Tylko pozornie prezes NFZ ma rację
Ma o tym świadczyć nasze uporczywe domaganie się lepszej wyceny świadczeń zdrowotnych, finansowanych przez NFZ. Jego natomiast zdaniem, w kontekście zmniejszających się wpływów ze składki do NFZ, nikt już o słuszności 51 zł nie powinien dyskutować, bo wiadomo, że skoro Fundusz nie ma środków, to ich po prostu nie wyda. Dalej pan prezes, powołując się na wyrok sądu stwierdza, że jest rzeczą oczywistą, iż NFZ, jako płatnik, dysponujący ograniczoną ilością środków i zobowiązany do jak najpełniejszego zaspokojenia potrzeb zdrowotnych obywateli ma prawo do ustalania takich cen za świadczenia zdrowotne, które pozwolą Funduszowi się zbilansować, a świadczeniodawcom nie pozostaje nic innego, jak tylko dostosować się do tego.
Pozornie prezes NFZ ma rację. Podobnie jak pozornie rację mieli przywódcy PRL, gdy w 1980 roku, przekonywali strajkujących robotników, że Polski nie stać na spełnienie ich żądań płacowych. Faktycznie, w ówczesnym ustroju żądania te były nie do spełnienia. I tutaj dochodzimy do istoty naszego sporu z prezesem NFZ. Stoi on bowiem na stanowisku, że obecny system opieki zdrowotnej jest nienaruszalny w swoich zasadniczych elementach i wszelka dyskusja o funkcjonowaniu służby zdrowia w Polsce musi mieścić się w obecnych realiach prawnych i ekonomicznych. Nie przyjmuje on do wiadomości, że realia te nie wynikają z jakiejś obiektywnej prawdy, ale są skutkiem założeń przyjętych przez polityków. Zgodnie z nimi NFZ za ograniczoną i niewielką ilość środków musi bezpłatnie zagwarantować wszystkim obywatelom nieomal nieograniczony zakres świadczeń medycznych. Jednocześnie musi się zbilansować. Jest oczywiste, że w takiej sytuacji NFZ musi określać maksymalne ceny za świadczenia zdrowotne i to na takim poziomie, aby wydatki Funduszu nie przekroczyły jego przychodów, nawet jeżeli ceny te są niższe niż niezbędne koszty określonych świadczeń. NFZ musi też ustalać maksymalną liczbę (limity) świadczeń, za które zapłaci świadczeniodawcom, nawet jeśli powoduje to, że niektórzy pacjenci umierają, czekając na leczenie w kolejce. Przy założeniu nienaruszalności głównych zasad obecnego systemu opieki zdrowotnej prezes NFZ ma rację.
My jednak nie przyjmujemy obecnego ustroju ochrony zdrowia za rzecz niezmienną. Nie godzimy się zatem na to, aby nasze oczekiwania były dopasowane do realiów prawnych i ekonomicznych stworzonych przez polityków. Odwrotnie, chcemy, aby system opieki zdrowotnej zbudować tak, aby odpowiadał on oczekiwaniom pacjentów i lekarzy. Jest to możliwe i OZZL wielokrotnie przedstawiał, jak to zrobić. Oczywiście oznaczałoby to rezygnację z kilku podstawowych zasad, na których opiera się obecny system. Trzeba by np. zrezygnować z całkowitej bezpłatności leczenia, czyli wprowadzić współpłacenie przez pacjentów za niektóre świadczenia zdrowotne. Trzeba by zrezygnować z tzw. konkursu ofert, który służy w istocie całkowitemu podporządkowaniu sobie świadczeniodawców przez NFZ. Zamiast tego należałoby wprowadzić zasadę polegającą na tym, że Fundusz płaci za określone świadczenie ustaloną kwotę refundacji, a pacjent sam wybiera sobie świadczeniodawcę, u którego się leczy, pokrywając ewentualną różnicę między kwotą refundacji a rzeczywistą ceną za świadczenie. Trzeba by w końcu zwiększyć kwotę środków publicznych przeznaczanych na lecznictwo. Obecnie wynosi ona ok. 4 proc. PKB i jest najmniejsza w całej Europie.
Zdaję sobie sprawę, że dla polityków wprowadzenie takich zmian jest bardzo trudne. Również dla prezesa NFZ obecna sytuacja jest wygodna. Zachowuje się on jak klient, który przychodzi do sklepu, wybiera, co chce i w jakiej chce ilości, a płaci tylko tyle, ile ma pieniędzy, odsądzając przy tym od czci i wiary sklepikarza, który się przeciw temu buntuje. Kto chciałby rezygnować z takiej pozycji?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.