Inkwizycja... dla każdego
Anna Karbownik: Prawo, szczególnie karne, było moim powołaniem, ale do pisania zawsze ciągnęło mnie najbardziej
Kiedy postanowiła pani zmienić zawód i zacząć pisać?
Pisanie było moją wielką pasją, odkąd pamiętam. Właściwie od 11. roku życia wiedziałam, że chcę to robić. Ciągle chodziłam gdzieś z kartką i długopisem i coś w głowie powstawało. Jako dziecko miałam bardzo bujną wyobraźnię...
To dlaczego zdecydowała się pani pójść na prawo?
Zdawałam sobie sprawę, że bardzo trudno jest żyć tylko z pisania, zwłaszcza na początku, dlatego zdecydowałam się zdobyć jakiś zawód i dopiero potem myśleć o rozwijaniu pasji. Bo to, że ostatecznie i tak spróbuję sił w pisaniu, było dla mnie oczywiste. Prawo mi się podobało, zwłaszcza kryminalistyka. Było to także marzenie mojego ojca, żebym została prawnikiem. Pomysł wyboru kierunku studiów powstał, gdy byłam mniej więcej w drugiej klasie w liceum. Zdawałam egzaminy i dostałam się na Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
I jak dalej potoczyła się pani kariera prawniczki?
Skończyłam studia i zdawałam na aplikację prokuratorską. Ukończyłam trzyletnią aplikację, a następnie asesurę. Potem wpisałam się na listę adwokatów Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Początkowo, jeszcze na studiach, bardzo chciałam być prokuratorem, bo kochałam karnistykę. Pisałam pracę magisterską z postępowania karnego i wyobrażałam sobie, że w zawodzie prokuratora najpełniej zrealizuję moje zainteresowania. Praca w nim na pewno nie jest monotonna, jednak po trzech latach w prokuraturze zdecydowałam się spróbować swoich sił po drugiej stronie sali sądowej jako adwokat. Przez kolejne cztery lata prowadziłam własną kancelarię.
I dalej specjalizowała się pani w sprawach karnych?
W głównej mierze, ale zaczęłam także pracować z klientami przy sprawach medycznych. I powiem szczerze, że prawo medyczne tak mi się spodobało, że właściwie zdominowało profil mojej kancelarii. Z czasem stworzyłam spółkę z koleżanką i ona zajmowała się prawem cywilnym i rodzinnym, a ja sprawami karnymi i medycznymi. Myślę, że dzisiaj to właśnie do prawa medycznego mam największy sentyment.
To ciekawa wolta – od prokuratora do adwokata. Trzeba zupełnie zmienić myślenie.
Tak, ale dla mnie przejście nie było wcale bolesne. Na początku wydaje się, że trzeba wszystko zmienić, ale w rzeczywistości praca w prokuraturze bardzo ułatwiła mi później bycie adwokatem w sprawach karnych. Przede wszystkim dlatego że wiedziałam, jak funkcjonuje prokuratura i jak myśli prokurator prowadzący sprawę. Wiedziałam, kto za co odpowiada, jak wygląda obieg pism itd. Nie błądziłam. Po sześciu latach doświadczenia w prokuraturze miałam ułatwioną pracę obrońcy. Jako prokurator bardzo dużo chodziłam na rozprawy, więc zdobyłam praktykę, która przydała się potem w adwokaturze. Ale przyszedł taki moment w moim życiu, że postanowiłam spróbować czegoś innego. Chciałam zrealizować swoją ogromną pasję: pisanie. Wiedziałam, że jeśli przynajmniej nie spróbuję, czy to ma sens, będę żałować całe życie. A ja lubię stawiać przed sobą cele i podejmować nowe wyzwania. Ciągle muszę działać. Dlatego odeszłam z zawodu adwokata i zajęłam się pisaniem.
Czyli nie żałuje pani odejścia z kancelarii?
Nie. To była przemyślana i dojrzała decyzja. Pisanie sprawia mi ogromną radość i daje olbrzymią satysfakcję. Poza tym nie porzuciłam prawa na zawsze. To, powiedzmy, taki urlop od zawodu prawnika. Nie wykluczam powrotu do adwokatury za jakiś czas. Możliwe także, że spróbuję sił w innym zawodzie prawniczym. Teraz jednak piszę i realizuję swoje wielkie marzenie. O prawie nie zapominam, cały czas jest mi bliskie, lubię je i wykorzystuję w pisaniu, bo jest ciekawe.
Myśli pani, że prawo to na tyle wszechstronny kierunek, że można wykorzystać zdobytą wiedzę na wielu polach? Powszechnie prawnik kojarzy się stricte z kancelarią, z sądem...
Myślę, że wykształcenie prawnicze jest wykształceniem ogólnym, wszechstronnym i można wykonywać wiele zawodów po tym kierunku. Otwiera umysł na różne dziedziny. Ja bardzo dużo wyniosłam ze studiów. Idąc na prawo, nigdy nie sądziłam, że te studia tak bardzo pomogą mi właśnie w pisaniu! Bo w końcu co ma wspólnego literatura piękna z kodeksem cywilnym? A jednak uważam, że nie da się przecenić tych studiów. Piszę beletrystykę, ale sięgam do tematów prawniczych. Dobrze czuję się w historii prawa, to jest bardzo ciekawy temat. Piszę powieści historyczne, więc sięgam do historycznych procesów sądowych. Poza tym studia prawnicze wykształcają w człowieku bardzo dobry warsztat językowy. Jest to język precyzyjny, dokładny, konkretny, który bardzo ułatwia potem pisanie literatury.
Czy zatem studenci powinni więcej pisać?
Nie. Tak dalekich wniosków bym nie wysuwała. Te studia mają przede wszystkim przygotować do wykonywania zawodu prawnika, a to, jaką podejmiemy po nich drogę zawodową i jak wykorzystamy zdobyte umiejętności, zależy tylko od nas. Niemniej studia te, poza ogromem wiedzy, którą z nich wynosimy, poszerzają także horyzonty.
A co było inspiracją do książek o inkwizycji?
Inspiracja była dwutorowa. Pierwszą był temat trylogii „Czarna legenda”, czyli tło historyczne – czasy hiszpańskiej inkwizycji. Nie pamiętam, skąd wzięło się moje zainteresowanie tym tematem, ale inkwizycją interesowałam się od zawsze. Fascynowały mnie procesy, metody śledcze, kary. Już w liceum wybrałam ten temat na kanwę mojej przyszłej powieści, na tło historyczne, w czym bardzo pomógł mi tekst opowiadania Edgara Allana Poe „Studnia i wahadło”. Miałam wtedy 15 czy 16 lat i oczywiście byłam za młoda, żeby pisać powieść, ale to pragnienie gdzieś się we mnie pojawiło. A drugim impulsem, myślę, że dużo ważniejszym, od którego zaczęły się moje bardzo konkretne pracę nad książką, było spotkanie pierwowzoru głównego bohatera.
Możemy poznać tego głównego bohatera trylogii?
Na czwartym roku studiów spotkałam niesamowicie interesującego człowieka, dzięki któremu stworzyłam sędziego Armanda Castellano de Corell, inkwizytora Hiszpanii. W lutym 2003 r. przyszłam na pierwszy w semestrze wykład z prawa handlowego, który prowadził prof. Andrzej Kidyba. Ponieważ profesor na uczelni miał opinię bardzo wymagającego i surowego egzaminatora, zdążyłam się już do czasu tego pierwszego wykładu nasłuchać czarnych opowieści o nim – czarnej legendy. Na wykładzie zobaczyłam jednak kogoś zupełnie innego, kogoś o wiele bardziej wielowymiarowego i wszystkie te opowieści nijak nie pasowały mi do osoby, która stała przede mną na katedrze. Od tego momentu ruszyły bardzo konkretne i intensywne prace nad powieścią, czyli zbieranie materiałów, budowanie fabuły i postaci. W moim zamyśle Armand jest postacią, która budzi różne emocje. Czasami go nie rozumiemy i wydaje nam się, że jego zachowanie jest okrutne, bo jest skutecznym inkwizytorem. Z drugiej strony Armand pomaga ludziom, ratuje życie. Czytelnik sam będzie musiał dokonać oceny tej postaci.
Uważa się teraz, że uczelnia to tylko taśmowe zdawanie egzaminów, że już nie ma miejsca na relację mistrz–uczeń.
Z pewnością jest grupa ludzi, którzy traktują dzisiaj wszystko powierzchownie. Ja cudownie wspominam swoje studia, seminarium magisterskie i pracę w klinice prawa. Mieliśmy świetny kontakt z profesorami. Podczas aplikacji prokuratorskiej, gdzie zajmowaliśmy się także prawem handlowym, było widać różnicę w podejściu do tematyki prawa handlowego i w zakresie wiedzy pomiędzy aplikantami, którzy ukończyli UMCS, a aplikantami z innych uczelni na korzyść absolwentów UMCS. Zatem naprawdę bardzo dużo wynosi się ze studiów, często nieświadomie, ale korzystamy z tego potem wiele lat, wykonując zawód prawniczy.
Do kogo skierowana jest powieść?
Do każdego, kto lubi tajemnice historii czy historię w ogóle. Wiem, że powieści historyczne mają trochę złą sławę. Dlatego chciałam, żeby moje książki czytało się lekko i przyjemnie. Żeby czytać o bohaterach, a w tle dostawać porcję historii, w zasadzie nie zdając sobie z tego sprawy. Wydaje mi się także, że moje książki zainteresują miłośników prawa. Przede wszystkim dlatego, że opisuję proces inkwizycyjny i to bardzo dokładnie. Można zobaczyć w powieści, jak wyglądała cała procedura przed trybunałem – od organizacji kancelarii i wpłynięcia doniesienia, przez cały proces: aresztowanie, przesłuchania, tortury, dowody, po wyrokowanie i kaźń na stosie. Myślę, że dla prawników może to być ciekawe. Oczywiście o samym procesie opowiada narrator, który nie jest prawnikiem, dlatego język jest przystępny także dla laika. Poza tym główny bohater jest sędzią inkwizytorem i poznajemy jego pracę bardzo dokładnie, towarzysząc mu na co dzień niemal krok w krok.
Ale to nie tylko wciągająca fabuła...
Historia lubi się powtarzać, a pewne mechanizmy są stałe. „Archanioł”, czyli pierwsza część trylogii, to powieść o tym, jak rodzi się system totalitarny. W spokojnych czasach dobrobytu nagle pojawia się człowiek, któremu przychodzi do głowy stworzenie państwa w państwie. Inkwizycja hiszpańska była pierwszym systemem totalitarnym na świecie, tyle że z ideologią religijną. Druga część, „Akt wiary”, pokazuje mechanizmy działania systemu, sposób jego implementowania i życie codzienne w państwie religijnym. Uważam, że władza i religia powinny być rozdzielone, bo skutki ich łączenia bywają tragiczne. Jest wiele podobieństw między tym, co wprowadzał Torquemada i co później działo się w nazistowskich Niemczech. Polityka segregacyjna prowokowała pogromy na Żydach i zakończyła się ich exodusem z Hiszpanii w 1492 r., o czym opowiada dwutomowa część trzecia trylogii, czyli „Spowiedź”. Tak naprawdę wprowadzenie systemu totalitarnego może przyjść niemal niezauważalnie. Co więcej, możemy entuzjastycznie za tym optować, nie zdając sobie sprawy, że ograniczamy własną wolność. ©℗
Książki z serii „Czarna legenda” ukazały się nakładem Wydawnictwa Enterprise. Cały wywiad na gazetaprawna.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu