Po Szarmacha jechałem do Argentyny
Guy Roux, legendarny trener Auxerre, najbardziej "polskiego" klubu we Francji, opowiada nam o tym, jak polityka pomagała w transferach i jak w środku treningu przyszły prezydent François Mitterrand zrobił zagranicznym dziennikarzom wykład o Polsce
To prawda, że miał pan zawsze szczególny stosunek do polskich piłkarzy?
Kiedyś nawet wszystkich policzyłem i wyszło mi, że za moich czasów grało ich w Auxerre czternastu! O wszystkim zdecydował przypadek. Na początku lat 70. prezes Metz Carlo Molinari miał za dużo zagranicznych zawodników, a obowiązywały limity. Podczas finału Pucharu Francji w 1974 roku zaproponował mi, na schodach Parc des Princes, bramkarza Mariana Szeję. Ściągnąłem go od razu na mecz towarzyski, chociaż... nie chciał przyjechać.
Dlaczego?
Auxerre było małym klubem, grającym w II lidze. A Szeja mógł poszczycić się powołaniem na igrzyska olimpijskie w Monachium. Zdołaliśmy go jednak przekonać. Chciałem, żeby dobrze czuł się w Auxerre, został przyjęty bardzo ciepło. Grał u nas sześć lat, a ukoronowaniem był występ w finale Pucharu Francji w 1979 roku i awans rok później do I ligi. Miał już 39 lat, ale grał znakomicie. To był niezwykły piłkarz.
Dzięki niemu ściągnęliśmy kolejnego zawodnika z Polski, jego kolegę z Zagłębia Wałbrzych - Zbigniewa Szłykowicza. "Slyko" do życia w Auxerre tak się zaadaptował, że ożenił się z tutejszą mieszkanką, mają dwójkę dzieci.
Szeja i Slyko przetarli szlaki reszcie.
- Zacząłem szukać innych Polaków! Widziałem już waszą reprezentację na mistrzostwach świata w 1974 roku w Niemczech i byłem pod wrażeniem. Gadocha, Kasperczak, Lato, Szarmach... To byli zawodnicy, którymi pasjonował się cały świat! Szczególną uwagę zwróciłem jednak na Szarmacha. Najchętniej kupiłbym go od razu, ale się nie dało. Zawodnicy nie mogli wyjeżdżać z Polski, jeśli nie mieli odpowiedniego wieku i nie uzyskali pozwolenia.
Musiał pan być zdeterminowany, skoro pojechał pan na mundial do Argentyny, żeby go oglądać.
Musiałem przebrać się za... dostawcę piwa, żeby dostać się do polskiej bazy, a potem do pokoju hotelowego, w którym mieszkał Szarmach. Polska reprezentacja była zakwaterowana w dalekiej Mendozie, tuż przed kordylierą Andów, przy granicy chilijskiej, na wysokości ponad 1500 metrów n.p.m. Do hotelu prowadziła tylko jedna droga. Argentyną rządziła wtedy junta wojskowa generała Videli, który obawiał się, żeby opozycja nie dokonywała jakichś aktów sabotażu. Wszystko było dokładnie obstawione, pełno wojska, bez przepustki nikt nie miał przejechać. Zacząłem kombinować. Na przepustkę nie miałem szans. Pomyślałem, że zawodnicy nawet na takim odludziu muszą... coś jeść i pić. W Mendozie miałem znajomego Argentyńczyka, od którego dowiedziałem się, kto jest dostawcą napojów do polskiej bazy. Przekazał informację komu trzeba i w rezultacie wsiadłem do ciężarówki, która jechała do hotelu. Musieliśmy zostawić dwie skrzynki piwa dla stacjonujących żołnierzy. Chętnie przyjęli... A ja mogłem zdjąć pożyczone ubranie i szukać Szarmacha.
Jaka była jego reakcja?
Był zaskoczony. W środku mistrzostw świata przyjeżdża do niego jakiś trener z Francji i chce go namówić na zmianę klubu! W dodatku z II ligi. To było krótkie spotkanie. Mówił, że z wyjazdem będzie trudno, że nie ma jeszcze trzydziestu lat. Powiedziałem mu: "OK, ale wiedz, że czekamy na ciebie". Za dwa lata, w 1980 roku, kiedy awansowaliśmy do I ligi, wiedziałem, że tamto spotkanie może zaprocentować. Spróbowałem jeszcze raz. Gdyby Szarmach miał wtedy zielone światło od początku, to w kolejce był już ustawiony Anderlecht i przede wszystkim Bayern Monachium.
Jak więc zdołał go pan ściągnąć do Auxerre, skoro ledwie awansowaliście wtedy do ekstraklasy?
To nie były jeszcze czasy, w których Polacy chętnie wyjeżdżali do zachodnich Niemiec albo łatwo dostawali na to zgodę, tak jak dekadę później po zburzeniu muru berlińskiego. Ówczesny mer Auxerre, Jean-Pierre Soisson był jednocześnie ministrem sportu i miał niezłe kontakty z polskim odpowiednikiem Marianem Renke. W tamtych czasach to było bardzo duże ułatwienie.
Ale zadziałało jeszcze coś innego, drobne polityczne przysługi. Renke chciał zaistnieć w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, a sytuacja była wtedy taka, że przy różnych głosowaniach tworzyły się dwa obozy. W jednym byli południowcy, komuniści z bloku wschodniego i przedstawiciele Afryki, natomiast w drugim - Anglosasi i Skandynawowie. Soisson miał przekonać francuskojęzycznych członków rodziny olimpijskiej - chodziło głównie o Afrykę, bo tam było dużo głosów - do tego, żeby wsparli Renkego, ale w zamian oczekiwał, że ten pomoże przy wydaniu zgody na wyjazd Szarmacha z Polski. Porozumienie zadziałało, chociaż nie pamiętam już, co konkretnie zyskał minister Renke.
Proszę sobie wyobrazić, że na negocjacje lecieliśmy do Mielca - gdzie Szarmach wtedy występował - prywatnym samolotem. Po meczu Stali spotkaliśmy się na kolacji w hotelu i tam dogrywaliśmy szczegóły. Pamiętam, że z powrotem wsiadaliśmy do samolotu już po północy, choć lotnisko było o tej porze formalnie zamknięte.
Chwilę potem Szarmach grał już w Auxerre...
...i wprowadził się znakomicie, w pierwszym meczu strzelił gola. Wygraliśmy z Lyonem 2:1. W tamtym inauguracyjnym sezonie w I lidze rzeczywiście nas uratował, zdobywając 16 bramek. W drugim odegrał jeszcze większą rolę. To były dwa kluczowe lata, w których zdołaliśmy się utrzymać, zajmując najpierw 10., a potem 15. miejsce. Ale nie przypuszczałem wtedy, że jak po kilku latach Andrzej będzie opuszczał Auxerre, to tych goli będzie miał na koncie aż 94. Najwięcej w historii klubu.
- Na przełomie lat 70. i 80. pojawili się też Józef Klose, ojciec Miroslava, który po latach został najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata, oraz Henryk Wieczorek.
Klose przyszedł do Auxerre nawet wcześniej niż Szarmach. W 1979 roku grał już w finale Pucharu Francji, był też jednym z najbardziej wyróżniających się zawodników, którzy wywalczyli awans do I ligi. Miroslav był wtedy jeszcze za mały, żeby przychodzić na mecze. Natomiast co do Wieczorka, miał silną pozycję w drużynie. Ale najbardziej przypomina mi się jedno zdarzenie, które paradoksalnie nie miało związku z występem na boisku, ale z polityką. Przed wyborami prezydenckimi w 1981 roku zadzwonili do mnie współpracownicy ówczesnego kandydata Francoisa Mitterranda, czy mógłby przyjechać na nasz trening, bo... londyński "Times" chciał mu zrobić zdjęcie z drużyną piłkarską. A ponieważ Auxerre, zespół z małego miasta, awansował akurat do I ligi, pomyśleli właśnie o nas. Nie robiłem przeszkód, choć Mitterrand wiedział - bo wcześniej już rozmawialiśmy - że głosuję na prawicę i na mój głos liczyć nie może.
Tuż przed treningiem zawodnicy dostali nowe koszulki z nazwą marki, która nas wspierała, taka reklama dzięki "Timesowi" to w końcu nie byle co! Ledwie zacząłem ćwiczenia, a tu podjeżdżają dziennikarze; z telewizji, z radia, z prasy zagranicznej. Trochę porozmawialiśmy, nagle Mitterrand rzuca: "Zdaje się, że grają tu Polacy". Zawołałem Wieczorka - który wprawdzie nie mówił wtedy zbyt dobrze po francusku, ale interesował się wieloma rzeczami, był intelektualistą - a Mitterrand do niego: "Wiem, że sytuacja w Polsce jest trudna, ale niech pan będzie dobrej myśli. Francja o was myśli i będzie wspierać wasz kraj". Nieoczekiwanie Mitterrand wygłosił na boisku piłkarskim przemówienie o Polsce przed prasą międzynarodową! Z pewnością jedyny raz w życiu. To było w drugiej połowie kwietnia, a za niecałe trzy tygodnie został wybrany prezydentem.
Poznał pan wielu polityków.
Jeśli zostałem selekcjonerem Zgromadzenia Narodowego, to nie mogło być inaczej. Znałem wszystkich deputowanych. Z byłym premierem Lionelem Jospinem - swego czasu kapitanem drużyny koszykarskiej - byłem w wojsku w Niemczech. Żałuję tylko, że nie miałem okazji spotkać generała de Gaulle’a, którego uważałem za wielkiego przywódcę.
A Pawła Janasa jak pan ściągnął? To był też bardzo dobry wybór.
Był ostoją obrony, wprowadzał dużo pewności do gry. Widząc, jak porusza się po boisku, byłem spokojny, że tyły mamy zabezpieczone. No i przy Janasie mógł wychowywać się Basile Boli. Paweł udzielał mu wielu rad. Był nawet taki okres, na początku sezonu 1983/84, że wygraliśmy osiem meczów z rzędu, m.in. dlatego że obrona była nie do przejścia. A pamiętamy, że Boli przeszedł dekadę później do historii jako strzelec zwycięskiego gola dla Marsylii w finale Ligi Mistrzów.
Był jeszcze Tomasz Kłos, który przyszedł już w latach 2000.
Miał duży talent i grał ofensywnie. Nawet za bardzo. Pamiętam go jako zawodnika, który był wprawdzie bocznym obrońcą, ale zdecydowanie wolał atakować. Dobrze grał głową, strzelił w ten sposób kilka bramek. Ale straciliśmy też trochę goli, bo zdarzało mu się, że nie zdążył wrócić...
Na uwagę zasługuje też gra Waldemara Matysika, którego pan ściągnął pod koniec lat 80.
Był ważnym zawodnikiem z punktu widzenia równowagi w zespole. Bardzo skromnym, ale mającym kluczowe znaczenie. Gdybym miał go do kogoś porównać, to wskazałbym Claude’a Makelele.
Zawodnikiem, który też pozostawił dobre wrażenie, był Ireneusz Jeleń, nieźle spisywał się również Dariusz Dudka.
Irek zwrócił naszą uwagę meczem z Niemcami na mundialu w 2006 r. Z czasem okazało się, że strzelając dużo bramek, nawiązał do najlepszych wspomnień o Szarmachu, ale początki miał trudne. Nie mógł się zaadaptować do życia w Auxerre. To już był czas, kiedy przestałem być trenerem, ale wiem, że długo trwały problemy z językiem, ze znalezieniem odpowiedniego mieszkania, bo z Polski bez przerwy przyjeżdżała do niego rodzina. Ale został zapamiętany jako szybki i skuteczny napastnik.
Ach, te rodziny...
Było jedno niezwykłe zdarzenie związane z Szeją. Władze w komunistycznej Polsce nigdy nie pozwoliły, aby żona do niego dołączyła, ale we Francji osiedlił się jego syn. Pamiętam, jak pewnego dnia przyjeżdża do mnie Bernard - Marian był wtedy już po zakończeniu kariery, mieszkał z powrotem w Polsce - i prawie ze łzami w oczach mówi, żebym coś poradził, bo ojcu chcą amputować nogę. Okazało się, że po skręceniu kostki uraz nie chciał ustąpić, wdało się zakażenie, które mogło być niebezpieczne. Zadzwoniłem do znajomego lekarza, który powiedział mi, że wszystko zależy od pewnego szpitala w Paryżu, bo tam są najbliżej odpowiednie warunki do takich operacji. Gdy już dotarliśmy do stolicy, niespodzianka. Szpital podejmuje się zadania, ale trzeba zapłacić z góry, ponieważ Marian jako obcokrajowiec nie ma ubezpieczenia. Tymczasem koszt jest niebagatelny - 230 tys. franków - bo konieczny jest jeszcze wielotygodniowy pobyt w sterylnie czystym pomieszczeniu. Zwykle z prezesem było tak, że musiałem mocno negocjować, jeśli chodziło nawet o wydanie pięciu franków, a tu zdecydował w jednej chwili i podpisał czek. Marian przeszedł dwie udane operacje, potem zagrał jeszcze w jakimś meczu oldbojów. To jedna z piękniejszych historii, jakie przeżyliśmy. Miałem głębokie przekonanie, że klub stanął wtedy na wysokości zadania. Tyle przecież Marianowi zawdzięczaliśmy (Marian Szeja zmarł w lutym 2015 roku - red.).
A propos pieniędzy: młodym zawodnikom wbijał pan szczególnie do głowy - oprócz taktyki - żeby nie kupowali drogich samochodów.
Bardzo zwracałem na to uwagę. I dawałem przykład, bo sam jeździłem małym citroenem C4. Dopóki byłem trenerem, nie było problemu, ale jak odszedłem - natychmiast pozamieniali auta na ogromne fury. Nie podobało mi się to, ale co mogłem zrobić? Nic. Jeśli młody chłopak, który jeszcze niewiele osiągnął, pokazuje, że stać go na drogi samochód, uważam, że jest to haniebne.
Andrzej Szarmach zdobył dla Auxerre najwięcej goli w historii klubu: 94
@RY1@i02/2016/116/i02.2016.116.000003500.803.jpg@RY2@
Francis DEMANGE/Getty Images
Guy Roux prowadził Auxerre przez 44 lata, z czego połowę czasu utrzymał zespół w pierwszej lidze
Rozmawiał w Auxerre Remigiusz Półtorak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu