Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Literackie nowości

Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Gdy Henning Mankell zakończył przygodę z Kurtem Wallanderem, nie skończył z pisaniem. Wydane w oryginale w 2009 roku "Włoskie buty" okazały się zwrotem od kryminału w stronę powieści obyczajowej. Były traktatem o starości, przemijaniu, degradacji ludzkiego ciała. Ich bohater, Frederick Welin, był samotnikiem z wyboru. Mieszkał w chacie na odludziu, żył jak purytanin i stronił od ludzi. Kiedyś jako wzięty chirurg popełnił niewybaczalny błąd. Po tym zdarzeniu sam wymierzył sobie karę i odizolował się od świata. Nie wszystko jednak był w stanie przewidzieć. W życiu Fredericka pojawiła się jego dawna miłość, Harriet, która niedługo przed śmiercią postanowiła upomnieć się o obietnicę, jaką przed laty złożył jej Welin. "Włoskie buty" zdawały się opowieścią skończoną. Pojawienie się Harriet wyrwało Fredericka z marazmu i zmusiło do przewartościowania własnego życia. Z jakichś powodów Mankell wrócił jednak do dawnego bohatera. Być może zwyciężyło w nim zamiłowanie do powieściowych serii. Zarówno zresztą we "Włoskich butach", jak i w "Szwedzkich kaloszach" Frederick Welin zdaje się mieć wiele wspólnego z Kurtem Wallanderem z ostatniej części cyklu bestsellerowych powieści kryminalnych. To człowiek świadomy upływu czasu, własnego przemijania i ograniczeń, jakie stawia ciało. Nie wiadomo zresztą, czy w jesieni życia można ufać nawet własnym zmysłom i własnej pamięci. Życie stawia przed bohaterem kolejne wyzwanie: w pożarze traci cały swój dobytek. Centralnym tematem znów jest nie tylko starość, ale też zawiłość relacji międzyludzkich, w tym ojcowskich i erotycznych. Daje też o sobie znać słabość Mankella do zagadek kryminalnych.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600070a.801.jpg@RY2@

Nie do takiego obrazu okupacji przywykliśmy. Myśląc o okupowanej Warszawie, pamiętamy głównie o łapankach, terrorze, nędzy, upokorzeniu. Kultywujemy mit, wierzymy, że jedyna dopuszczalna postawa młodego człowieka w latach wojny musiała być zgodna z etosem AK-owca. Ale przecież i za okupacji trzeba było jakoś żyć, mniej lub bardziej udolnie radzić sobie z codziennością, która żąda kompromisów. Znaleziony gdzieś w antykwariacie brulion z zapiskami Hanki Zach z lat 1940-1943 to rzecz wyjątkowo ciekawa, każe bowiem zweryfikować współczesne wyobrażenia o tym, jak wyglądała Warszawa w czasie okupacji. Ich autorka jest nastolatką, świadomą tego, jak krótko trwa młodość. Polityka interesuje ją umiarkowanie, wie natomiast jedno - nie pozwoli, by wojna odebrała jej najlepsze lata życia. Chce szaleć, śmiać się, flirtować, pić wino i wystawnie jeść. Sylwia Chutnik, która napisała parę słów komentarza do dzienników Zach, postawę Hanki odbiera jako apoteozę życia, swoisty manifest, którego autorka domaga się prawa do wolności i szczęścia bez względu na okoliczności. Warszawa w oczach Hanki jest miastem tętniącym życiem, pełnym rozrywek, eleganckich klubów i kawiarni, w których wraz z przyjaciółką wręcz obżerają się frykasami. Hanka, jako córka przedwojennego przedsiębiorcy, jest na uprzywilejowanej pozycji: jej rodzina długo nie zaznaje biedy, nie traci nikogo bliskiego. Trudno jednak podczas lektury nie poczuć niepokoju czy choćby zdziwienia. Wiecznym obiektem fascynacji dziewczyny są niemieccy żołnierze, których widzi jako dżentelmenów i pięknych przedstawicieli wyższej rasy. Zupełnie jakby nie chciała wiedzieć, o co toczy się ta wojna.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600070a.802.jpg@RY2@

"W dzień swoich 75. urodzin zrobiłem dwie rzeczy. Odwiedziłem grób mojej żony, a potem wstąpiłem do armii" - wyznaje w pierwszym zdaniu narrator "Wojny starego człowieka" Johna Scalziego, niejaki John Perry. W fantastyce liczy się koncept, a Scalzi koncept miał znakomity. Oto w bliżej nieokreślonej przyszłości Ziemianom dożywającym wspomnianych 75. urodzin oferuje się szczególną alternatywę: mogą wybrać dalsze niespieszne czekanie na śmierć na rodzinnej planecie albo służbę wojskową w galaktycznej armii. Specyfika owej oferty polega na tym, że pewna korporacja, dysponująca pozaziemską technologią, daje ochotnikom w pakiecie także drugą młodość w postaci nowego ciała. To ulepszone ciało. Ciało żołnierza. Czy mając w perspektywie ślamazarną udrękę starości, nie wolałbyś jednak umrzeć młodo? Taki jest punkt wyjścia "Wojny starego człowieka", potem zaś dostajemy klasyczną space operę - ludzie kolonizujący inne układy planetarne nie są tam sami, muszą konkurować z wieloma rozumnymi rasami, które mają interesy sprzeczne z ziemskimi. Dyplomacja w tym uniwersum sprawdza się raczej średnio, dużo lepiej sprawdza się potężna siła militarna, nawet jeśli uskładano ją ze staruszków. Scalzi nadał swojemu bohaterowi cechy bystrego ironisty, a całą historię opowiada zdystansowanym językiem powieści noir. Ale to nie jest żadna parodia - autor traktuje konwencję całkiem serio, dzięki czemu rzecz o nawalance z kosmitami nabiera rzeczywistej wartości uczciwej i bezkompromisowej prozy wojennej. Cykl o Johnie Perrym wchodzi na nasz rynek ponownie, poprzedni wydawca zdołał go dociągnąć zaledwie do drugiego tomu - a jest ich sześć. Oby tym razem się udało, bo warto. Polecam koneserom dobrego popu.

@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600070a.803.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.