Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Mistrzowie bywają omylni

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

WYWIAD Lubię, gdy kino wytrąca widza z równowagi, zaskakuje, zadaje mu cios - mówi Magnus von Horn, który za debiutanckiego "Intruza" zdobył Grand Prix festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie

Widziałeś już słynną "Szwedzką teorię miłości" Erika Gandiniego?

Niestety nie.

Pytam dlatego, że - według Gandiniego - szwedzkie społeczeństwo jest ogarnięte obsesją indywidualizmu, która skutkuje kryzysem instytucji rodziny. Bardzo podobne odczucia miałem po obejrzeniu twojego "Intruza".

Osobiście staram się nie generalizować i nie mógłbym stworzyć "szwedzkiej teorii" czegokolwiek, ale czytałem wywiady z Gandinim i zgadzam się z wieloma jego tezami. Dobre intencje, które towarzyszyły budowie nowoczesnego szwedzkiego społeczeństwa, rzeczywiście bywały wypaczane i popchnęły sporą liczbę osób w stronę egoizmu. Myślę, że Szwedzi mają z nim znacznie większy problem niż Polacy.

Jednocześnie są chyba bardziej samokrytyczni. Gandini był zachwycony tym, że jego kontrowersyjny film spotkał się w Szwecji z wielkim zainteresowaniem i sprowokował merytoryczne dyskusje. "Polska teoria miłości" wywołałaby pewnie skandal.

Znowu muszę zgodzić się z Gandinim. Szwedzi chętnie zauważają niedoskonałości swojego kraju i lubią o nich dyskutować. Czasem rozmowy te bywają jednak zbyt intelektualne, wystudiowane, zwyczajnie brakuje w nich emocji. Jednocześnie nie sądzę, by Polacy mieli problem z samokrytycyzmem. Wśród moich polskich znajomych dostrzegam wiele osób wyczulonych na negatywne aspekty otaczającej rzeczywistości.

W kontekście "Intruza" wspominałeś wielokrotnie o łagodności skandynawskiego systemu prawnego, który został oparty na wierze w moc resocjalizacji. W Polsce chyba nie do końca ją podzielamy. Zdjęcia z luksusowej celi Andersa Breivika wywołały u nas powszechne oburzenie.

Jestem w stanie je w pełni zrozumieć. Ludzie mają prawo do gwałtownych reakcji na widok dobrze traktowanego mordercy. Tyle że prawo nie powinno być oparte na instynktach, lecz, wręcz przeciwnie, tonować je, być stabilne i uporządkowane. Jeśli mam do wyboru model amerykański, w którym - aby zadośćuczynić zbiorowemu gniewowi - stosuje się karę śmierci, i łagodny, skandynawski, to mimo wszystko rozsądniejszy wydaje mi się ten drugi.

Bohaterowie twoich filmów, łącznie z "Intruzem", są najczęściej wyobcowani, samotni, różniący się od otoczenia. Rozumiesz ich tak dobrze, bo jako imigrant czujesz się podobnie?

Nie uważam się za outsidera. Wręcz przeciwnie, często protestuję przeciw tej etykietce i powtarzam, że jestem raczej insiderem, który dobrze zintegrował się ze społeczeństwem. Niemniej emigracja na pewno była pomocna w uzyskaniu dystansu wobec rzeczywistości, który wydaje mi się niezbędny z punktu widzenia artysty. Gdy patrzę na świat z oddalenia, jestem w stanie łatwiej przebić się przez stereotypy i spróbować zrozumieć to, co może dziać się w głowie mordercy czy innej osoby z marginesu. Chciałbym, aby również moi widzowie mogli postawić się w sytuacji Innego i zadać sobie pytanie: "Jak zachowałbym się na jego miejscu?".

W jaki jeszcze sposób chciałbyś oddziaływać na swoją publiczność?

Na pewno nie uważam, że jakikolwiek film może zmienić odbiorcę. Jako reżyser mogę za to sprowokować go do namysłu. Cieszyłbym się, gdyby moje filmy nie kończyły się wraz z pojawieniem się napisów, lecz trwały dalej w głowie widza, zostawały z nim i skłaniały do dopowiedzenia sobie dalszego ciągu historii, która urywa się na ekranie.

A zatem kino ma dawać do myślenia?

Z pewnością, choć staram się pilnować tego, by moje filmy nie okazały się przeintelektualizowane. Fabuła, w której bohaterowie siedzą przy stole i dyskutują o filozofii, może być ciekawa, ale ja wolę, gdy kino w pierwszej kolejności wytrąca widza z równowagi, zaskakuje, zadaje mu cios. Dopiero z tego wstrząsu ma szansę narodzić się naprawdę ciekawa refleksja.

Pochodzisz z kraju o bogatej i zróżnicowanej tradycji filmowej. Bliższy jest ci surowy realizm Bergmana czy raczej groteskowa stylistyka Roya Anderssona?

Cenię obu tych reżyserów. Jeśli chodzi o Anderssona, jeszcze bardziej niż słynną "Trylogię o byciu człowiekiem" lubię jego debiutancką "Historię miłosną". Bergman, który był wówczas kimś w rodzaju "nadrektora" sztokholmskiej szkoły filmowej, surowo odradzał mu zresztą realizację tego filmu i spodziewał się zupełnej klapy. Cóż, nawet mistrzowie bywają omylni.

Choć "Intruz" jest twoim pełnometrażowym debiutem, miałeś już na koncie wiele nagradzanych filmów krótkich. Wcześniejsze sukcesy dodały ci wiary we własne możliwości?

Starałem się nie myśleć takimi kategoriami. Gdy pracuję nad nowym filmem, nie jestem przesadnie pewny siebie, obawiam się, że moje poprzednie sukcesy mogły być wynikiem fartu, i zastanawiam się, czy w ogóle mam jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Takie myśli mogą wydawać się uciążliwe, ale w ogóle z nimi nie walczę, bo uważam, że nie ma nic bardziej inspirującego niż nieustanne wątpliwości.

Twierdzisz, że jako filmowca interesuje cię mroczna strona tkwiąca w każdym człowieku. Zgodziłbyś się zatem z tezą o banalności zła?

Tak, ale pod warunkiem, że nie używamy tego pojęcia, by zło bagatelizować, lecz podkreślić jego wszechobecność. Zwykle jest bowiem tak, że choć wszyscy zgadzamy się, że zło jest obecne na świecie, jednocześnie uruchamiamy mechanizmy obronne i próbujemy je demonizować. Dostrzeżenie banalności zła wytrąca nam z ręki ten argument, każe dostrzec, że każdy, kto dopuścił się niegodziwości - z wyjątkiem może patologicznych psychopatów - jest do nas podobny bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Ta świadomość jest niewygodna, ale bardzo potrzebna. Choćby dlatego, że uczy pokory.

W jaki sposób udaje ci się okiełznać mroczne instynkty tkwiące w tobie samym?

Na pewno przychodzi mi to tym łatwiej, im jestem starszy i dojrzalszy. Poza tym zgadzam się z Woodym Harrelsonem, który w "Urodzonych mordercach" stwierdzał, że "tylko miłość może zabić demona".

Ciekawe, że przywołujesz akurat ten film. Choć Oliver Stone zamierzył go jako satyrę na współczesną cywilizację, wielu odbiorców nie dostrzegło ironii i doceniało "Urodzonych..." głównie za sugestywne sceny seksu i przemocy.

Stone zastawił na widzów pułapkę i kazał skonfrontować nam się z tym, że zwykle poszukujemy w kinie ujścia dla naszych najniższych instynktów. To zresztą nie przypadek, że swój udział w powstaniu "Urodzonych..." miał Quentin Tarantino. Nie jest to twórca z mojej bajki, ale doceniam go za inteligentną przewrotność. Przypomnij sobie "Bękarty wojny" i scenę, w której naziści oglądają film propagandowy i wiwatują na scenach, w których ich żołnierze zabijają swoich wrogów. Kiedy chwilę później "Bękarty..." wykonują egzekucję na hitlerowcach, ty jako widz zachowujesz się zupełnie tak samo!

Sam czerpiesz inspirację dla filmów z gazetowych newsów i rubryk kryminalnych. W jaki sposób udaje ci się wznosić w nich ponad poziom taniej sensacji?

Sama historia, choćby nie wiem jak atrakcyjna, nigdy mi nie wystarczy. Staram się sięgać głębiej, skrupulatnie pracować nad scenariuszem i filtrować go przez pryzmat osobistych emocji. To żmudne i bolesne, ale wychodzę z założenia, że im więcej z siebie dasz, tym więcej otrzymasz później od widza.

@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.196000400.802.jpg@RY2@

JACEK DOMIŃSKI/REPORTER

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.