W wolnej chwili
Już patrząc na okładkę dziesiątej płyty chicagowskiej grupy Wilco, można się spodziewać ciekawej, niekonwencjonalnej zawartości krążka. Grupa Jeffa Tweedy’ego okrasiła ją bowiem rysowaną historyjką kultowego twórcy surrealistycznych opowieści Joana Cornelli. Od pierwszych dźwięków "Schmilco" może wydawać się delikatną przygodą z akustyczną muzyką, tak różną od wielu poprzednich, bogatych aranżacyjnie dokonań Wilco. Z każdą kolejną piosenką akustyczne "Schmilco" staje się jednak coraz mniej beztroskie, przyjemne i rozluźniające. Do akustycznego, folkowego grania Wilco dokładają psychodelię, kakofonię i akustyczny chaos. No i coraz bardziej smutne teksty. Ich kwintesencją jest zdanie z "Happiness": "My mother always says I’m great, and it always makes me sad". Jeff Tweedy ze swoim Wilco nagrali album w stylu rysunków Joana Cornelli, na pierwszy rzut oka to jakieś wesołe opowieści o uśmiechniętych ludziach. Grozą wieje, jak się im przyjrzeć bliżej. Choć to groza, przy której usta także składają się do uśmiechu.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.801.jpg@RY2@
Swoją debiutancką płytą sprzed trzech lat podbili serca tysięcy fanów indie popu na całym świecie (na samych Wyspach sprzedali niemal 800 tys. albumów). Krążek pokrył się także platyną w Polsce. Z nową płytą brytyjskiego Bastille może być podobnie, bo to idealnie sklejony przebojowy materiał mieszający elementy taneczne, elektronikę z rockowym, stadionowym graniem. Muzycy poszli na "Wild World" nieco dalej w stronę electropopu niż na debiucie. Bawią się dyskotekowymi rytmami ("Glory"), ale też tonują taneczne zapędy balladami ("Two Evils"), by potem rozpędzić się w rockowym stylu. Większość kawałków nadaje się na wspólne śpiewanie i klaskanie z publiką podczas koncertów, o czym będzie się można przekonać podczas ich występu na warszawskim Torwarze (24.11). Łatwo jest przejść przez "Wild World", płyta swobodnie przelatuje przez odtwarzacz. Jak dla mnie jednak za mało pozostaje po niej wspomnień, za mało jest wyrazistych momentów, piosenek, do których chętnie bym powrócił. Bastille mnie wciąż do siebie w pełni nie przekonali.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.802.jpg@RY2@
Dwie wyjątkowe płyty Soundgarden doczekały się wznowień na krążkach winylowych. Zremasterowane z oryginalnych taśm analogowych i z dodatkowym kodem do ściągnięcia plików mp3 zostały "Louder Than Love" i "Down on the Upside". Obie dobrze pokazują, jak zmieniała się jedna z najważniejszych kapel współczesnego rocka. "Louder Than Love" zostało wydane w 1989 r., tym samym, w którym debiut "Bleach" wypuściła Nirvana. Na swojej drugiej płycie Soundgarden jeszcze w pełni nie umiejscowił się w stylistyce grunge. Słychać tu jeszcze sporo klimatów metalowych i nawiązań do takich zespołów jak Led Zeppelin czy Black Sabbath. "Down on the Upside" z 1996 r. to już inne Soundgarden. Bardziej delikatne muzycznie, mniej mroczne. Krążek okazał się ostatnim przed rozpadem zespołu. Na szczęście kilka lat temu panowie ponownie zaczęli wspólnie muzykować. Warto sobie przypomnieć klasyczne wydawnictwa zespołu, właśnie na winylach.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.803.jpg@RY2@
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.804.jpg@RY2@
Dwóch gigantów niemieckiego kina, Werner Herzog i Wim Wenders, w podobnym momencie straciło wyczucie i serce do fabuł. Na szczęście obaj realizują wciąż świetne dokumenty. Dokument Herzoga "Lo i stało się" można oglądać w kinach, a na DVD ukazuje się właśnie znakomita "Sól ziemi" Wendersa, portret jednego z największych fotografików świata - Sebastiao Salgado. Intrygujący jest już punkt wyjścia. Wenders wychodzi z założenia, że Salgado - z wykształcenia ekonomista - pozostał w głębi duszy naukowcem. Sztuka pomaga mu wskazać niesprawiedliwości świata, dzielące kraje i kontynenty różnice społeczne i geopolityczne, na które przeciętny obywatel nie ma żadnego wpływu. Salgado artysta czyni z tego przekazu kontrowersyjne dzieło artystyczne. Bieda, slumsy, pomarszczone czoła i spracowane dłonie wyglądają na jego zdjęciach malowniczo, są piękne. Oskarżany o retuszowanie prawdy w myśl artystycznego zamysłu czyni to jednak świadomie. Mówi nam: ludzie też tak funkcjonują, są emanacją żywotności - mimo biedy. Nikt nie może odebrać im godności.
Łukasz Maciejewski
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.805.jpg@RY2@
Twórcy, temat, budżet, potencjał historii i czasów, w których się dzieje - to wszystko powodowało, że serial "Vinyl" wydawał się skazany na sukces. A jednak po pierwszym sezonie zawieszono produkcję. Pomysł Micka Jaggera i Martina Scorsese oraz HBO nie wypalił. Stacja, która wydała na niego sto milionów dolarów, nie była zadowolona z wyników oglądalności. Dla mnie fakt małej publiki tej serii jest zagadką. Twórcy doskonale (muzycznie, scenograficznie, charakteryzatorsko) odtworzyli lata 70. w Nowym Jorku. Świetni są aktorzy, doskonała muzyka tamtych czasów: punk rock, glam rock, disco, rodzący się hip-hop. Historia szefa wytwórni muzycznej, granego przez Cannavalego, ma w sobie elementy rodzinnych dramatów, sensacyjne, komediowe. Być może akcja momentami jest zbyt mało dynamiczna i naciągana, ale "Vinyl" to bez wątpienia, obok chociażby "Zakazanego imperium" czy "Mad Men", jeden z najbardziej klimatycznych seriali ostatnich lat. I chociażby dla doskonałego odwzorowania dekady 70. warto na niego zwrócić uwagę. W wersji DVD znalazło się sporo dodatków zza kulis produkcji.
Wojciech Przylipiak
@RY1@i02/2016/180/i02.2016.180.19600080b.806.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu