Dziennik Gazeta Prawana logo

Świąteczna babcia, czyli szpitalna przechowalnia staruszków

27 czerwca 2018

Zdrowie

Sędziwi, schorowani i niesamodzielni członkowie rodzin są dla nich tak dużym obciążeniem, że te "podrzucają" ich do szpitali. Lekarze przyznają, że problem nie jest nowy, ale wyraźnie się nasila. Szczególnie w okresie świątecznym.

W krakowskim szpitalu im. Dietla w tym roku jest 30 osób, które - z medycznego punktu widzenia - mogłyby wrócić do domu. Nie wracają, bo rodziny nie chcą ich zabrać. Dyrektor placówki Andrzej Kosiniak-Kamysz szacuje, że ostatnio takich przypadków przybyło o co najmniej 20 proc. - Musiałem wcześniej wrócić z urlopu, bo lekarze przestali radzić sobie z problemem. Dzwonię więc po rodzinach, szukam miejsc w ośrodkach opiekuńczo-leczniczych - mówi. Sprawa jest pilna. Szpital musi zwolnić miejsca, bo podczas świąt jest dużo nagłych przyjęć i trzeba być na to przygotowanym.

Rodziny często mówią wprost: chcą odpocząć przez święta. Jedni biorą na litość, inni zaczepnym tonem pytają, czy pacjent jest zdrowy. - A wiadomo, że osoba starsza zawsze ma jakieś kłopoty ze zdrowiem. Więc rodziny straszą, że zadzwonią do prawników i mediów opowiedzieć, jak wyrzucamy chorych ze szpitala i narażamy ich życie - opowiada dyrektor. Dodaje, że kiedyś było to charakterystyczne zachowanie dla ludzi z miasta. Ale teraz upada także wiejska tradycja opiekowania się starszym pokoleniem. - Przyjeżdża trójka rodzeństwa ze wsi i kłócą się, bo żadne nie chce wziąć mamusi pod opiekę - ciągnie opowieść.

Scenariusz zawsze jest podobny - rodzina wzywa karetkę, bo starsza osoba ma duszności, obrzęki i bóle. Pacjent jedzie do szpitala. - Po kilku dniach go wypisujemy, ale nikt się po niego nie zgłasza aż do Nowego Roku - mówi Agnieszka Pachorz, prezes szpitala w Pleszewie. Kiedyś rodzina wprost poprosiła ją o przechowanie ojca. - Powiedziałam, że doba w szpitalu kosztuje 320 zł, i wycofali się - mówi Pachorz.

Na oddziałach ratunkowych lekarze szybko orientują się, czy mają do czynienia ze świąteczną babcią czy faktycznie z nagłym przypadkiem. - Ale przecież nie wyrzucimy pacjenta. Kierujemy na inny oddział i liczymy się z tym, że zostanie tu aż do Nowego Roku - mówi Larysa Miazga, pielęgniarka w Wojewódzkim Centrum Szpitalnym Kotliny Jeleniogórskiej.

Niektóre szpitale wzywają policję, dzwonią do pomocy społecznej, szukają miejsc w placówkach opiekuńczo-leczniczych. - Ale na miejsce czeka się tygodniami - mówi Kosiniak-Kamysz. W jego szpitalu jest specjalny pracownik, który zajmuje się głównie problemem, którego akurat w święta postanowiły pozbyć się rodziny.

Klara Klinger

klara.klinger@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.