Skandalista mimo woli
ART HOUSE "Cmentarz wspaniałości", najnowszy film Apichatponga Weerasethakula, wchodzi na ekrany polskich kin
Apichatpong Weerasethakul buduje swój status filmowego autora od lat, ale większość kinomanów usłyszała o nim po raz pierwszy w 2010 r. Wtedy to tajski reżyser pozostawił w pokonanym polu twórców pokroju Mike’a Leigh czy Abbasa Kiarostamiego i otrzymał Złotą Palmę w Cannes za film "Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia". Werdykt jury został wówczas skrytykowany i uznany za fanaberię przewodniczącego Tima Burtona. Czas pokazał jednak, że zarzuty okazały się bezpodstawne, a Weerasethakul na każdym kroku potwierdza swój nieprzeciętny talent. Nie inaczej dzieje się także w świetnym "Cmentarzu wspaniałości" stanowiącym kolejną w dorobku reżysera podróż na pogranicze rzeczywistości i fantazji.
Weerasethakul bywa zaliczany do twórców nurtu slow cinema, lecz jednocześnie odznacza się cechami pozwalającymi mu przekraczać jego ograniczenia. W przeciwieństwie do większości zakorzenionych we wspomnianej estetyce filmowców tajski reżyser dysponuje chociażby ujmująco nonszalanckim poczuciem humoru. W swoim najnowszym filmie twórca "Wujka Boonmee" potwierdza także reputację artysty lubującego się w łączeniu przeciwieństw. W "Cmentarzu..." intymna perspektywa współgra na przykład z wyraźnym zaangażowaniem politycznym. Historia grupy żołnierzy cierpiących na tajemniczą odmianę śpiączki bywa interpretowana jako metaforyczny obraz współczesnej Tajlandii. Odczytanie to wydaje się uprawnione o tyle, o ile sprawujące władzę w kraju wojsko od lat jest krytykowane za nieumiejętność uspokojenia napięć na tle społecznym i etnicznym.
Krytyczny stosunek do sytuacji w ojczyźnie połączony z otwartym przyznawaniem się do homoseksualizmu sprawia, że Weerasethakul nie należy do ulubieńców tajskich polityków. Mając tę świadomość, reżyser dba o artystyczną niezależność i sam pełni funkcję producenta swoich dzieł. W takich warunkach powstał już fabularny debiut twórcy "Wujka..." - "Skrajne żądze". Nagrodzony w canneńskiej sekcji Un Certain Regard film wpisywał nietypową historię miłosną w kontekst trudnego losu prześladowanych przez tajskie władze myanmarskich imigrantów. Bardziej niż wątki polityczne rodaków reżysera oburzyła jednak swoboda obyczajowa opowieści, objawiająca się chociażby w ostentacyjnym eksponowaniu męskiej nagości. Z tego tytułu film trafił na tajskie ekrany w wersji skróconej o 10 minut i stanowił pierwszy akt niekończącej się bitwy Weerasethakula z krajową cenzurą.
Krytykowany w ojczyźnie reżyser zaczął cieszyć się coraz większą popularnością za granicą. Swój kolejny film, łączącą sugestywną cielesność z perspektywą metafizyczną "Tropikalną gorączkę", mógł prezentować już w konkursie głównym festiwalu w Cannes. Choć dzieło to spotkało się z raczej sceptycznymi reakcjami krytyków, zostało uhonorowane Nagrodą Jury, a komplementami obsypał je sam Quentin Tarantino.
W późniejszej fazie twórczości Weerasethakula charakteryzująca go dotychczas skłonność do prowokacji zaczęła słabnąć na rzecz delikatnego sentymentalizmu. Właśnie taki nastrój unosił się choćby nad "Światłem stulecia" z 2006 r. Reżyser opowiedział w nim historię pary lekarzy, którzy w pierwszej części filmu zmagają się z trudami otaczającej rzeczywistości, a w drugiej, rozgrywającej się wiele lat wcześniej, zostają przedstawieni w początkowej fazie swego związku. W "Świetle stulecia" Weerasethakul nie tylko opowiedział uniwersalną historię o mechanizmach pracy pamięci i sposobach radzenia sobie z przemijaniem, lecz także sięgnął po motywy autobiograficzne. Tajski twórca zadedykował film swoim rodzicom i nie ukrywał, że właśnie oni posłużyli mu za inspirację do stworzenia postaci głównych bohaterów.
Choć "Światło stulecia" na tle wcześniejszych dokonań reżysera wydaje się filmem niewinnym, i tak sprowokowało interwencję cenzury. Urzędnicy zgłosili zastrzeżenia do czterech scen, w tym do tej, w której dwójka lekarzy podczas dyżuru całuje się oraz spożywa alkohol. Mimo protestów Weerasethakula film wszedł na tajskie ekrany w okrojonej wersji i przyczynił się do utrwalenia wizerunku reżysera jako skandalisty.
Wątki osobiste pojawiły się także w najnowszym filmie tajskiego twórcy. W "Cmentarzu wspaniałości" Weerasethakul powraca do swej rodzinnej wioski, a lwią część akcji umieszcza w scenerii szpitala. Wbrew pozorom na ekranie nie sposób odczuć atmosfery nostalgicznego ciepła. Zamiast niej dominuje w "Cmentarzu...." nastrój schyłku, niepewności i melancholii. W związku z tym nie brakuje głosów, że najnowszy film Weerasethakula stanowi ze strony reżysera akt pożegnania z ojczyzną i zapowiedź rychłej emigracji. Jeśli faktycznie tak się stanie, Tajlandia dołączy do niechlubnej listy krajów, w których doraźne polityczne rozgrywki okazały się ważniejsze niż wybitna sztuka.
@RY1@i02/2017/029/i02.2017.029.19600030c.801.jpg@RY2@
fot. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Kadr z filmu "Cmentarz wspaniałości"
Piotr Czerkawski
@RY1@i02/2017/029/i02.2017.029.19600030c.802.jpg@RY2@
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu