowie lat 80. miał świadomość, że wraz z innymi młodymi twórcami nie tylko tworzy nowy nurt w ukraińskiej poezji, ale i przeciera w niej szlaki. W wywiadzie udzielonym "Dziennikowi" w 2008 r. mówił: "Zaczynaliśmy w czasach, kiedy język ukraiński można było w Kijowie usłyszeć jedynie w Związku Pisarzy i kilku redakcjach. Staraliśmy się zrobić wszystko, by zaczęła nim mówić ulica. Albo lepiej powiedzieć - Plac, Majdan". Dziś, kiedy Majdan stał się krwawym symbolem buntu i wojny na Ukrainie, Andruchowycz jest jednym z najaktywniejszych intelektualistów próbujących otworzyć oczy Zachodu na tragiczne zdarzenia w jego kraju. Nie bez powodu, rozmawiając z pisarzem o tym, co dzieje się teraz, Paweł Smoleński odwołuje się do napisanej przed laty "Moscoviady". W powieści z lat 90. Andruchowycz nie zostawił na Rosji suchej nitki, a postawione wówczas diagnozy po dwudziestu latach okazały się aktualne. Autor "Dwunastu kręgów" dzisiaj nie tylko atakuje Putina, ale wskazuje też na rosyjski marazm, anachroniczne pragnienie Rosjan życia w mocarstwie, które budzi strach. Nie szczędzi jednak i gorzkich słów pod adresem Europy. "Przypomnę, znów pompatycznie, ale po to, żeby Europa nie zapomniała: za tę cholerną niebieską flagę ze złotymi gwiazdkami nikt, szczęśliwie, nigdy nie umierał oprócz Ukraińców" - mówi.
@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600050a.101.gif@RY2@
@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600050a.804.jpg@RY2@
@RY1@i02/2015/010/i02.2015.010.19600050a.805.jpg@RY2@
EAST NEWS
Jurij Andruchowycz jest jednym z najaktywniejszych intelektualistów próbujących otworzyć oczy Zachodu na tragiczne zdarzenia na Ukrainie
Malwina Wapińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu