Nowe technologie? Tylko nie to
Chyba nikt nie ma wątpliwości, że postęp technologiczny znacząco wpływa na jakość naszego życia. Lodówki chłodzą dziś jedzenie lepiej niż 15 lat temu i nie trzeba co tydzień poświęcać połowy dnia na zeskrobywanie z ich ścianek lodu. Odkurzacze mają większą siłę ssania i dzięki filtrom nie wyrzucają przez wylot powietrza wszystkiego, co przed chwilą wciągnęły. Ekspresy parzą świetną kawę w idealnej temperaturze oraz spieniają mleko, w związku z czym nie musimy biegać do kawiarni za rogiem po kubek ulubionej latte. Telefony robią świetne zdjęcia, nawigują, odbierają e-maile i mają procesory, jakie kilka lat temu spotykano wyłącznie w laptopach, co sprawia, że nie potrzebujemy już laptopów, aparatów i nawigacji. A telewizja cyfrowa? Wyświetla obraz ostry jak brzytwa, pozwala na nagrywanie ulubionych programów, gdy nie ma nas w domu, i podpowiada, że warto mieć pod ręką parasol albo krem do opalania.
Bez dwóch zdań wszystko to pozwala nam zaoszczędzać mnóstwo czasu, a także sporo pieniędzy. Ale tylko do momentu, gdy się nie schrzani, nie zabraknie prądu albo nie trzeba będzie tego zaprogramować. Wtedy okazuje się, że wszystkie oszczędności szlag trafił.
Po każdej burzy w moim domu nie ma prądu. Gdy już wyjątkowo niekomunikatywni ludzie z PGE (mniemam, że to skrót od Przedsiębiorstwo Gburów i Egocentryków) wypompują wodę z rozdzielni ulicę obok i wraca energia, cała chałupa zaczyna się zachowywać jak salon gier - wszystko piszczy, buczy, mruga i miga, domagając się uwagi. Trzeba zaprogramować godziny, temperatury, daty, wymiary i jeszcze to, śmo i owo. Oczywiście mógłbym to olać, ale wówczas piec będzie podgrzewał wodę o północy (kiedy nikt jej nie potrzebuje). Za to o 8 rano moja żona będzie musiała myć włosy w zimnej wodzie, co sprawi, że równie chłodno będzie się do mnie odnosiła przez resztę tygodnia.
Jeśli zaś nie ustawię poprawnie godziny w dekoderze i nie odświeżę listy kanałów, to zamiast "Psiego patrolu" z kanału Nick Junior, na dysku nagra się "Patrol suczek" z kanału Blue Hustler. Sami rozumiecie, w jak kłopotliwej sytuacji bym się wówczas znalazł. A skoro jesteśmy przy telewizji, to niedawna burza nie tylko wyłączyła prąd w domu, ale także przestawiła antenę satelitarną. Dawniej w takiej sytuacji wystarczyło wejść na dach i pomajtać nią, aby obraz wrócił. Niestety, obecnie nic w ten sposób nie wskóracie. Musiałem zadzwonić po fachowca, który przyjechał z czymś w rodzaju laptopa, podłączył to do anteny i zaczął ustawiać z precyzją godną chirurga naczyniowego. Monter wytłumaczył mi, że technologia HD wymaga skierowania anteny na satelitę znajdującego się na orbicie z dokładnością do mikrometra. A następnie skasował mnie na 150 zł i odjechał.
Obawiam się, że nie lepiej jest z autami. Wyposaża się je obecnie w mnóstwo przydatnych funkcji, jak automatyczne hamowanie w sytuacji zagrożenia, inteligentne tempomaty, dostęp do internetu, funkcje masażu w fotelach, multimedialne zegary, wyszukiwarkę stacji benzynowych czy restauracji, nawigacje oparte na zdjęciach satelitarnych etc. Brzmi to nowocześnie, ale niestety rodzi też mnóstwo problemów. Dawniej, gdy odbierałem samochód do testów, po prostu brałem kluczyki do niego, wsiadałem i odjeżdżałem. Teraz, zanim ruszę, muszę najpierw sprawdzić w instrukcji obsługi, jak zwalnia się hamulec ręczny. Zawsze miał postać wajchy między fotelami, ale ktoś wpadł na pomysł, że od teraz będzie to przycisk wielkości łebka od szpilki umieszczony pod kierownicą. Gdy w końcu go odnajdziecie, będziecie już bardzo spóźnieni na ważne spotkanie. I to właśnie dlatego nowe auta muszą mieć tak dużo koni mechanicznych - żebyście zdążyli.
Obecnie nawet zmiana stacji radiowej w nowoczesnym aucie wymaga wejścia do menu komputera, następnie do podmenu do menu, a później jeszcze do podmenu do podmenu do menu. Nie żartuję i daję konia z rzędem temu, kto pierwszy raz wsiądzie do jakiegoś nowego BMW i intuicyjnie, od ręki, bez głębszego zastanowienia włączy swoją ulubioną stację radiową. To samo tyczy się nowych mercedesów, renault, volkswagena, fordów, citroenów etc. W każdym z tych aut znajdziecie obecnie mnóstwo nowoczesnej technologii, ale żeby móc w pełni z niej korzystać, będziecie musieli najpierw skończyć trzyletni fakultet z informatyki stosowanej. Zaś jeśli się wam to nie uśmiecha, powinniście iść prosto do salonu Suzuki.
Jeździłem przez ostatnich kilka dni modelem SX4 S-Cross i jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak prosty w obsłudze samochód udało się stworzyć Japończykom w XXI w. I to pomimo faktu, że wyposażono go we wszystko, co powinno mieć nowoczesne auto tej klasy, łącznie z tempomatem adaptacyjnym i systemem automatycznego awaryjnego hamowania. Większość rzeczy obsługuje się tu sprawdzonymi przyciskami i pokrętłami. Czytelnymi, prostymi, intuicyjnymi. Chcecie podnieść temperaturę klimatyzacji? Spokojnie, nie musicie szukać odpowiedniej funkcji w tablecie wmontowanym w deskę rozdzielczą, jak w renault megane. Wystarczy, że przekręcicie pokrętło. Możecie to zrobić z zamkniętymi oczami. Trzeba zaciągnąć ręczny? Robi się to w najlepszy z możliwych, całkowicie niezawodny sposób: pociąga do góry rączkę umieszczoną między fotelami.
S-Cross to pierwsze od bardzo dawna auto, do którego wsiadłem i po trzech sekundach miałem już wszystko ustawione, przygotowane i mogłem ruszać w drogę. Owszem, nawigacja i radio to tak naprawdę mały dotykowy tablet z nieco staroświecką grafiką, ale przynajmniej bezbłędnie traficie palcem w każdy umieszczony na ekranie punkt. Chcecie przełączyć stację radiową? To dwa proste kliknięcia. A jeśli zrezygnujecie z nawigacji, to dostaniecie normalne radio z prawdziwymi pokrętłami i przyciskami, z obsłużeniem których nie będziecie mieli najmniejszych problemów, nawet jeżeli jesteście niewidomi i macie 85 lat.
Fakt, że suzuki jest banalne w obsłudze, nie oznacza, że jest staroświeckie czy czegoś mu brakuje. Wygląda dobrze, ma przyzwoite materiały we wnętrzu i wszystko solidnie poskręcane. Ponadto jest ciche przy autostradowych prędkościach, ma porządne zawieszenie, przestronną kabinę, wygodne fotele etc. Do tego dochodzi bardzo dobry, sprawdzony i niezawodny napęd na cztery koła z kilkoma trybami pracy i 18 cm prześwitu. To pozwoli wam nie tylko wjechać w lżejszy teren, ale także - co znacznie ważniejsze - z niego wyjechać.
Na deser zostawiłem silnik - to jedna z najlepszych jednostek benzynowych o pojemności 1,4 l, jakimi jeździłem. Po pierwsze, bardzo równomiernie rozwija moc. Po drugie, sprawia wrażenie bardziej dynamicznej, niż wskazują na to dane techniczne (10 sek. do setki). I po trzecie, realne spalanie na poziomie 6,5 do 7 l w mieście oraz podczas jazdy autostradą to fantastyczny wynik w przypadku niemałego crossovera z napędem na cztery koła.
W świecie, w którym jesteśmy kuszeni telewizorami w rozmiarze wagonu kolejowego, telefonami, którymi z powodzeniem można zrobić zdjęcie na okładkę "National Geographic", i autami, które tak naprawdę są już laptopami na kołach, SX4 S-Cross wydaje się być czymś w rodzaju maszynki do mięsa. To chyba jedyny sprzęt domowy, który oparł się modzie na dorzucanie ekranów dotykowych, procesorów i podłączanie do internetu. I właśnie dlatego nadal doskonale spełnia swoje zadanie, jest niezawodny i nie wydaje z siebie dziwnych odgłosów, gdy zabraknie prądu.
Suzuki po prostu dowiodło, że proste i sprawdzone rozwiązania pod wieloma względami nadal są najlepsze. Nie oznacza to jednak, że nie mogą być atrakcyjne. Prawie tak bardzo, jak program z Blue Hustlera, który wczoraj po burzy nagrał mój dekoder... ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/155/i02.2017.155.00000330a.801.jpg@RY2@
fot. mat. prasowe
@RY1@i02/2017/155/i02.2017.155.00000330a.802.jpg@RY2@
Łukasz Bąk
szef sekretariatu redakcji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu