Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Jak pozostać Królem

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

Martin Luther King zmienił bieg historii XX wieku. Ale co znaczy dziś? Czy jest już tylko pomnikiem, symbolem z lamusa? A może jego wzniosłe idee wciąż trafiają na podatny grunt?

Ludzkość ma to do siebie, że wybiela swoich bohaterów po ich śmierci. W przypadku Martina Luthera Kinga przez lata zrobiono wiele, by uczynić go mniej czarnym, za to bardziej przystępnym dla białej części społeczeństwa. Zdecydowana większość Amerykanów ma zakodowany bardzo powierzchowny obraz legendarnego aktywisty: działał na rzecz zniesienia dyskryminacji rasowej, był laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, wygłosił słynne przemówienie "Miałem sen". Tyle.

W powszechnej świadomości King pozostaje historycznym odpowiednikiem postaci kreowanych często przez Morgana Freemana w filmach ku pokrzepieniu serc. Co roku w trzeci poniedziałek stycznia obchodzony jest w Stanach Dzień Martina Luthera Kinga. Święto wolne od pracy, obfitujące w marsze na rzecz równości, koncerty, msze i wyprzedaże pamiątek. Prawie jak poprawiny po gwiazdce, niewątpliwie równie pozytywne, ale i podobnie patetyczne, pozbawione głębszej myśli, sprowadzające osobowość pastora do miłego, dobrotliwego wujaszka ze świecznika, w blasku którego można się ogrzać i uspokoić sumienie. Trochę Mesjasz, trochę Disney.

Zmęczony własną legendą

Amerykański historyk Hampton Sides w książce "Ogar piekielny ściga mnie" zdejmuje z postumentu uświęconą figurę, uczłowiecza ją i demitologizuje. Utwór zaczyna się, rozwija i kończy jak thriller, choć przecież pozostaje przede wszystkim błyskotliwą, skrupulatnie udokumentowaną literaturą faktu. I mimo że autor koncentruje się na śmierci pastora, "Ogar..." również o życiu Kinga mówi więcej niż niejedna opasła biografia. Pozwala pojąć, że "swój udział w zbrodni z pewnością? miała kultura nienawiści, w 1968 r. równie intensywna jak dzisiaj".

Trudno uwierzyć, że do czasu "Selmy" z 2014 r. Hollywood nie poświęciło Kingowi żadnej dużej produkcji. Jedna z największych amerykańskich ikon pojawiała się głównie w poczciwych telewizyjnych serialach i landrynkowych bajkach pokroju "Naszego przyjaciela Martina", w którym dwaj chłopcy przenosili się w czasie do różnych stadiów jego życia. A jeśli już plany kinowej biografii się pojawiały, to skutecznie torpedowali je przewrażliwieni spadkobiercy wielebnego. Z tejże przyczyny swój projekt zarzucił Oliver Stone, który chciał pokazać słynnego działacza nie w ujęciu ikonicznym, lecz jak najbardziej przyziemnym, m.in. jako kobieciarza+ i alkoholika. Po wieloletnich kłopotach z realizacją "Memphis" (to tam King został zastrzelony 4 kwietnia 1968 r.) ostatecznie zrezygnował Paul Greengrass. Od samej "Selmy" z powodu różnic artystycznych odstępowali na rozmaitych etapach tacy twórcy, jak: Steven Spielberg, Michael Mann, Spike Lee czy Stephen Frears.

Na szczęście mało jeszcze wówczas utytułowana Ava DuVernay wyszła ze starcia z symbolem obronną ręką. Reżyserki nie interesował bowiem kolejny pomnik, lecz właśnie przytłoczony owym monumentem człowiek. W "Selmie" King siłą rzeczy znajduje się w centrum wydarzeń, ale pozostaje jedynie trybikiem w wielkiej machinie eksportującej idee jedności i solidarności na cały kraj. Film uwzniośla rolę bohatera zbiorowego w budowaniu nowego ładu społecznego, zarazem zdejmując nieco odpowiedzialności z barków umęczonej własną legendą jednostki.

I z podobnego założenia wychodzi książka "Ogar piekielny ściga mnie", z której masowy czytelnik prawdopodobnie po raz pierwszy ma okazję się dowiedzieć, że King w momencie, gdy został śmiertelnie postrzelony na balkonie motelu, ściskał w ręku papierosa mentolowego, schowanego naprędce przez najbliższego współpracownika - aby broń Boże nawet tak drobny szczegół nie rzucił się cieniem na nieskazitelny wizerunek. A co dopiero kochanka pastora, senator Georgia Davis Powers, znajdująca się w chwili zamachu ledwie kilka pokojów dalej.

Sztywniak chce się poddać

"Jesienią 1967 roku Martin Luther King był wyczerpany psychicznie. Ten trzydziestoośmiolatek od dwunastu lat bez chwili wytchnienia walczył o prawa obywatelskie. Jego życie nie należało do niego. Napięty do granic możliwości grafik, praca do późna w nocy i nieustanne podróże - jego sztabowcy nazywali to »wojną ze snem« - zrobiły swoje. Za dużo palił i pił, przybierał na wadze, zażywał tabletki nasenne, które nie skutkowały. Prawie codziennie grożono mu śmiercią. Jego małżeństwo się rozpadało. W wyniku krytyki wojny wietnamskiej stracił prawie wszystkich najważniejszych sojuszników w Waszyngtonie. Coraz więcej osób traktowało go jako niegdyś wybitnego przywódcę, którego czas minął", pisze Sides.

Pół biedy, że King nie był już mile widziany w Białym Domu, gdyż prezydent Lyndon Johnson ze swojej paternalistycznej pozycji postrzegał go jako zdrajcę, kogoś, komu dano palec, a ten chciał całą rękę - wielebnego najwyraźniej nie zadowalały przełomowe ustawy o prawach obywatelskich i prawie wyborczym, przeforsowane wespół z Johnsonem kilka lat wcześniej. Gorzej, że status Kinga pogarszał się nawet wśród swoich. Oczywiście wciąż cieszył się powszechnym szacunkiem, niemniej w 1967 r. po raz pierwszy od dekady nie trafił do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych Amerykanów w sondażu Gallupa. "Jego baza poparcia od kilku lat powoli się wykruszała. W 1965 r., kiedy pojawił się w Los Angeles podczas zamieszek w dzielnicy Watts, czarni go wygwizdali. Jego wizja pokojowych protestów znajdowała w gettach coraz mniej zwolenników. Wielu młodych ludzi nazywało go »Lordzik« i traktowało jako kaznodzieję z Południa, sztywniaka, który stracił kontakt z rzeczywistością". Tymczasem ruch Black Power pod wodzą młodych radykałów, jak Stokely Carmichael czy H. Rap Brown, rósł w siłę. Skądinąd analogicznie młodzi Afroamerykanie postrzegają Kinga dziś. Niektórzy działacze ruchu Black Lives Matter dumnie noszą jego wizerunek na koszulkach i sztandarach, ale inni odżegnują się od jego koncyliacyjnej, rzekomo bezproduktywnej wizji.

King miał przeświadczenie, że nie nadaje się do roli symbolu, przedstawiciela czarnej Ameryki. "Nigdy nie uważał się za właściwego człowieka na zajmowanym przez siebie miejscu". Chodziło mu po głowie, żeby porzucić ruch praw obywatelskich, bo przecież dosyć już zrobił i wycierpiał. "Od 1955 r., kiedy niechętnie zgodził się zostać rzecznikiem bojkotu autobusów w Montgomery, historia wzięła go za fraki i nie chciała puścić. Jego odwaga była zdumiewająca. Osiemnaście razy trafiał do więzienia. Jego dom obrzucano koktajlami Mołotowa. Obłąkana Murzynka dźgnęła go nożem, jakiś nazista uderzył go w twarz, raz dostał kamieniem w głowę. Brał udział w marszach w całym kraju, mając przeciwko sobie gaz łzawiący, psy policyjne, paralizatory i armatki wodne. Nie sposób zliczyć, ile razy spalono jego podobizny". Do tego bez przerwy deptało mu po piętach FBI pod wodzą nieprzejednanego J. Edgara Hoovera, a we znaki dawały mu się także komplikacje w życiu prywatnym.

Czarę goryczy przelały zamieszki w Memphis, ledwie dwa tygodnie przed śmiercią pastora. King brał udział w strajku lokalnych śmieciarzy, kiedy niespodziewanie czarna młodzież zaczęła plądrować sklepy, co doprowadziło do starć z policją. Owszem, marsze pastora zawsze przyciągały przemoc, działały jak magnes na rozmaitych rasistów czy członków Ku Klux Klanu palących kukły "czarnuchów". "Ale nigdy wcześniej się nie zdarzyło, żeby sprawcami przemocy okazali się uczestnicy marszu. Było to zjawisko nowe i niepokojące". Pastor zdał sobie sprawę, że wydarzenia w Memphis to woda na młyn dla jego krytyków. Ogarnęło go głębokie poczucie bezsilności. "Martin Luther King nie żyje. Jest skończony. Jego zasada biernego oporu jest do niczego, nikt się do niej nie stosuje. Nie łudźmy się. Ponieśliśmy potężną klęskę propagandową, jeśli chodzi o mój wizerunek i przywództwo", miał powiedzieć jednemu z doradców. I poniekąd miał rację, gdyż zaraz potem senator Robert Byrd z Wirginii Zachodniej nazwał go "człowiekiem, który wpędza innych ludzi w tarapaty, a potem ucieka jak spłoszony królik". Nawet zwykle przychylny wielebnemu "New York Times" uznał zamieszki w Memphis za "wielką kompromitację doktora Kinga".

Nie sposób zatem nie zauważyć, że w pewnym przykrym sensie kula zamachowca wybawiła Kinga od problemów. Zabiła nie tylko człowieka, lecz także wszelkie negatywne konotacje z nim związane. Unieśmiertelniła go. Czy gdyby przeżył, ostatecznie porzuciłby przywództwo w ruchu, jak planował? Czy potrafiłby przekazać pałeczkę młodym gniewnym? A może sam by się z czasem zradykalizował, stał własną karykaturą, jak, nie przymierzając, Lech Wałęsa i wiele innych symbolicznych postaci nieodnajdujących się w nowej rzeczywistości? Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nie cieszyłby się taką estymą, jak dziś. Ale i być może zapisałby się w masowej wyobraźni jako ktoś znacznie więcej niż jednowymiarowy pacyfista.

Rewolucjonista zapatrzony w model szwedzki

W popkulturze najczęściej portretuje się Kinga jako gołąbka pokoju w opozycji do anioła śmierci w skórze Malcolma X. Miłość kontra nienawiść, biblijne nadstawianie policzka kontra żądza zemsty. Tymczasem to, że King nie podzielał rozwiązań przemocowych, wcale nie oznacza, że nie rozumiał frustracji kumulowanej w gettach. Nie negował, jak mu się często przypisuje, ruchu Black Power czy Czarnych Panter, a jedynie odcinał się od radykalnych postulatów mogących w jego przekonaniu zaszkodzić legitymizacji całego ruchu praw obywatelskich w oczach białych. "Jeżeli nadal będą używać naszej uległości jako poduszki do własnego samozadowolenia, nasz gniew wzrośnie i nie będzie się czemu dziwić", mawiał o suprematystach z drugiej strony barykady. I choć nie zgadzał się z wieloma metodami Malcolma X, szczerze go podziwiał i dzielił z nim dumę ze swojej przynależności rasowej - rok przed śmiercią nosił nawet w klapie marynarki przypinkę z hasłem "Czarne jest piękne".

"Przez wiele lat - mówił - pracowałem nad reformą istniejących instytucji społecznych: trochę zmian tutaj, trochę zmian tam. Teraz podchodzę do tego zupełnie inaczej. Uważam, że musimy przebudować´ całe społeczeństwo, musimy doprowadzić do rewolucji wartości". W jego opinii Ameryka była społeczeństwem potrzebującym "radykalnej operacji chirurgicznej moralności". Zdarzało mu się nawet usprawiedliwiać zamieszki jako "objaw rozleglejszej choroby republiki". Według niego "rząd, zaprzątnięty Wietnamem, wyścigiem w kosmosie i innymi kosztownymi projektami wojskowo-przemysłowymi, nie chciał się zmierzyć z problemem fatalnych warunków panujących w gettach Ameryki". King uważał, że "ten brak empatii jest krótkowzroczny, ponieważ jeżeli nie zrobi się czegoś natychmiast, następnego lata wybuchną znacznie bardziej destrukcyjne zamieszki. Autentycznie się obawiał, że Ameryka może się pogrążyć w wojnie rasowej, która ostatecznie doprowadzi do przejęcia władzy przez skrajną prawicę i budowy quasi-faszystowskiego państwa policyjnego".

W pewnym sensie pastor okazał się zatem profetą, tak jakby przewidział nadejście epoki Donalda Trumpa. Tym bardziej że przekonywał, że część spośród fundamentalnych problemów Ameryki wiąże się z samym kapitalizmem. "Kinga od lat oskarżano o to, że jest utajonym komunistą, co było wierutną bzdurą, ale rzeczywiście od kilku lat grawitował ku jakiejś formie socjaldemokracji podobnej do skandynawskiej (koncepcję tę zainspirowała między innymi jego wizyta w Szwecji i Norwegii, gdzie w 1964 roku odebrał Pokojową Nagrodę Nobla)". Żądał stanowczego zaangażowania się władz w walkę z biedą, zwiększenia miejsc pracy, reformy służby zdrowia i systemu szkolnictwa, gwarantowanego dochodu minimalnego dla każdego obywatela. "Dobre i sprawiedliwe społeczeństwo - powiedział - nie jest ani teza? kapitalizmu, ani antytezą komunizmu, lecz społecznie wrażliwą demokracją, która godzi ze sobą prawdy indywidualizmu i kolektywizmu".

Tak że wbrew pozorom idee Kinga, o wiele bardziej zniuansowane, niż zwykło się to przyjmować, ani trochę się nie zestarzały. Nic dziwnego, że podczas kampanii prezydenckiej w 2008 r. pastora cytowali zarówno Barack Obama, jak i Hillary Clinton. Znamienne pozostają również niedawne słowa Bernice King, córki wielebnego, która zapytana o komentarz do obecnej rzeczywistości polityczno-społecznej odparła, że "Donald Trump dziś jest, jutro go nie będzie, a nasz naród wciąż ma wybór między chaosem a jednością, zupełnie jak za czasów mego ojca". Król żyje - nie ma wątpliwości.

@RY1@i02/2017/184/i02.2017.184.000002800.801.jpg@RY2@

fot. Everett Collection/East News

David Oyelowo jako Martin Luther King w filmie "Selma"

@RY1@i02/2017/184/i02.2017.184.000002800.802.jpg@RY2@

"Ogar piekielny ściga mnie" Hamptona Sidesa ukazał się nakładem wydawnictwa Czarne w tłumaczeniu Tomasza Bieronia

Piotr Dobry

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.