Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Kiedy PRL nam zdechł

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

WYWIAD Odsądzano mnie od czci i wiary za to, że opisuję trudne sytuacje, niedwuznaczne, wkurzające, niepokojące. W tle tych krytyk zawsze pobrzmiewało nieśmiertelne "po co o tym mówić?" - opowiada Piotr Siemion, autor "Niskich Łąk", jednej z najważniejszych powieści o czasach przełomu w Polsce. Jej wznowienie ukazało się nakładem wydawnictwa Czarne

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600090k.804.jpg@RY2@

Minęło 28 lat od upadku komunizmu i 16 od ukazania się pańskich "Niskich Łąk", które wielu krytyków uznało za najważniejszą powieść o końcu PRL-u i początku kapitalizmu nad Wisłą. Kiedy dzisiaj przygląda się pan Polsce, jest pan z niej dumny, czy ma poczucie, że zmarnowaliśmy wiele szans?

Jestem bardzo dumny, ale to nie znaczy, że zachłystuję się dumą. Głupio byłoby naiwnie cieszyć się, że teraz jeździmy takimi samymi samochodami jak na Zachodzie. Bogatsi Pakistańczycy też jeżdżą zachodnimi autami, co nie oznacza, że Pakistan jest nowoczesnym państwem. Ważniejsze jest to, by nasza demokracja była bliska demokracjom zachodnim.

Zdrowiej jest być umiarkowanie dumnym?

Bardzo szybko zapomina się o początkach i punkcie, z którego wyszliśmy. Wyczłapaliśmy ze straszliwego błota, które symbolicznie pojawia się w ostatniej scenie "Niskich Łąk". To jest książka o punkcie wyjścia właśnie. Przedstawiłem w niej koszmarny kraj i dosyć koszmarne społeczeństwo - co nie do końca było jego winą. Lata 80. to była wielka, przygnębiająca ruina.

Wielu miało panu za złe, że tak bezkompromisowo rozprawił się pan z Polską i Polakami.

Krytycy "Niskich Łąk" uważali, że uderzam w polski etos.

A uderzał pan?

Już sam fakt, że nie opowiedziałem się po żadnej stronie i nie promowałem jednej wizji historii, uznano za podejrzany.

Może niektórzy z czytelników sądzili, że pan nas poucza. W przeciwieństwie do bohaterów swojej książki pan na emigracji odniósł sukces. Ukończył pan Uniwersytet Columbia, został wziętym prawnikiem zatrudnionym na Wall Street, a my chcieliśmy wierzyć, że do Ameryki nie jest nam już tak daleko, jak było jeszcze dekadę wcześniej. Zafundował pan Polakom zimny prysznic.

Mógłbym udawać, że siedziałem w Ameryce, kiedy w Polsce trwały trudne przemiany, i nie rozumiem, na czym polega ten nasz etos. Ale to nieprawda. Jeszcze przed Sierpniem jako licealista byłem blisko struktur SKS-u, Studenckiego Komitetu "Solidarności". Przeżyłem stan wojenny, łącznie ze służbą w Ludowym Wojsku Polskim. We Wrocławiu, w którym się urodziłem, klimat zawsze był trochę inny od reszty Polski - pod względem smaczków kulturowych, podejścia do rzeczywistości. Ale tam także bojowy etos był silnie obecny. Jeżeli po latach zarzucano mi, że przedstawiłem Polskę z niezobowiązującej do niczego perspektywy emigranta i zrobiłem to bez szacunku, nie mogę się z tym w pełni zgodzić. Moja perspektywa była perspektywą dwunastu lat emigracji, ale przecież "Niskie Łąki" powstały w oparciu o to, co sam przeżyłem w środowisku wrocławskim w latach 80.

Przedstawił pan grupę dzieciaków, którym teoretycznie zależy na wolności, ale w praktyce chodzi o zabawę. Antidotum na życie w kraju bez perspektyw szukają nie w walce z komunizmem, ale w alkoholu i narkotykach. Ci sami ludzie po latach spotykają się w Nowym Jorku, gdzie zmuszeni są żyć na skraju ubóstwa albo doznawać upokorzeń. To oni po powrocie mają budować nową Polskę.

Myślę, że jeśli coś jest siłą "Niskich Łąk", a świadczy o niej to, jak świetnie sprzedawały się pierwsze nakłady książki i że zdecydowano się na jej wznowienie po szesnastu latach, to fakt, że jako jeden z nielicznych podjąłem niewygodny dla wszystkich temat. Jest bardzo mało polskich powieści, które w nienaskórkowy sposób zajęły się przemianą ustrojową w Polsce. Nawet nie samym momentem przemiany, ale tym, jak to się stało, że nowa Polska wybuchła, a PRL nam zdechł.

Polacy źle znoszą, kiedy przedstawia się ich w niekorzystnym świetle. Dziś wielu emigrantów z lat 80. lubi przekonywać, że ich decyzja o wyjeździe była wyłącznie polityczna. A przecież większości Polaków cenzura czy brak wolności słowa nie dokuczały tak bardzo jak dotkliwy brak pieniędzy. Wyjeżdżali najczęściej po to, żeby się dorobić.

Tylko jak to pogodzić z naszym wyobrażeniem polskości i tradycją literacką? Jeśli w Polsce mówiło się o emigracji, to o Wielkiej Emigracji. Polacy wyjeżdżali, chroniąc to, co najcenniejsze narodowo przed carem, a w Paryżu powstał "Pan Tadeusz". Tymczasem pojawiają się nagle postacie jakichś centusiów, cwaniaków, robotników pracujących przy usuwaniu azbestu na dachach w Nowym Jorku. To wywołało oburzenie. Ale przecież nie tylko ja przedstawiłem taki obraz emigracji. Podobnie zrobił Redliński w "Szczuropolakach", Janusz Rudnicki...

Redlińskiemu za "Szczuropolaków" też się dostało...

Wielu brak patosu myliło z wyszydzeniem, a to dwie zupełnie różne sprawy. W reportażu zwykle brak patosu, co nie znaczy, że reportaż wyszydza. Moja powieść nie była reportażem, ale na swój literacki sposób starałem się być świadkiem - tego, co na zewnątrz, i tego, co się działo w ludziach, w nas, w naszych głowach.

A co się działo w głowach tych, którzy szukali lepszego życia na emigracji?

Patrzyliśmy na znajomych, którzy już wyjechali na Zachód, i wyobrażaliśmy sobie, że w momencie, kiedy przekroczyli granicę, wszystkie ich problemy się skończyły. Nie dopuszczaliśmy myśli, że na emigracji zaczyna się masa innych problemów, na które w ogóle nie byliśmy przygotowani. Kto nie wyemigrował, ten tego nie pojmie. Nie chodzi o frazesy w stylu "tam też nie ma raju", tylko że tam od początku toczyła się walka o życie. Na ogół bardzo brutalna.

Zdawał sobie pan sprawę, że stworzył w "Niskich Łąkach" jedną z najbardziej śmiałych scen erotycznych w literaturze po 1989 roku? Nawet najwięksi fani powieści wspominali, że pisząc o kopulacji głównej bohaterki z psem, przekroczył pan pewne granice...

Zdawałem, choć dla ścisłości w książce do tej sceny nie dochodzi. Jest tylko sugestia.

To wystarczyło, by zadziałać na wyobraźnię.

Tak, ale reakcja czytelników była też dowodem na naszą kulturową schizofrenię.

To znaczy?

Podobne sceny nagminnie pojawiały się w niemieckich filmach porno, które w latach 90. oglądało pół Polski. Bywało, że prywatne seanse odbywały się w mieszanym towarzystwie podczas imprez przy wódeczce. Ta śmiała scena nie była niczym, z czym w tamtej epoce ludzie nie byliby zaznajomieni. Może dlatego tak zabolało.

A może zależało panu na skandalu?

Nie zamierzałem wplatać w powieść elementów porno, by zwiększyć jej sprzedaż. Chciałem trochę sprowokować polskiego czytelnika, dając do zrozumienia, że wiem, że to wszystko nie jest mu obce. Hipokryzja polegała na tym, że ludzie nie chcieli mieszać tego, co oglądali na kasetach, z tym, co stało na półkach, w miejscach widocznych dla dzieci. Poniosłem tego konsekwencje - "Niskie Łąki" nigdy nie będą lekturą szkolną. Trudno. Co do nas, wciąż chętnie kultywujemy złote hasło pani Dulskiej: "ale po co o tym mówić?".

Uważa pan dulszczyznę za jedną z naszych cech narodowych?

Absolutnie. To cecha klasy średniej, stabilnej, ale niepewnej, kim jest. Odsądzano mnie od czci i wiary za to, że opisuję trudne sytuacje - krajowe i emigracyjne, niedwuznaczne, wkurzające, niepokojące. W tle tych krytyk zawsze pobrzmiewało nieśmiertelne "po co o tym mówić?". Po co w literaturze, która ma być po części pomnikiem, a po części wizytówką nas, mówić o tym, że potrafiliśmy zachowywać się jak najgorsze hieny? Po co mówić o emigracyjnym upodleniu, po co mówić o stodole w Jedwabnem i tak dalej, i tak dalej.

Byliśmy emigrantami, a dziś niechętnie witamy imigrantów u siebie...

To samo, co działo się z Polakami w Ameryce, dzieje się teraz - mówiąc oczywiście w przenośni - na łodziach na Morzu Śródziemnym i w slumsach Duesseldorfu. To się nie zmieni, bo świat bogaty i świat biedny nadal istnieją i mają coraz większą powierzchnię styku. Było figlem historii, że akurat my staliśmy się częścią komunistycznego biednego świata. Ale problem nie zniknął wraz z końcem systemu totalitarnego w Europie. W skali cywilizacji nadal istnieje i staje się coraz wyraźniejszy.

Jak patrzy pan na to, co teraz dzieje się w Polsce? Przez lata robiliśmy wszystko, żeby upodobnić się do Zachodu, a teraz okazuje się, że spora część społeczeństwa chciałaby się odłączyć od Unii Europejskiej.

Trzeba sobie zadać pytanie, co to znaczy "okazuje się", bo to nie powinno być zaskoczeniem. To rzeczywistość zburzyła jednolity obraz polskości, jaki niektórzy chcieli pielęgnować. Rzeczą pisarza jest nie polegać na lukrze ani na bajkach w mediach, tylko opisywać sprawy trudne, zadawać niełatwe pytania i niepokoić. Gdyby pisarze częściej zanurzali się w głębiny tej biednej, prowincjonalnej, wąsatej, nieciekawej Polski, to wszystko nie byłoby niespodzianką. Przecież ta Polska cały czas była i jest. To też jesteśmy my. Jak to pogodzić? Trzeba napisać o tym książkę.

A pan napisze kolejną powieść?

Napiszę.

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600090k.805.jpg@RY2@

Chris Niedenthal/FORUM

Akcja powieści "Niskie Łąki" rozpoczyna się we Wrocławiu w czasie stanu wojennego

Rozmawiała Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600090k.806.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.