Ten świat już był
Do kin wchodzi właśnie nominowany do Oscara dokument "Nie jestem twoim murzynem", którego bohaterem jest James Baldwin. Trzydzieści lat po śmierci pisarza Ameryka na nowo odkrywa jego twórczość
W ciągu ostatniego roku sprzedaż książek Jamesa Baldwina w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 110 proc. Wykładowcy uniwersyteccy na powrót włączają prozę afroamerykańskiego autora do programów nauczania. Pisarzowi poświęca się sympozja naukowe, koncerty i musicale teatralne, jak choćby "Can I Get a Witness? The Gospel of James Baldwin" przygotowany przez prekursorkę neo soulu Meshell Ndegeocello na bazie tomu esejów Baldwina "Następnym razem pożar" z 1963 r.
Ten sam zbiór legł u podstaw "Between the World and Me" Ta-Nehisiego Coatesa. Wyróżniony prestiżową National Book Award bestseller pożycza strukturę z eseju, w którym Baldwin opisywał swoje przeżycia w Harlemie w formie listu do siostrzeńca. Coates, potomek działacza Czarnych Panter, uznany prozaik i scenarzysta komiksowy, ubiera książkę w formę listu do nastoletniego syna, snując błyskotliwe refleksje nad rasą jako konstruktem społecznym, determinującym życie współczesnych Afroamerykanów.
Renesans Baldwina jest renesansem czarnej myśli w ogóle. Do inspiracji spuścizną pisarza przyznają się m.in. kolejna laureatka National Book Award, poetka Jacqueline Woodson ("Brown Girl Dreaming"), czy Kendrick Lamar, raper uchodzący dziś za najwybitniejszego przedstawiciela nurtu "zaangażowanego". Z kolei reżyser oscarowego "Moonlight" Barry Jenkins na swój następny projekt obrał adaptację powieści Baldwina "Gdyby ulica Beale umiała mówić" o ciężkim losie kochanków z Harlemu. Od edukacji przez sztukę po media społecznościowe, zalewane przez stare wywiady i cytaty z pisarza - festiwal Baldwina przybiera na sile. Powód takiego stanu rzeczy jest następujący: trudno o drugą postać historyczną, której przemyślenia pozostałyby tak dojmująco aktualne, że do dzisiejszych czasów zdają się przystawać nawet bardziej niż do minionej epoki.
Historia "murzyna" to historia Ameryki
Film "Nie jestem twoim murzynem" haitańskiego dokumentalisty Raoula Pecka nie jest zatem incydentalnym wspomnieniem starego mistrza, lecz elementem większej układanki. Jest przy tym nie tyle opowieścią o Baldwinie, ile filmem "napisanym" przez Baldwina. Reżyser oparł scenariusz na nieukończonej książce pisarza "Remember This House", która w zamyśle miała stanowić pogłębioną refleksję nad tożsamością rasową. Baldwin planował spleść w jedną całość życiorysy słynnych przywódców ruchu na rzecz praw obywatelskich, zamordowanych po sobie w odstępie kilku lat: Medgara Eversa, Malcolma X i Martina Luthera Kinga.
Projekt wpisywał się w tezę, że nawet wybitne indywidualności mają znikomy wpływ na rzeczywistość, a prawdziwy progres nie może zaistnieć bez pospolitego ruszenia. Ta myśl często towarzyszyła Baldwinowi, zarówno w jego prozie, jak i podczas wystąpień publicznych, a w obliczu udanych zamachów na największych liderów afroamerykańskich pesymizm pisarza jeszcze się zwiększył. W filmie Pecka jest scena, w której Baldwin odnosi się sceptycznie do bez mała proroczych słów Roberta Kennedy’ego, że za 40 lat "murzyn" będzie w stanie zająć miejsce JFK w fotelu prezydenta. Baldwin utrzymywał bowiem, że nie jest istotne, kiedy Afroamerykanin przejmie władzę w USA. Ważne jest to, w jakiej kondycji będzie wówczas kraj. Jak bardzo trafna była to diagnoza, mogliśmy naocznie się przekonać na przykładzie prezydentury Baracka Obamy, za której paradoksalnie doszło do eskalacji napięć rasowych, nowej fali brutalności policji i ksenofobicznych resentymentów, zapewniających "w odwecie" urząd Donaldowi Trumpowi.
Dokument Pecka, choć fragmentami cofa nas do czasów niewolnictwa i segregacji rasowej, wychodzi poza doświadczenie ściśle afroamerykańskie. "Historia murzyna w Ameryce to historia Ameryki - mówi cytowany w filmie Baldwin - i nie jest to ładna historia". Ten świat już był, już się wydarzył - konkluduje reżyser za swoim bohaterem i na dowód prowokacyjnie zestawia ze sobą czarno-białe zdjęcia zamieszek ulicznych w taki sposób, że bliżej niezorientowany widz nie ma szans rozpoznać, które ujęcia to archiwalia sprzed półwiecza, a które obrazują współczesne protesty ruchu Black Lives Matter.
Peck pracował nad "Nie jestem twoim murzynem" okrągłą dekadę, opierając narrację na niedokończonym manuskrypcie Baldwina i jego późnych tekstach, z rzadka lub w ogóle dotąd niewyciąganych na światło dzienne. Autor "Głoś to na górze" jest u Pecka nie tyle kultowym powieściopisarzem, ile kimś, kto widział więcej niż inni. Jest aktywistą, filozofem, humanistą, profetą, celebrytą występującym w talk-show (tak, były czasy, gdy w telewizji brylowali literaci), a nawet rewizjonistycznym krytykiem filmowym - gdy analizuje początki kina i rzeczowo wyjaśnia na przykład, dlaczego oglądając w młodości westerny z Johnem Wayne’em, utożsamiał się z rzekomo antagonizującymi - jak sprzedano całemu światu - Indianami.
Przy tym wszystkim film nie pretenduje do miana biografii Baldwina. Nie skupia się na datach i osiągnięciach literackich swojego bohatera. Peck wszystko podporządkowuje opowieści o Ameryce z perspektywy rasy - nawet temat orientacji seksualnej Baldwina podjęty jest tylko raz, jakby mimochodem, gdy przez krótką chwilę kamera pokazuje raport FBI z czasów paranoicznego rasisty J. Edgara Hoovera, ostrzegający, że pisarz jest "niebezpieczny" i podejrzewany o homoseksualizm.
Problem z niepokornym czarnym gejem
James Baldwin urodził się w 1924 r. w Harlemie. Nigdy nie poznał nazwiska swojego biologicznego ojca, początkowo matka Emma Jones wychowywała go samotnie. Kiedy chłopiec miał trzy lata, wyszła za pastora baptystycznego Daniela Baldwina, który trzymał dom twardą ręką. Za wolą ojczyma młody James przez kilka lat służył do mszy jako ministrant, ale szybko odkrył swoje prawdziwe powołanie. Książki pochłaniał tonami już od wczesnego dzieciństwa i dokształcał się sam, przesiadując w bibliotekach. W szkole średniej z powodzeniem publikował wiersze i opowiadania w gazetce prowadzonej wraz z późniejszym słynnym fotografem Richardem Avedonem. Plany na studia trzeba było jednak odłożyć, by pomóc w wyżywieniu ośmiorga młodszego rodzeństwa.
Dopiero po śmierci ojczyma James się uniezależnił, przeprowadzając się do Greenwich Village, mekki artystycznej cyganerii. Ostatecznie porzucił wtedy dotychczasowe zajęcia, jak praca za barem czy układanie torów kolejowych, i skoncentrował się na rozwoju twórczym. Zaprzyjaźniony pisarz i zarazem mentor Richard Wright ("Syn swego kraju") pomógł mu zdobyć stypendium i kontakty w redakcjach ogólnokrajowych periodyków, do których młody literat począł pisać swoje pierwsze eseje. Za kolejne granty wyjechał do Paryża, co wydatnie zaważyło na jego karierze. Wielokrotnie wspominał później, że perspektywa "z zewnątrz" pozwoliła mu spojrzeć z dystansem na Amerykę i własną tożsamość. Pobyt za granicą zaowocował też niespotykanym dotąd przypływem weny. Od tamtej pory Baldwin całe życie kursował między Stanami a Francją (gdzie zmarł w 1987 r.), przez dekadę pomieszkiwał także w Turcji.
Pierwszą powieść, na poły autobiograficzną "Głoś to na górze", opublikował w roku 1953. Książka opowiadała o chłopaku dorastającym w Harlemie pod okiem surowego, religijnego ojca. Biała krytyka była wstrzemięźliwa - jak zwykle w przypadku objawienia się talentu spoza "układu" - ale młodzi Afroamerykanie mogli się przejrzeć w debiucie Baldwina jak w zwierciadle. Niecierpliwie wyczekiwano jego następnej powieści, a apetyt zaostrzyły jeszcze eseistyczne "Notatki syna swego kraju" (1955) polemizujące z najsłynniejszą książką Wrighta.
I wtedy dał o sobie znać niepokorny charakter Baldwina. Zamiast wygodnie się umościć na szykowanej mu już pozycji trybuna ludu, wypuścił powieść "Mój Giovanni" (1956), pomijającą temat rasy i pozbawioną czarnych postaci. Co więcej, ku zgrozie własnego środowiska, bohaterem książki uczynił młodego białego Amerykanina, który w Paryżu zakochuje się w innym mężczyźnie, tytułowym Giovannim. Znakomicie napisana, przerobiona później na sztukę teatralną powieść do dziś przez wielu uważana jest za najwybitniejsze dokonanie Baldwina, a i wówczas, w momencie premiery, zyskała mimo kontrowersji grono gorących zwolenników. Baldwin zaczął być wymieniany jednym tchem z Tennessee Williamsem, innym pionierem amerykańskiej rewolucji seksualnej - choć Baldwina chwalono raczej w kuluarach, z oczywistych względów nie mógł wypłynąć w głównym nurcie, jak Williams, i nawet flirt z Hollywoodem oraz przyjaźń z Marlonem Brando na niewiele tu się zdały.
W następnej swej wielkiej powieści, "Inny kraj" (1962), Baldwin złamał kolejne tabu, opowiadając już nie tylko o miłości homo- i biseksualnej, lecz także międzyrasowej. W międzyczasie otwarcie zwierzał się w wywiadach z własnych relacji seksualnych z kobietami i mężczyznami, zżymając się na powszechną pruderię i dyskryminację. Wierzył, że ludzka seksualność jest znacznie bardziej płynna i mniej binarna niż to się zwykło przyjmować, a jej systemowa kategoryzacja jest niczym innym jak płciowo-kulturowym odpowiednikiem segregacji rasowej. Pod tym względem znów wyprzedzał swoją epokę, podejmując zagadnienia właściwe gender studies grubo przed narodzinami tego zjawiska.
W następnych latach regularnie tworzył powieści, poematy i dramaty sceniczne, niemniej to nie one wszystkie, lecz kolejne zbiory jego esejów o rasie sprzedawały się w milionowych nakładach. To dzięki tomowi "Następnym razem pożar" trafił na okładkę "Time". "Nie ma innego pisarza - białego lub czarnego - który z taką mocą i tak wyraziście portretuje mroczne realia fermentu rasowego na Północy i Południu", przedstawiał go prestiżowy magazyn.
Z Baldwinem był wieczny kłopot. W światku bohemy artystycznej czuł się jak ryba w wodzie, ale już w show-biznesie, jako czarny gej, nie miał siły przebicia. Jeszcze większą przeszkodę stanowił jego homoseksualizm w zmaskulinizowanym środowisku afroamerykańskim, a oliwy do ognia dolewał tu fakt, że Baldwin zawsze protestował, gdy próbowano go zaszufladkować jako "pisarza murzyńskiego". Stanowczo podkreślał, że został ukształtowany przez różne siły, nie tylko przez kolor skóry, jednak rzadko spotykało się to ze zrozumieniem, częściej z epitetami pokroju "kochanek białych". Mimo to ludzie go czytali i słuchali, pozostając pod wrażeniem jego nietuzinkowej elokwencji i trafnych diagnoz społecznych. Pastor Martin Luther King, ikona ruchu na rzecz praw obywatelskich, ale i zatwardziały homofob, w 1963 r. skreślił nazwisko Baldwina z finalnej listy mówców podczas słynnego Marszu na Waszyngton - rzekomo z powodu krytyki chrześcijaństwa ze strony pisarza - ale bynajmniej nie wyrugował go ze swojego otoczenia. Baldwina po prostu nie sposób było zignorować.
Autorytet na nowe czasy
Baldwinowi z pewnością spodobałoby się to, jak przedstawił go Peck w swoim dokumencie - jako niezależnego myśliciela, niezrównanego obserwatora, "strażnika prawdy", choćby najbardziej niewygodnej. Nigdy nie zależało mu na roli lidera, rzadko pojawiał się na demonstracjach, ale nieprzerwanie walczył najlepszym orężem, jakie posiadał: słowem.
Niejednokrotnie zarzucano mu niespójność poglądów: raz opowiadał się za pokojowymi metodami Kinga, innym razem podpisywał się pod radykalnymi hasłami Malcolma X. Ale wbrew pozorom nie było w tym sprzeczności ani koniunkturalizmu, ale jedynie cenna i rzadka umiejętność niejednoznacznego, złożonego oglądu rzeczywistości. Stąd też, choć poważany przez starszyznę, za życia Baldwin nigdy nie stał się autorytetem młodych aktywistów, z natury rzeczy preferujących proste i szybkie rozwiązania.
Musiało nadejść kolejne pokolenie, a wraz z nim przeniesienie dyskursu równościowego z niszy do głównego nurtu, by młodzi na dobre się zorientowali, że Baldwin pisał o rasie, płci, klasowości, feminizmie, imigracji czy języku rzeczy niewiarygodnie ponadczasowe. Że był nie tylko intelektualistą, ale i futurystą, którego beletrystyka i eseistyka wciąż rezonują z problemami nie tylko Czarnej Ameryki, i nawet nie tylko Ameryki, ale całego świata. I nigdy nie był niczyim murzynem.
@RY1@i02/2017/233/i02.2017.233.000002600.802.jpg@RY2@
fot. Against Gravity
@RY1@i02/2017/233/i02.2017.233.000002600.801.jpg@RY2@
fot. Against Gravity
Protestujący gromadzą się pod Mauzoleum Lincolna. Marsz na Waszyngton, 28 sierpnia 1963 r.
Renesans prozy Baldwina jest renesansem czarnej myśli w ogóle. Trudno o drugą postać historyczną, której przemyślenia pozostałyby tak dojmująco aktualne, że do dzisiejszych czasów zdają się przystawać nawet bardziej niż do minionej epoki
Piotr Dobry
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu