Hołd dla przedwojennych szyderców
Uczestnicy debaty publicznej w Polsce mogą dziś co najwyżej pozazdrościć talentu i stylu międzywojennym publicystom, którzy z oczerniania swoich politycznych wrogów uczynili dzieło sztuki
Bądź przekonany: jeżeli o kimś mówisz źle – zawsze ci uwierzą” – twierdził Tadeusz Dołęga-Mostowicz. Na potwierdzenie tezy autora „Kariery Nikodema Dyzmy” można znaleźć tysiące dowodów. Zwłaszcza w ostatnich dwóch dekadach, od kiedy w Polsce starły się w boju dwie prawicowe partie. Zmaganiom tym towarzyszy publicystyczna walka, w której najlepsze pióra z obu obozów wspierają swoich faworytów i usiłują dopiec drugiej stronie. Od kilku lat retoryczną wojnę polsko-polską ubarwia lewica, przeżywająca reaktywację ideową i polityczną po chudych latach. W sumie nie dzieje się nic nadzwyczajnego – gorące spory są naturalną rzeczą w państwach, które nie odbierają obywatelom owego cennego dobra, jakim jest wolność słowa. Jednak w polskiej polemicznej młócce czegoś brakuje. Ten brak można by zdefiniować jako deficyt polotu. Cechy, która sprawia, że nawet z okazywania pogardy wrogom politycznym da się uczynić dzieło sztuki. Zatęsknić za tym można dopiero wówczas, gdy sięgnie się po dzieła dawnych mistrzów.
Poeci marszałka
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.