Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Być złodziejem to nie wstyd

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

WYWIAD Michael Crummey to Kanadyjczyk silnie przywiązany do swojej małej ojczyzny, Nowej Fundlandii. Pisarz będzie jednym z gości tegorocznego Big Book Festivalu

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600100a.804.jpg@RY2@

Kiedy się pan przedstawia, w pierwszej kolejności mówi pan, że jest Kanadyjczykiem czy Nowofundlandczykiem?

Odpowiedź nie jest prosta. Nowa Fundlandia została przyłączona do Kanady dopiero w 1949 r. Moi rodzice urodzili się jako Nowofundlandczycy, by potem stać się obywatelami Kanady. Dla ich i mojego pokolenia poczucie tożsamości narodowej było sprawą skomplikowaną. Kiedy zadaję sobie pytanie o to, kim jestem i dokąd przynależę, od razu wiem, że to Nowa Fundlandia jest moim miejscem na Ziemi. Ona mnie definiuje. Będąc za granicą, chętnie przedstawiam się jako Kanadyjczyk, żeby uniknąć nieporozumień, ale gdzieś w środku czuję, że to nie oddaje całej prawdy o mnie.

Pisarze dzielą się na tych, którzy chcą być kosmopolitami, i tych, którzy czują silną więź ze swoimi małymi ojczyznami. Pan bez wątpienia należy do drugiej grupy. Byłby pan pisarzem, gdyby urodził się w innym miejscu na Ziemi?

To prawda, że nie potrafię oddzielić bycia pisarzem od miejsca, z którego pochodzę. Jest wielu świetnych autorów mojego pokolenia, którzy pochodzą z Nowej Fundlandii, ale czują się kosmopolitami. Ich powieści mogą rozgrywać się w Nowej Fundlandii, ale ona nie jest głównym tematem. Interesują ich sprawy uniwersalne jak życie, śmierć, miłość. Nie do końca umiem wyjaśnić, dlaczego w moim przypadku jest inaczej. Ale mam poczucie, że nawet gdybym przeprowadził się do Nowego Jorku, Warszawy czy jakiegokolwiek innego miejsca na świecie, pisałbym wyłącznie o domu. Co więcej, uważam, że to jedyny ciekawy temat w moim pisaniu.

"Rzeka złodziei", która właśnie ukazuje się w Polsce, była pańskim powieściowym debiutem. Opublikował ją pan w 2001 r. Dzisiaj myśli pan o niej z sentymentem?

Wielu ludzi do dziś mówi mi, że "Rzeka złodziei" to najlepsza rzecz, jaką napisałem. Ja nie podzielam tej opinii (śmiech).

Dlaczego?

Kiedy zaczynałem ją pisać, miałem na koncie tylko opowiadania. Nie miałem pojęcia, w co się pakuję. Dziś bardziej mam poczucie, że ta książka mi się przydarzyła, niż że ją napisałem. Zupełnie nie miałem nad nią kontroli, po prostu brnąłem dalej i szczerze mówiąc, skończyłem powieść tylko dlatego, że chciałem to wszystko mieć za sobą. Byłem przekonany, że jest okropna, i przeżywałem potworne męki. W życiu nie pomyślałbym, że przez tyle lat będzie czytana, wznawiana i tłumaczona na obce języki.

Zawsze jest pan wobec siebie taki krytyczny?

Wtedy było szczególnie trudno. Żartowałem, że gdyby "Rzeka złodziei" była kobietą, z którą się spotykam, wszyscy przyjaciele radziliby mi, żeby ją rzucić. Nie byliśmy dla siebie stworzeni. Na szczęście z każdą kolejną powieścią czułem się pewniej i coraz bardziej świadomie panowałem nad warsztatem pisarskim.

To zaskakujące, bo czytając "Rzekę złodziei", miałam wrażenie, że wszystko jest tu doskonale przemyślane. Zadbał pan o detale i musiał zrobić wcześniej bardzo szczegółowy research.

Kiedy zdecydowałem się opisać Nową Fundlandię na początku XIX w., naiwnie założyłem, że wiem o tym całkiem sporo. Wszyscy moi krajanie wyrośli na historii o rdzennych mieszkańcach wyspy, Beothukach, i o tym, co się z nimi stało. Kiedy byłem dzieckiem, mieliśmy domek w pobliżu Red Indian Lake, gdzie ostatni przedstawiciele plemienia spędzili zimę. Miałem przekonanie, że znam tę opowieść. Okazało się, że byłem w błędzie.

Opowieść o przybyszach i rdzennych mieszkańcach Nowej Fundlandii zabrnęła w inne strony, niż pan się spodziewał?

Ku mojemu zdumieniu okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałem o tym, co stało się z Beothukami i jak wyglądała ich relacja z osadnikami z Europy. Musiałem zrobić solidny research, by zrozumieć, jak było naprawdę. Opowieści, które dotąd słyszałem, bywały fałszywe albo opierały się na plotkach.

Jakich na przykład?

Mówiło się, że gdy Europejczycy przybyli na Nową Fundlandię, musieli stawić czoła ogromnie licznej grupie rdzennych mieszkańców wyspy. Według lokalnych podań miało ich być nawet 50 tysięcy. Ta informacja nie była niczym udokumentowana, ale wszyscy ją powtarzali. Beothukowie mieli wyginąć w wyniku masowej rzezi. To nieprawda. Jak się dziś szacuje, liczba rdzennych mieszkańców wyspy, gdy przybyli na nią Europejczycy, kształtowała się gdzieś pomiędzy 500 a 5 tysięcy. To była malutka grupa, która unikała kontaktów z obcymi. Ginęli głównie z powodu chorób przywiezionych ze Starego Kontynentu i przez to, że Europejczycy wypchnęli ich z terenów dobrych do życia. Było oczywiście wiele przemocy, ale ona zaczęła się z powodu tego, że wysiedleni ze swoich terenów Beothukowie w odwecie palili nowym osadnikom łodzie i niszczyli ich dobytek. Biali odpowiedzieli na to okrucieństwem. Ta historia nie jest czarno-biała. Jest w niej wiele odcieni szarości, co nie zmienia faktu, że była bardzo tragiczna.

Nowofundlandczycy mają dziś poczucie winy?

Tak, mamy ogromne poczucie zbiorowej winy, bo sprawiliśmy, że plemię Beothuków całkowicie wyginęło. Ale według mnie łatwo nam czuć się winnymi, kiedy nie ponosimy żadnych politycznych konsekwencji tego, co się stało. Beothuków już z nami nie ma, nie żyją w rezerwatach, ale w regionie są inne rdzenne ludy, szczególnie na Labradorze, gdzie mieszkają Inuici. Nową Fundlandię zamieszkuje jeszcze plemię Mikmaq. Niestety, Nowofundlandczycy europejskiego pochodzenia wciąż mają bardzo złe relacje z tymi społecznościami. To napełnia mnie wstydem.

Nie ukrywał pan, że pisząc "Dostatek", jedną z najpopularniejszych pańskich książek w Polsce, czerpał pan inspirację ze "Stu lat samotności" Gabriela Garcii Márqueza. Czy inspiruje się pan jeszcze innymi autorami?

Może nie w tym samym stopniu, ale kiedy zaczynałem pisać "Rzekę złodziei", czytałem książki Cormaca McCarthyego. Uwielbiam go i uważam za geniusza, ale sądzę, że jego wpływ na innych pisarzy przynosi katastrofalne skutki. Jego styl jest tak unikalny, że gdy inni próbują go naśladować, brzmią, jakby chcieli parodiować McCarthyego. Gdy przeczytałem pierwsze wersje początkowych rozdziałów "Rzeki...", zdałem sobie sprawę, że to wszystko brzmi jak Cormac McCarthy w naprawdę złym wydaniu. Musiałem napisać je od nowa, próbując znaleźć własne brzmienie.

Może wpływ McCarthyego objawia się w opisie tego surowego męskiego świata, w jakim żyją bohaterowie?

Zgadzam się, ale ten wpływ nie jest bezrefleksyjny. Chociaż McCarthy jest genialnym pisarzem, okazuje się zupełnie ślepy na świat kobiet. Nawet jeśli w jego książkach pojawiają się postaci kobiece, nie są kobietami z krwi i kości. Ja pisałem z przekonaniem, że nie chcę stworzyć książki, w której połowa rasy ludzkiej jest nieobecna. W tym sensie kreowałem świat w opozycji do McCarthyego.

Zgodzi się pan, że pisarz to ktoś, kto kradnie cudze opowieści?

Tak. Kradniemy też od naszych mistrzów. T.S. Elliot mówił, że niedojrzali pisarze pożyczają, dojrzali - kradną. Być złodziejem to żaden wstyd w pisarskim fachu.

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600100a.805.jpg@RY2@

SSPL/Getty Images

Siedziba telegrafu w Trinity Bay, Nowa Fundlandia, 1858 r.

Rozmawiała Malwina Wapińska

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.19600100a.806.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.