Druga strona transformacji
CZECHY Zazwyczaj lapidarny i czuły dla tych, którym nie jest dobrze w codzienności, w "Alei Narodowej" Jaroslav Rudiš w obu tych sprawach idzie dużo dalej
Chleje. Bije. Wymądrza się. W romantycznym uniesieniu mówi do dziewczyny: "Nie jesteś gruba. Jesteś piękną babą jak na to, że po czterdziestce". Mieszka w bloku na przedmieściach Pragi. W mieszkaniu na ostatnim piętrze ma plakat półnagiego Jeana-Claude’a van Damme’a z pięściami uniesionymi w bojowej pozie, biblioteczkę pełną książek o wojnach, bitwach i przywódcach (są tam też "Szwejk" i Biblia), ma też na błysk wysprzątane.
Taki mniej więcej jest główny bohater "Alei Narodowej". Sam przedstawia się tak: "Mówią na mnie Vandam. Mówią na mnie Vandam, bo robię dziennie dwieście pompek. Robię ich dwieście tak samo jak Vandam, ten prawdziwy. Ten filmowy. Ten kickboxingowy snajper z czasów, kiedy chodziłem go oglądać w kinie, które nazywało się Kosmos, ale już się tak nie nazywa, bo teraz jest tam kasyno, które się nazywa Las Vegas".
"Aleja Narodowa", choć bardzo czeska, jest opowieścią o skutkach ubocznych przekształcenia kin Kosmos w kasyna Las Vegas, co zdarzyło się, jak wiemy, nie tylko na przedmieściach Pragi.
Nieudacznicy w czasach transformacji to specjalność Jaroslava Rudiša. "Wygrać nie mogą wszyscy. Ale wszyscy mogą przegrać", mówi Vandam, a nam poza oczywiście kolegami i koleżankami przemyka przed oczami galeria postaci z poprzednich powieści Rudiša. Oto Ole z "Koniec punku w Helsinkach", który prowadzi knajpę (jedyną czynną w Wigilię!) w miasteczku na pograniczu czesko-niemieckim, i jej bywalcy: potwornie zmęczony Frank, który próbuje opowiedzieć historię świata za pomocą piłki nożnej, Lena, która pracuje tylko czasami, bo zajmuje się pisaniem pracy o wpływie ptasich motywów z mitologii Majów na niemiecki ekspresjonizm, czy Cindy, która rozczarowana Czechami postanowiła przetestować facetów w całej Unii Europejskiej. Efekt? "Jak nie wyjdzie, to zawsze kasuję imię faceta z telefonu, a zamiast niego piszę jego datę urodzenia. W ten sposób się od nich odcinam - pokazała raz Olemu spis kontaktów w swojej komórce. - Przecież masz tu same daty.
- Bo Europejczycy są do niczego. Wszyscy pojebani".
Oto Hana z "Ciszy w Pradze". Jej wprawdzie udało się znakomicie, kariera, europobory, narzeczony prawnik. Tyle że właśnie się zorientowała, że jest bardzo nieszczęśliwa. Petr, motorniczy tramwaju, zagłusza samotność muzyką. Vanda gra muzykę, a niepewność zagłusza ciuchami. I jeszcze Vladimir, który chce wyciszyć Pragę.
Bohaterowie "Helsinek" nie są może zadowoleni, ale nie w głowie im bunt. Oni buntowali się w latach 80., dwadzieścia lat później musi wystarczyć im narzekanie. Ci z "Pragi" jakoś tam odgrywają swoje życiowe role, ale mają dość, coś się tli, jak gdyby miało wybuchnąć.
"Aleja Narodowa" to już eksplozja. Również formalna.
Poprzednie książki Rudiša to lekkie w formie błyskotliwe powieści. Owszem, gorzkie w przesłaniu, ale zabawne. "Alei Narodowej" bliżej do manifestu. To właściwie monolog Vandama - obrazoburczy, brutalny, wściekły.
Bo Vandam jest wściekły. Na swoje dzieciństwo. Ojca, który oglądał komedie, i trochę dziwną matkę. Na brata, który dorobił się fortuny jako tłumacz dubbingów do przemycanych z Niemiec w latach 80. filmów wideo i potem się ich wszystkich wyparł. Na matkę swojego syna, która nie pozwala mu się z nim widywać. Na syna, że zamiast się bić, potrafi tylko szybko pisać SMS-y. Że zamiast czytać o historii, sprawdza w telefonie, o czym mowa. Na Czechy wreszcie. Czeskie knedliki i czeski humor, i na to, że: "Jesteśmy rozerwani na pół. Jesteśmy Europejczykami. Jesteśmy Antyeuropejczykami. Jesteśmy wkurwieni. Szczerzymy się. Jesteśmy rozgoryczonymi patriotami. Jesteśmy lewakami. Nie chodzimy do kościoła. Ale wierzymy w Świętego Mikołaja. Zawsze jesteśmy gdzieś tylko do połowy".
On nie jest do żadnej połowy. Jednak gdy w osiedlowej knajpie hajluje, wykrzykując z kolegami te wszystkie hasła, których nie lubimy słuchać, mówi, że to stare rzymskie pozdrowienie, a przecież wszyscy jesteśmy Rzymianami.
Vandam jest Patriotą. Ma też w swojej biografii pewien istotny epizod. To on zadał pierwszy cios podczas demonstracji w 1989 roku, w alei Narodowej. Pielęgnuje to wspomnienie. To ono go definiuje, a nie handel narkotykami sprzed kilkunastu lat czy malowanie dachów teraz. Tyle że niestety, opowiadając w kółko tę historię, opowiada ją tylko do połowy.
Wyjaśnienie prawdy przypomina, że transformacja miała dwie strony.
To na pewno jest bardzo ważna książka Rudiša, choć nie czyta się jej tak przyjemnie jak "Helsinek" i "Pragi". Prawdę mówiąc, czyta się ją nieprzyjemnie, bo Vandam mówi to wszystko, czego nie chcielibyśmy słyszeć. Nie słyszeliśmy zresztą przez dwie z górą dekady, wierząc w biurach i kawiarniach, że to margines marginesów. Teraz już, chcemy czy nie, słyszymy.
Znamienne, że w "Alei Narodowej" nie gra muzyka. W poprzednich książkach Rudiša zespoły określają bohaterów pokoleniowo i społecznie. Tutaj Vandam zagłusza wszystko.
@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600050d.803.jpg@RY2@
Antonin Novy/ap/east news
Bohater książki Rudiša przypadkiem bierze udział w Aksamitnej Rewolucji. Na zdjęciu Václav Havel przemawia do Prażan, 10 grudnia 1989 r.
Aleksandra Boćkowska
@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600050d.804.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu