Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

W wolnej chwili

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Pianino, skrzypce, trąbka, gitary - dźwięki tych instrumentów niekoniecznie kojarzą się z hip-hopem. Ale też amerykański raper Mac Miller nie jest do końca hiphopowcem, a przynajmniej nie takim, który w studiu albo na scenie atakuje potokiem słów, przeplatając to samplami. Miller w swoich podkładach czerpie całymi garściami z funky, jazzu, rhythm and bluesa czy soulu, podśpiewując do solówek na trąbce czy fortepianowych zagrywek. Robi to w towarzystwie znakomitych gości. Udzielają się tu bowiem m.in.: Kendrick Lamar, Cee Lo Green, Bilal, Anderson Paak czy Ariana Grande. Słuchając tej płyty, w wielu momentach można się poczuć jak na parkietach imprez przed laty. Pobudzający funk, pościelowy soul, bujający rhythm and blues. Mac Miller doskonale czuje się w takim repertuarze. Na "The Divine Feminine" posłużył mu on do opowieści o kobietach, o tym, jak wiele im zawdzięcza i jak wkurza go uprzedmiotowienie kobiet. Wyszedł mu wciągający, wielowarstwowy album. Dla mnie najciekawszy w jego zaledwie kilkuletniej karierze.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/200/i02.2016.200.19600080a.801.jpg@RY2@

Temple of the Dog, legendarna grungeowa grupa z Seattle w składzie: Chris Cornell (Soundgarden), Jeff Ament, Stone Gossard, Mike McCready i Matt Cameron (wszyscy z Pearl Jam), reaktywowała się. To dobra informacja. Zła jest taka, że tylko na pięć listopadowych koncertów w Stanach. Na osłodę dla tych, którzy nie wybiorą się za ocean, pozostaje zremasterowane wydanie ich jedynego albumu sprzed 25 lat, poszerzonego o numery zespołu wcześniej niewydane. W nagraniach przed laty wziął udział Eddie Vedder, który symultanicznie z czterema członkami Temple of the Dog wydał w tym samym roku (1991) pierwszą płytę pod szyldem Pearl Jam.

"Temple of the Dog" to surowy materiał (szczególnie w dodatkowej wersji demo), oparty na mocnych gitarowych riffach i jeszcze mocniejszym wokalu Cornella. Czuć w nim grungeowego ducha początku lat 90., dlatego zrobi wrażenie przede wszystkim na tych, którzy przed laty nosili flanele i dziurawe dżinsy. Dla rockowej młodzieży to kawałek historii, której nie wypada nie znać.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/200/i02.2016.200.19600080a.802.jpg@RY2@

Niszczymy świat, jesteśmy nieszczęśliwi, systemy wymyślone przez nas doprowadzą nas do zagłady, ich upadek to jedyne wyjście. Takie z grubsza niewesołe przemyślenia z płyty i towarzyszącego jej manifestu Mobyego oraz sformowanego przez niego zespołu The Void Pacific Choir. Twórca przebojów "Porcelain" i "Natural Blues" w dosadnych słowach opowiada na "These Systems Are Failing" o zagładzie, jaką szykujemy naszej planecie. Zawija to w równie ostre, mocne dźwięki. Czasami zahacza o ciężko przyswajalny rave ("Are You Lost in the World Like Me?"). W kilku numerach brzmi, jakby chciał w tanecznym stylu zagrać industrialnego rocka w stylu Marilyna Mansona, postpunkowo jak Bauhaus albo niemal jak Sex Pistols. Jest też nowofalowo i electropopowo. Sam Moby przyznaje, że na płycie dał upust swoim przeróżnym fascynacjom. Nie wszystkie przerobione na mocny klubowy bit dają dobry efekt. "These Systems Are Failing" potrafi zmęczyć. To odważny, mało popowy ruch Mobyego. Nie spodziewałbym się jednak złotych płyt.

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/200/i02.2016.200.19600080a.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.