Covidowcy drugiego obiegu
Na rynku jest wysyp komercyjnych testów, którymi można sprawdzić, czy ma się koronawirusa. Za jeden trzeba zapłacić 500–600 zł, ale niektóre firmy mówią wprost, że nie biorą odpowiedzialności za wynik
fot. Arkadiusz Stankiewicz/Agencja Gazeta
Wątpliwości budzi korespondencyjna metoda pobierania próbek
Pierwsza komercyjna oferta pojawiła się w marcu – w Polsce nie było jeszcze żadnego potwierdzonego przypadku zakażenia. Działały tylko dwa laboratoria (obecnie jest ok. 80) – Państwowy Zakład Higieny oraz laboratorium w szpitalu zakaźnym w Warszawie – które obok badań publicznych uruchomiły działalność komercyjną. Trwało to jednak tylko kilkadziesiąt godzin. Przetestowano kilkanaście osób, potem przyszedł zakaz z resortu zdrowia. Powód? Obawiano się, że nie wystarczy testów dla potrzebujących z objawami. Teraz oferta prywatna wróciła.
Największym problemem jest to, w jaki sposób traktować wyniki. Obecnie każdy pozytywny przypadek (jeżeli test jest robiony publicznie) raportowany jest do sanepidu. Ten zaś ma obowiązek „izolować” taką osobę i dotrzeć do innych, które miały z nią kontakt. W konsekwencji ich także objąć kwarantanną. Za złamanie tych ograniczeń grozi nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych kary. Osoba z testem zrobionym komercyjnie – może wypaść z oficjalnego obiegu. Wszystko zależy od lokalnej umowy firmy z sanepidem, ponieważ centralnych przepisów brak.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.