Dziennik Gazeta Prawana logo

Plaga

28 czerwca 2018

OPOWIADANIE Zbiór "Gdy śmiertelnicy śpią" zaskoczy i zachwyci fanów Kurta Vonneguta. Przeczytajcie jedno z zamieszczonych w nim opowiadań

Podczas gdy coraz to nowe młode wdowy w niebywałej wprost liczbie obnosiły się ze swoją żałobą, nikt z czynników oficjalnych nie przyznał, że kraj został dotknięty plagą. Ani społeczeństwo, ani prasa, od dawna przyzwyczajone do tego, że świat zwariował, nie zauważyły, że sprawy przybierają coraz gorszy obrót. W wiadomościach królowały komunikaty o zgonach. W wiadomościach zawsze królowały takie komunikaty. Pierwsze połapały się towarzystwa ubezpieczeniowe i chwała im za to. Ubezpieczyły na życie miliony ludzi, przyjmując stawki oparte na średniej życia wynoszącej sześćdziesiąt osiem lat. Obecnie, w ciągu pół roku, ta średnia dla żonatego Amerykanina z polisą na życie w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów spadła dramatycznie do czterdziestu siedmiu lat.

- Spadła do czterdziestu siedmiu lat i dalej spada - powiedział prezes Amerykańskiego Niezawodnego i Sprawiedliwego Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie i od Następstw Nieszczęśliwych Wypadków z Connecticut. Sam prezes miał zaledwie czterdzieści sześć lat i był bardzo młody jak na szefa ósmego co do wielkości towarzystwa ubezpieczeniowego w kraju. Młody, ambitny, pozbawiony poczucia humoru chudzielec, którego poprzedni prezes scharakteryzował jako "makabrycznie sprawnego". Nazywał się Millikan.

Poprzedni prezes, który dostał "kopa w górę" na stanowisko prezesa rady nadzorczej, znajdował się obecnie wraz z Millikanem w Hartford w sali konferencyjnej towarzystwa. Był to sympatyczny starszy pan, zatwardziały stary kawaler o nazwisku Breed.

Trzecią osobą był doktor Everett, młody epidemiolog z Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej Stanów Zjednoczonych. To właśnie doktor Everett nadał epidemii nazwę, która się przyjęła, a mianowicie "plaga".

- Kiedy pan mówi "czterdzieści siedem lat" - zwrócił się do Millikana - to jest to dokładna liczba?

- Tak się akurat złożyło - rzekł cierpko Millikan - że w tej chwili brak nam dokładnych danych. Nasz główny specjalista ubezpieczeniowy popełnił dwa dni temu samobójstwo. Rzucił się z okna swojego biura.

- Miał rodzinę? - zapytał doktor Everett.

- Naturalnie - odparł przewodniczący rady nadzorczej. - I ta jego rodzina dzięki ubezpieczeniu na życie została bardzo przyzwoicie zaopatrzona. Wszystkie jego długi zostaną spłacone, żona będzie dożywotnio otrzymywała niezłą rentę, a dzieci mogą studiować bez konieczności podejmowania pracy. - Starszy pan powiedział to wszystko z jadowitą ironią. - Ubezpieczenie to wspaniała rzecz - dodał - szczególnie jeśli polisa została wykupiona co najmniej dwa lata temu. - Miał na myśli to, że większość kontraktów ubezpieczeniowych, w razie samobójczej śmierci klienta, zaczynała się opłacać jego rodzinie dopiero po dwóch latach od chwili zawarcia umowy. - Każdy, kto założył rodzinę, powinien mieć taką polisę.

- Czy ten człowiek zostawił jakiś list? - zapytał doktor Everett.

- Zostawił dwa - odparł przewodniczący. - Jeden był skierowany do nas i zawierał radę, żebyśmy na jego miejsce przyjęli cygańską wróżkę. Drugi był przeznaczony dla żony i dzieci i brzmiał: "Kocham Was nad życie. Zrobiłem to, żebyście mogli mieć wszystko, na co zasługujecie". - Przewodniczący mrugnął smutno do doktora Everetta, wybitnego krajowego epidemiologa. - Chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że z tego rodzaju nastrojami zdążył się pan już do tej pory oswoić.

Doktor Everett skinął głową.

- W takim stopniu, w jakim pediatra jest oswojony z ospą wietrzną - odpowiedział zmęczonym głosem.

Millikan mocno uderzył pięścią w stół.

- Chciałbym wiedzieć, co rząd zamierza z tym zrobić - zdenerwował się. - Przy takiej śmiertelności w ciągu ośmiu miesięcy firma padnie! Podejrzewam, że to samo czeka wszystkie inne towarzystwa ubezpieczeniowe. Ciekawe, co zrobi rząd.

- A co by pan rządowi sugerował? - odparł Everett. - Jesteśmy otwarci na wszelkie pomysły, niemal rozpaczliwie otwarci.

- Zgoda! - odparł Millikan. - Działanie władz numer jeden!

- Numer jeden! - powtórzył jak echo doktor Everett, gotów to wszystko zapisywać.

- Trzeba by informacje o tej chorobie podać do ogólnej wiadomości, żeby móc ją zacząć zwalczać! Koniec z tajemnicami - rzekł Millikan.

- Fantastycznie! - wykrzyknął doktor Everett. - Natychmiast wezwijcie reporterów. Zwołamy tutaj konferencję prasową i podamy wszystkie fakty i liczby do publicznej wiadomości; w ciągu kilku minut dowie się o wszystkim cały świat. - Tu Everett zwrócił się do starego przewodniczącego rady nadzorczej: - Nowoczesne środki przekazu są wspaniałe, nie uważa pan? Równie wspaniałe, jak ubezpieczenie. - Sięgnął do stojącego na długim stole telefonu i zdjął słuchawkę z widełek. - Jak brzmi tytuł gazety popołudniowej? - zapytał.

Millikan wyjął mu słuchawkę z ręki i odłożył z powrotem na widełki.

Everett uśmiechnął się do niego, udając zdziwienie.

- Myślałem, że był to krok numer jeden. Zamierzałem go zrealizować, żebyśmy mogli następnie wykonać krok numer dwa.

Millikan zamknął oczy i zaczął masować grzbiet nosa. Młody prezes Amerykańskiego Niezawodnego i Sprawiedliwego miał wiele do przemyślenia w niebieskawej prywatności swoich powiek. Po wykonaniu kroku pierwszego, który niewątpliwie nagłośni złą kondycję towarzystw ubezpieczeniowych, nastąpi najgorszy krach finansowy w historii tego kraju. A co do epidemii i środków zaradczych: upublicznienie problemu może sprawić tylko tyle, że choroba zacznie zabijać jeszcze szybciej, że wraz ze wzmożoną paniką śmierć zbierze swoje żniwo w ciągu kilku tygodni, zamiast ciągnąć się przez kilka trudnych lat. O sprawy wyższej rangi - takie jak choćby prestiż Ameryki, która mogłaby stać się krajem słabym i narażonym na pogardę innych, jak to, że pieniądze staną się ważniejsze od samego życia - Millikan nie dbał. Dla niego liczyło się to, co miało wymiar natychmiastowy i osobisty. Wszelkie inne konsekwencje plagi, poza oczywistym, bijącym w oczy faktem, że jego towarzystwo ubezpieczeniowe może paść, grzebiąc pod swoimi gruzami jego błyskotliwą karierę, bladły.

Zadzwonił stojący na stole telefon. Odebrał Breed i bez słowa komentarza odłożył słuchawkę.

- Właśnie rozbiły się dwa kolejne samoloty - oznajmił.

- Jeden w Georgii z pięćdziesięcioma trzema osobami na pokładzie; drugi w Indianie z dwudziestoma dziewięcioma osobami.

- Ktoś przeżył? - zapytał doktor Everett.

- Nikt - odparł Breed.

- Jak do tej pory jedenaście katastrof lotniczych w tym miesiącu.

- No dobrze! Dobrze! Dobrze! - powiedział Millikan, wstając. - Rządowa akcja numer jeden: zakazać wszelkich lotów! Koniec z komunikacją powietrzną!

- Tak jest! - wykrzyknął doktor Everett. - Powinniśmy jeszcze okratować wszystkie okna od parteru w górę, zlikwidować wszelkie akweny wodne w ośrodkach zamieszkanych przez ludzi, zakazać handlu bronią, wycofać ze sprzedaży różnego rodzaju liny, trucizny, brzytwy, noże, samochody i łodzie...

Millikan opadł na krzesło, opuściła go wszelka nadzieja. Wyjął z portfela fotografię rodziny i zaczął przyglądać się jej apatycznie. W tle zdjęcia widać było jego położony nad morzem wart sto tysięcy dolarów dom, a za nim stojącą na kotwicy długą na czternaście i pół metra kabinową łódź motorową.

- Jeśli wolno spytać - zwrócił się do młodego doktora Everetta Breed - czy jest pan żonaty?

- Nie - odparł doktor Everett. - Władze nie zezwalają teraz żonatym mężczyznom prowadzić badań nad plagą.

- Nie zezwalają? - zdziwił się Breed.

- Odkryli, że żonaci mężczyźni, którzy prowadzą badania nad plagą, na ogół umierają z jej powodu, nim zdążą opracować wyniki swoich badań - powiedział doktor Everett i pokręcił głową. - Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem. A raczej czasem rozumiem i potem znów nie rozumiem.

- Czy zmarły koniecznie musi być żonaty, żebyście mogli za przyczynę jego zgonu uznać plagę? - zapytał Breed.

- Żona i dzieci - odparł doktor Everett - to klasyczny wzorzec. Sama żona niewiele znaczy. O dziwo, to samo odnosi się do żony i jednego dziecka. - Wzruszył ramionami. - Zdarzają się też przypadki, kiedy mężczyzna jest szczególnie związany z matką albo jakimś innym krewnym czy nawet z uczelnią i technicznie może być zakwalifikowany jako podatny na plagę, ale tego rodzaju przypadki są bez większego znaczenia statystycznego. Dla epidemiologów, którzy mają do czynienia tylko z szokującymi liczbami, plaga to epidemia choroby dotykającej w znacznej mierze ludzi sukcesu: ambitnych żonatych mężczyzn z przynajmniej dwojgiem dzieci.

Millikana nie interesowała ta rozmowa. Z demonstracyjną obojętnością umieścił zdjęcie swojej rodziny naprzeciwko dwóch kawalerów. Fotografia przedstawiała całkiem zwykłą matkę z trójką całkiem zwykłych dzieci, z których jedno było jeszcze niemowlęciem.

- Spójrzcie w oczy tym wspaniałym ludziom! - powiedział ochrypłym głosem.

Breed i doktor Everett spojrzeli po sobie z poczuciem winy, a następnie zrobili to, o co ich prosił Millikan. Posępnie popatrzyli na zdjęcie, zgodni co do faktu, że Millikan został śmiertelnie dotknięty zarazą.

- Spójrzcie prosto w oczy tym wspaniałym ludziom - powtórzył Millikan z tragiczną doniosłością, niczym Stary Żeglarz*. - To coś, co sam mogłem robić, aż do dziś - dodał.

Breed i doktor Everett dalej patrzyli w mało interesujące oczy, ale woleli ich widok od widoku człowieka, który miał wkrótce umrzeć.

- Spójrzcie na Roberta! - zażądał Millikan, wskazując swojego najstarszego syna. - I wyobraźcie sobie, że musicie powiedzieć temu fantastycznemu chłopakowi, że nie będzie już mógł chodzić do Andover i że od tej chwili musi się przenieść do szkoły państwowej! Spójrzcie na Nancy! - rozkazał, wskazując swoją jedyną córkę. - Koniec z lekcjami jazdy konnej, koniec z żaglówką, koniec z ekskluzywnym klubem. Spójrzcie na małego Marvina w kochających ramionach matki. Wyobraźcie sobie, jak to jest powołać do życia dziecko i zdać sobie sprawę, że nic temu dziecku nie będziesz w stanie zapewnić. - W głosie Millikana brzmiały rozpacz i wstyd. - To biedne maleństwo będzie musiało samotnie krok po kroku przedzierać się przez życie. Oni wszyscy będą musieli. Kiedy padnie Amerykańskie Niezawodne i Sprawiedliwe, ich ojciec nie będzie mógł nic dla nich zrobić! Będą musieli o wszystko walczyć sami w pocie czoła! - wykrzyknął.

Teraz z kolei jego głos stał się cichszy, przejęty grozą. Kazał dwóm kawalerom spojrzeć na swoją żonę - nawiasem mówiąc mdłą, leniwą pulchną kluchę.

- Wyobraźcie sobie z kolei, że macie za żonę taką wspaniałą kobietę, prawdziwego kumpla, który jest z wami na dobre i na złe, kobietę, która wam urodziła dzieci i stworzyła im wspaniały dom - powiedział. - Wyobraźcie sobie - dodał po dłuższej przerwie - że jesteście dla niej bohaterem, który dał jej to, czego pragnęła przez całe życie. I wreszcie wyobraźcie sobie, że musicie jej powiedzieć - głos Millikana przeszedł w szept - że wszystko straciliście.

Millikan szlochał. Z sali konferencyjnej pobiegł do swojego gabinetu i z szuflady biurka wyjął naładowany rewolwer. Breed i doktor Everett rzucili się do niego, ale Millikan zdążył palnąć sobie w łeb, uruchamiając w ten sposób wypłatę polisy ubezpieczeniowej w wysokości okrągłego miliona dolarów.

I oto mieli przed sobą kolejną ofiarę plagi, zaraźliwej manii samobójczej mającej służyć pomnażaniu dóbr.

- Wie pan co - odezwał się przewodniczący rady nadzorczej - zastanawiałem się zawsze, co się stanie z tymi wszystkimi, takimi jak on, Amerykanami, z tą błyskotliwą, efektowną nową rasą, która uważa, że życie polega na tym, żeby zapewniać swojej rodzinie coraz większe i większe bogactwo - w przeciwnym razie życie nie jest życiem. Nieraz myślałem o tym, co się z nimi stanie, jeśli wrócą złe czasy i ci błyskotliwi, wyróżniający się mężczyźni odkryją nagle, że wartość zgromadzonego przez nich kapitału idzie w dół. - Breed wskazał najpierw na podłogę, a potem na sufit. - Zamiast w górę.

Złe czasy nadeszły jakieś cztery miesiące przed plagą.

- Mężczyźni jednokierunkowi, zaprojektowani tylko w górę - powiedział Breed.

- Z ich jednokierunkowymi żonami i jednokierunkowymi dziećmi - dodał doktor Everett. - Mój Boże - powiedział, podchodząc do okna i patrząc na mroźny Hartford - czy teraz główny sposób na życie w tym kraju to śmierć?

* Aluzja do poematu angielskiego poety Samuela Taylora Coleridgea (1772-1834) "Rime of the Ancient Mariner" (Pieśń o Starym Żeglarzu). Stary Żeglarz zabija albatrosa, zwiastuna dobrych wieści. W wyniku klątwy za tę bezsensowną śmierć ginie z kolei dwustuosobowa załoga statku, wszyscy, poza Starym Żeglarzem, który ma opowiadać tę historię ku przestrodze innym ludziom.

Tekst pochodzi ze zbioru młodzieńczych opowiadań Kurta Vonneguta , który ukazał się nakładem wydawnictwa Albatros w przekładzie Zofii Uhrynowskiej-Hanasz.

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.196000600.803.jpg@RY2@

Rue des Archives/forum

Kurt Vonnegut

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.196000600.804.jpg@RY2@

Copyright © 2011 by The Kurt Vonnegut, Jr., Trust Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016 Polish translation copyright © Zofia Uhrynowska-Hanasz 2016

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.