Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Samodzielny żuk

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

KOMPILACJA "Pure McCartney" to doskonała kronika twórczości solowej członka The Beatles, pokaz mistrzostwa sir Paula

Kiedy przed trzema laty Paul McCartney wystąpił na Stadionie Narodowym w Warszawie, publika szalała przy największych przebojach Beatlesów w stylu "Hey Jude" czy "Yesterday". Paul przeplatał je kawałkami ze swojej pozabitelsowskiej kariery i te także fani przyjmowali entuzjastycznie. McCartney ma tyle czaru i takie zasługi, że zapewne nawet gdyby recytował książkę telefoniczną, powitalibyśmy go na Narodowym równie entuzjastycznie. Jego kompozytorski geniusz porwał publikę ponad 30 razy, Paul zagrał długi i bogaty set. Aby lepiej zrozumieć geniusz Bitelsa i poznać możliwości, którym dawał upust poza kolaboracją z Lennonem, Starrem i Harrisonem, przyda się wydana niedawno wyjątkowo bogata kompilacja "Pure McCartney".

Paul mawiał: "Wszystko, co mam do powiedzenia, zawarte jest w muzyce. Jeśli chcę cokolwiek powiedzieć, piszę piosenkę". Przez lata pisał je dla Beatlesów, a od lat 70. wydawał pod swoim nazwiskiem bądź pod szyldem Wings. Krążek "Pure McCartney" otwiera kawałek z jego pierwszej solowej płyty "McCartney" z 1970 roku, "Maybe Im Amazed". Paul zadedykował go swojej żonie Lindzie, która pomogła mu zmierzyć się z odejściem z Beatlesów. Jak zdradza w książce "Paul McCartney. Życie" Peter Ames Carlin: "Paul chciał przede wszystkim, by muzyka była niezobowiązująca. Nie konkurował z Beatlesami, nie chciał pobić »Abbey Road«. To miał być jego album domowej roboty, pierwszy krok ku samodzielności".

By to się udało, Paul wynajął studio pod fałszywym nazwiskiem, sam napisał, nagrał i wyprodukował materiał. Opłacało się, album w samych Stanach sprzedał się w dwóch milionach egzemplarzy. Wprowadzając Paula w 1999 roku do Rock and Roll Hall of Fame, Neil Young powiedział, że kocha ten album, bo jest kwintesencją prostoty twórczości McCartneya. Oczywiście nie znaczy to, że jego kompozycje rażą banalnością i każdy może tak pisać. Są genialne w prostocie jak Ford T albo kostka Rubika. Po solowym debiucie Paul zachwycał później w każdej dekadzie i na "Pure McCartney" znalazły się tego dowody w postaci nagrań z lat 80., 90. czy sprzed dwóch lat, w tym nowy remiks "Say Say Say" nagrany ponad 30 lat temu wraz z Michaelem Jacksonem. Są tu także: wspólna kompozycja McCartneya ze Steviem Wonderem, muzyka wykorzystana w filmach, chociażby tytułowe "Live and Let Die" z Bonda z 1973 roku, czy folkowy przebój Paula "Mull of Kintyre". Pełna wersja wydawnictwa zawiera aż 67 piosenek.

Sam Paul, mówiąc o albumie, nie kryje zdziwienia, że był w stanie napisać tyle kompozycji, i to w różnorodnym klimacie. Faktycznie słuchając go, trudno wyjść z podziwu nad kunsztem Paula. A przecież jest to jedynie wyimek jego kariery, i to pozabitelsowej. Przy okazji album jest interesującą kroniką muzyczną kilku dekad. ©?

@RY1@i02/2016/131/i02.2016.131.19600050c.803.jpg@RY2@

Linda McCartney/Universal Music

Wojciech Przylipiak

@RY1@i02/2016/131/i02.2016.131.19600050c.804.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.