W wolnej chwili
Czterech chłopaków z rodziny Kongos, pochodzenia południowoafrykańskiego, wydało właśnie swój nowy, trzeci krążek. Ich "Egomaniac" to idealne poprockowe danie dla fanów lekko zawadiackiego, melodyjnego grania. Kongos wypłynęli na szerokie wody za sprawą numeru "Come with Me Now" sprzed pięciu lat. Numer można było usłyszeć w wielu reklamach, grach wideo i filmach, chociażby trzeciej części "Niezniszczalnych". Żaden kawałek z "Egomaniac" na razie nie zrobił takiej kariery, ale nie znaczy to, że na płycie brakuje potencjalnych hitów. Bracia Kongos grają raz w klimacie rocka, innym razem country, czasami bardziej elektronicznie, zawsze jednak melodyjnie i rytmicznie. Folkowego klimatu ich płycie nadaje akordeon. Z jednej strony krążek ma sznyt retro, ale z drugiej - słychać, że bracia są zanurzeni we współczesnej muzyce. Jak mówi jeden z nich: "Uwielbiamy muzykę sprzed lat i tamte produkcje, mamy sporo wiekowego sprzętu, ale nie chcemy udawać, że żyjemy w innym świecie. Nie chcemy powielać wzorców sprzed lat, ale grać świeże rzeczy". Ich "Egomaniac" to energiczny rock, idealny na lato.
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.19600080a.804.jpg@RY2@
De/Vision na przestrzeni ponad 20 lat działalności miewali lepsze i gorsze płyty. W ostatnich latach wydają się ustabilizować formę w okolicach... środka. Ich poprzednie płyty "Popgefahr" (2010) i "Rockets and Swords" (2012) nie powaliły, ale De/Vision nie muszą się ich wstydzić. Oczywiście można posądzić ich o płaskie, jednostajne melodie i nieco toporny pomysł na muzykę, ale ten mroczny, melodyjny synthpop, oparty na łagodnym wokalu Steffena Ketha i elektronice Thomasa Adama, wpada w ucho. Nie inaczej jest na "13". Doskonale wypada tu "Synchronize" z poważnym tekstem o tym, jak świat zmierza w stronę szaleństwa. Albo wzruszająca ballada ze smyczkami "Read Your Mind" z doskonale rozwijającym się finałem. Jeszcze lepiej te numery mogą brzmieć na żywo. Szansa ich posłuchania nadejdzie pod koniec lipca, kiedy to De/Vision wystąpią podczas Castle Party w Bolkowie. Thomas i Steffen kilkukrotnie grali w Polsce i zawsze ich koncerty były świetne. Z materiałem z tej płyty będzie podobnie.
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.19600080a.805.jpg@RY2@
Brytyjka Laura Mvula po trzech latach przerwy powraca z nowym albumem. "The Dreaming Room" to następca neosoulowego "Sing to the Moon", który zebrał bardzo dobre recenzje, nominacje do kilku nagród (m.in. Mercury), a na Wyspach pokrył się złotem. "The Dreaming Room" Mvula, jak sama przyznaje, nagrywała po ciężkim okresie w jej życiu. Tym samym potwierdziła tezę, że najciekawsze płyty powstają pod wpływem mrocznych wydarzeń. Niełatwy czas w życiu osobistym i ataki paniki odbiły się na tym albumie, tworząc z niego przejmującą opowieść o wymarzonym miejscu, w którym Laura chciałaby się schować. Jej mocny głos brzmi tu dosadnie i przekonująco. Towarzyszą mu smyczki, elektronika, czasami naleciałości soulowe, czasami niemal jazzowe, innym razem w duchu world music albo r’n’b. "The Dreaming Room" ma niemal szamański klimat. Mvula brzmi jak Nina Simone, by w następnej kompozycji przejść w tony Amy Winehouse. To nie jest płyta, która momentalnie wchodzi do głowy. Wymaga głębszego zainteresowania, ale daje w zamian wyjątkowe przeżycia.
@RY1@i02/2016/126/i02.2016.126.19600080a.806.jpg@RY2@
Wojciech Przylipiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu