Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Nie musimy być śmiertelnie poważni

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 8 minut

WYWIAD My, Czesi, jako mały naród nie lubimy ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu, i za wszelką cenę chcemy sprowadzić ich do poziomu ogółu - mówi wybitny czeski reżyser Jiří Menzel

Krytycy piszą czasem, że w swoich filmach spogląda pan na świat oczami Szwejka. Jaki jest pański stosunek do tej postaci?

Trzeba pamiętać, że "Przygody dobrego wojaka Szwejka" nie powstały w próżni. To książka wyrastająca z tego samego ducha co "Gargantua i Pantagruel" albo "Don Kichot". Jednocześnie jednak powieść Haška rzeczywiście pokazuje, jacy naprawdę są Czesi. Można się irytować i być tym obrazem zawstydzonym, ale nie sposób mu zaprzeczyć. W Szwejku, ale też w prozie Hrabala czy Vladislava Vančury, doskonale widać, że nasze spojrzenie na świat zawsze miało swoje źródła w komizmie. Właściwie wszystkie czeskie dzieła, które próbowały opisywać rzeczywistość na poważnie, były prędzej czy później odrzucane jako fałszywe. Osobiście jestem po prostu dumny, że mogę być częścią wielkiej tradycji czeskiego humoru.

Lubi pan powtarzać, że człowiek jest istotą tragikomiczną.

Bo to prawda! Każdy jest na swój sposób śmieszny, nawet Hitler. Albo Putin.

Putin naprawdę pana bawi? Większości ludzi wydaje się raczej groźny.

Ma pan rację, przyłapanie Putina na śmieszności nie jest takie proste. Jestem jednak pewien, że ma swój słaby punkt i kiedyś go odkryję. Putin fascynuje mnie do tego stopnia, że czytam teraz jego biografię. Początkowo nic nie zapowiadało, że w przyszłości cokolwiek osiągnie. Był zupełnie normalnym chłopakiem, który w pewnym momencie zorientował się, że może zacząć działać w KGB. Wtedy poczuł ukłucie ambicji, w świecie pełnym cynizmu i kłamstw zaczął wyróżniać się szczerym zaangażowaniem. Wówczas wcale nie wyglądał na kogoś, kto chciałby przejąć władzę. Wręcz przeciwnie, stawał murem za swoimi szefami, a ci nagradzali go za lojalność i pozwalali piąć się po szczeblach kariery. Tak dotarł aż do Jelcyna, a dalszy ciąg znamy wszyscy z mediów.

Myśli pan, że historia Putina mogłaby posłużyć za scenariusz filmu?

Zdecydowanie. W Putinie najciekawsze jest to, że był typowym produktem radzieckiego społeczeństwa. Gdy obiecał, że zrobi porządek po chaosie, który zapanował w Rosji w latach 90., ludzie w to uwierzyli, bo uznali, że jest jednym z nich. Tymczasem jedyna zmiana dokonana przez Putina polega na tym, że w Rosji wciąż mamy olbrzymie rozwarstwienie społeczne, ale teraz oligarchami zostają tylko ci, którym pozwala prezydent. Może to jest zresztą najbardziej ironiczny aspekt całej tej smutnej historii.

O tym, że niebezpiecznie zadzierać z władzą, przekonał się pan na własnej skórze przy okazji "Skowronków na uwięzi" z 1969 roku. Film, będący ironiczną krytyką systemu komunistycznego, został zatrzymany przez cenzurę na całe 20 lat.

Pracowaliśmy nad "Skowronkami..." w stanie euforii. W Czechosłowacji zapanowała tak zwana normalizacja i jako artyści mieliśmy wrażenie, że wolno nam więcej niż kiedyś. Żartowanie z władzy okazało się jednak granicą nie do przekroczenia. Do pewnego stopnia jestem w stanie to zrozumieć. Gdy próbujesz poważnej dyskusji, druga strona zawsze może obronić się dzięki chwytom retorycznym albo manipulowaniu faktami. Humor unieważnia takie praktyki. Dzięki niemu widać, że "król jest nagi".

Obecna władza w Polsce również nie grzeszy skłonnością do autoironii.

To dziwne, bo w "O dwóch takich, co ukradli księżyc" bracia Kaczyńscy zademonstrowali spory talent komiczny. Od dawna uważam zresztą, że powinni byli pozostać przy aktorstwie. Wyobraża pan sobie - żadnych katastrof i społecznych podziałów, a polska sztuka tylko by na tym zyskała. Nie chcę się jednak wymądrzać, bo w Czechach też nie mamy ostatnio szczęścia do polityków, wystarczy popatrzeć na naszego prezydenta.

Trudno zapełnić lukę po postaci pokroju Václava Havla?

Czesi dopiero teraz uświadamiają sobie, że nie doceniali go, gdy żył. To chyba kwestia ciemnej strony naszej osobowości - jako mały naród nie lubimy ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu, i za wszelką cenę chcemy sprowadzić ich do poziomu ogółu. Havel był zaciekle atakowany przez wielu polityków, bo ci mu zwyczajnie zazdrościli. Nie jest tajemnicą, że Václav Klaus dosłownie go nienawidził. Miał zresztą ku temu powody, bo zawsze był osobą znacznie mniejszego formatu.

W czasach komunizmu ta małostkowość była odczuwana również na linii partia - obywatele. Aby, po aferze ze "Skowronkami...", pozwolono panu kontynuować karierę, musiał pan obłaskawić władzę i nakręcić film propagandowy "Kto szuka złotego dna".

Wiem, że nie przyniosło mi to chluby, ale w tamtym okresie można było zeszmacić się znacznie gorzej. Łatwo było też zwyczajnie się pomylić. Pamiętam, że o mały włos w 1968 roku nie zapisałem się do partii komunistycznej. Gdy zobaczyłem, że wielu jej członków protestuje przeciwko inwazji ZSRR na Czechosłowację, pomyślałem, że stanowi to zwiastun przemian politycznych, i bardzo chciałem mieć w nie swój wkład. Na szczęście znajomy w porę opieprzył mnie za naiwność i dzięki temu nie mam dziś plamy w życiorysie.

W tym samym 1968 roku pański film "Kapryśne lato" znalazł się na festiwalu filmowym w Cannes, który został zerwany z powodu panujących we Francji zamieszek.

Inaczej niż moi koledzy, Miloš Forman i Jan Němec, nie miałem pretensji, bo koniec końców dobrze na tym wszystkim wyszedłem. Byłem wtedy na planie i mogłem przyjechać do Cannes tylko na ostatni dzień imprezy. Kiedy więc zadzwoniono do mnie, że festiwal został przerwany, darowałem sobie podróż i postanowiłem pokazać film w Karlowych Warach, gdzie dostałem główną nagrodę.

Czy zgadza się pan, że w naszych czasach można odczuć podobne napięcia jak w roku 1968?

Rzeczywiście, coś wisi w powietrzu. Tak samo jak wtedy, niepokoje da się przecież odczuć prawie w każdym zakątku globu. Obawiam się jednak, że współczesna rewolucja będzie bardziej zaciekła i dotkliwa niż tamte. Pewnie dlatego, że wówczas, inaczej niż dziś, oprócz polityki chodziło nam także o seks.

Często podkreśla pan, że współczesne kino rozczarowuje pana, człowieka pogodnego, swoim wszechobecnym pesymizmem.

Nie oglądam dziś filmów zbyt często, bo źle się czuję w multipleksach. Od czasu do czasu jestem jednak zapraszany do jury różnych festiwali. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zaprezentowano tam komedię albo film, który miałby w sobie choć trochę zabawnych elementów. Młodzi reżyserzy myślą dziś, że jeśli są śmiertelnie poważni, automatycznie mają więcej mądrego do powiedzenia. A to guzik prawda.

Ulrich Seidl twierdzi jednak, że nie da się nakręcić niebanalnego filmu o szczęściu.

Nie wiem, o kim pan mówi... (długie milczenie). To musi być jakiś straszny głupek. A w dodatku snob. Gdyby było inaczej, wiedziałby, że szczęście i smutek są w życiu nierozerwalne, a jedno nie istnieje bez drugiego. Jeśli ktoś twierdzi, że szczęście na ekranie wypada banalnie albo nieprawdziwie, to znaczy, że po prostu nigdy go nie zaznał. To musi być wielka osobista tragedia, ale po co epatować nią widzów?

Pan nigdy nie opowiada w filmach o sprawach osobistych?

Każdy reżyser to robi, ale nie wszyscy użalają się nad sobą jak ten cały Seidl. Mój ukochany François Truffaut podkreślał autobiograficzny wymiar swoich filmów do tego stopnia, że sięgał wciąż po tego samego aktora, który odgrywał rolę jego alter ego. Sam nigdy nie byłem aż tak konsekwentny, choć też mam wiele wspólnego z własnymi bohaterami. Identyfikuję się z Iwanem Czonkinem albo z lekarzem z "Pociągów pod specjalnym nadzorem", którego nawet zagrałem, choć pierwotnie miał wcielić się w tę rolę zupełnie ktoś inny. Zdecydowanie najwięcej wspólnego mam jednak z Otikiem - wiejskim głupkiem ze "Wsi mojej sielskiej, anielskiej".

Niedługo minie 20 lat od śmierci pańskiego mentora i współpracownika - Bohumila Hrabala. Tęskni pan za waszą współpracą?

Najtrudniej było mi obyć się bez niego na planie "Obsługiwałem angielskiego króla". Hrabal był ode mnie znacznie mądrzejszy i wiedziałem, że bez trudu poradziłby sobie ze wszystkimi problemami, które dręczyły mnie podczas pracy. W chwilach desperacji patrzyłem nawet w niebo i oczekiwałem od niego jakichś wskazówek, ale ten złośliwiec pił gdzieś pewnie piwo i zostawił mnie samemu sobie. Nie obrażałem się jednak, bo uważałem, że mam do spłacenia pewien dług. Jeszcze w czasach komunistycznych "Obsługiwałem..." miał przenosić na ekran Karel Kachyňa. Hrabal zasugerował jednak, że powinienem zrobić to ja. Wówczas nie miałem ochoty i powiedziałem, że bez problemu odstąpię ten projekt Kachyňi. Gdy Hrabal to usłyszał, trochę się na mnie wkurzył. Z planów tamtej ekranizacji nic ostatecznie nie wyszło. W 2008 roku uznałem więc, że wezmę się w końcu do "Obsługiwałem..." i potraktuję ten film jako spóźnione przeprosiny dla mojego mistrza.

Pański dotychczasowy dorobek zamykają "Don Juani", którzy potwierdzają, że w pana filmach istotną rolę zawsze odgrywała erotyka. Czym, pańskim zdaniem, różnią się współczesne dziewczyny od tych, które poznawał pan w młodości?

Gdy byłem nastolatkiem, właściwie wszystkie moje ładne koleżanki deklarowały, że chcą zachować dziewictwo do ślubu. Strasznie mnie tym irytowały. Dziś, na szczęście, świat się zmienił. Dzięki postępowi medycznemu kobiety nie muszą już na przykład bać się zajścia w ciążę. Poza tym stały się znacznie bardziej niezależne i to one mogą dziś wybierać sobie mężczyzn. Wbrew pozorom ta sytuacja też nie jest jednak dla nas do końca komfortowa. Faceci są dziś pogrążeni w kryzysie i niepewni siebie, a przez to często nie spełniają coraz wyższych wymagań, które stawia się przed nimi w łóżku.

Pański przyjaciel Milan Kundera opowiada, że gdy przychodzi do restauracji, bardzo lubi siadać koło damskiej toalety. Czy pan również praktykuje tego rodzaju rytuały?

Nie, nie mam żadnych zwyczajów związanych z damskimi toaletami. Całą tę przestrzeń zostawiam Milanowi.

Wie pan doskonale, że nie o to chodzi. Pytam o damsko-męskie fantazje.

Odkąd tylko skończyłem 13 lat, gdy widzę ładną dziewczynę, zawsze wyobrażam sobie, jak byłoby nam w łóżku. Dziś to już jednak czyste teoretyzowanie.

Niemniej chyba wciąż przyjemne?

No, powiem panu, że jednak trochę wkurwia.

Jiří Menzel pojawił się w Polsce na zaproszenie Instytutu Pamięci Narodowej, który był organizatorem Międzynarodowego Przeglądu Filmowego "Świat bez wolności" we Wrocławiu

@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.196000200.802.jpg@RY2@

MAKSYMILIAN RIGAMONTI/REPORTER

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.