Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Gdy gasną reflektory

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

PROZA

Czego spodziewamy się po udanym występie stand-up comedy? Odrobiny prowokacji, szczypty wymierzonego w nas samych szyderstwa, a przede wszystkim - śmiechu, oczyszczającego śmiechu do rozpuku, choćby i czymś kosztem, choćbyśmy mieli nim obnażyć bardziej prymitywnych i niepoprawnych politycznie siebie, niż zwykliśmy pokazywać światu. I tym razem wszystko miało potoczyć się zgodnie z planem, tyle że występ starzejącego się komika Dowale Gee w prowincjonalnej mieścinie niespodziewanie zboczył z obranego toru. Co sprawiło, że Dowale, sceniczny wyga, nieoczekiwanie pozwolił sobie na słabość? Dlaczego zrzucił maskę cynika, z którą nie rozstawał się od najmłodszych lat? Czy przyczyną okazało się to, że w dniu występu komik obchodził 57. urodziny? A może to obecność na widowni niewidzianego od lat kolegi z dzieciństwa wytrąciła go z równowagi?

Brawurowa powieść Dawida Grosmana, jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy izraelskich, to w powierzchownej warstwie zapis nieudanego występu zmęczonego życiem i rozśmieszaniem stand-upera. W warstwie głębszej - głębokie studium samotności, przemijania, rozpaczy. Grosman stawia ponure pytanie o to, kim zostajemy, gdy gasną światła reflektorów, a my przestajemy silić się na błyskotliwość. Jakie brzemię zostawili nam w spadku rodzice i dlaczego nie jesteśmy w stanie zrzucić go z barków aż do starości? Nie bez powodu narratorów powieści jest dwóch. Jeden to błaznujący na scenie Dowale, który, dokonując nawet najszczerszych wyznań, kpi z każdego wypowiedzianego przez siebie słowa. Drugim jest dawny kolega komika, emerytowany sędzia, który sądzi, że znalazł się na widowni wbrew własnej woli. Kiedy Dowale dodaje do każdego wspomnienia garść efektownych fajerwerków, sędzia na chłodno analizuje to, co zapamiętał z przeszłości. Być może Gee nie miał innego wyjścia. Może błaznowanie było jedyną możliwą dla niego strategią przetrwania. Jako dzieciak próbował rozśmieszać matkę, niegdysiejszą więźniarkę Auschwitz. Paradując w przebraniach i robiąc z siebie błazna, potrafił osiągnąć to, co nigdy nie udało się jego ojcu - wywołać uśmiech na matczynej twarzy.

Dowale to żałosny klaun z rozmazanym makijażem. Gdy opowiada o podróży na pogrzeb jednego z rodziców, przestaje liczyć na aplauz publiczności. Widownia pustoszeje, on zaś ciągnie swoją żenującą spowiedź. Powieściowy komik ponosi klęskę, Dawid Grosman jako pisarz znów odnosi sukces. "Wchodzi koń do baru" to rzecz emocjonująca, mocna, bolesna aż do głębi.

Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/121/i02.2016.121.19600070b.802.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.