Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zdrowie

Do lekarza specjalisty najszybciej trafisz przez pogotowie

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Ratownicy medyczni powinni dostać na wyposażenie wykrywacze kłamstw

Nawet ośmiu na dziesięciu pacjentów zgłaszających się na szpitalne oddziały ratunkowe nie wymaga pilnej pomocy. Taka metoda jest sposobem na ominięcie kolejek do specjalistów - przekonuje w swoim opracowaniu Najwyższa Izba Kontroli. Przy czym pogotowie w raporcie NIK zostało ocenione wysoko.

- Ratownicy medyczni, lekarze pogotowia i pracujący na szpitalnych oddziałach ratunkowych są najlepiej funkcjonującym ogniwem systemu ochrony zdrowia - mówi rzecznik NIK Paweł Biedziak. Ocena wynika np. z szybkiej reakcji karetek, których 90 proc. dociera do potrzebujących w czasie wymaganym przez ustawę: do 15 minut w miastach i 20 na terenach wiejskich.

Również kolejne ogniwo łańcucha, czyli oddziały ratunkowe w szpitalach, pozytywnie spełniało swoją funkcję: skutecznie kontynuowano akcje ratunkowe, dobrze diagnozowano pacjentów, co zapewniało dobre dalsze leczenie.

- Kupno 23 nowych śmigłowców (w 2009 r. - red.) poprawiło zasięg możliwości Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dzięki temu są możliwe w końcu misje nocne, których nie można było przeprowadzać na wysłużonych Mi-2 - relacjonuje Biedziak.

Według informacji dostawcy eurocopterów ratownicy medyczni spędzili 20 tys. godzin na pokładach, docierając do ofiar wypadków. Oprócz stu lądowisk w pobliżu szpitali wyznaczono blisko tysiąc miejsc, gdzie przy wsparciu strażaków możliwe jest lądowanie w nocy.

Jednak w ocenie NIK pogotowie i SOR-y padają ofiarą swojego sukcesu. Pacjenci już dawno się zorientowali, że trwającą miesiącami kolejkę do specjalisty mogą ominąć właśnie poprzez oddział ratunkowy.

- Mamy pacjentów, którzy mówią o ogromnym bólu głowy po upadku. Trudno ich nie wysłać na tomografię komputerową, bo wykrywacza kłamstw nie mamy. Wiemy, że radzą im to sami lekarze pierwszego kontaktu - mówi lekarz jednego ze stołecznych szpitali.

Według NIK np. w Szpitalu Bielańskim tylko 40 na 160 pacjentów rzeczywiście potrzebowało nagłej pomocy. Skrajny przypadek to Szpital Wojewódzki w Zielonej Górze, gdzie 80 proc. pacjentów, których przyjęto i zdiagnozowano, w ogóle nie powinno tam trafić. - Dla SOR-ów to problem, gdyż Narodowy Fundusz Zdrowia co prawda wlicza do ryczałtu wszystkich pacjentów, ale płaci jedynie za procedury ratunkowe. Szpitale muszą więc pokrywać straty z pozostałych oddziałów - wyjaśnia Biedziak.

Podobne mechanizmy rządzą w pogotowiu ratunkowym; wiele wyjazdów nie dotyczyło nagłego zagrożenia zdrowia i życia. Nawet 30 proc. wszystkich wyjazdów to interwencje do bólów brzucha lub zatruć alkoholowych.

- Przyczyną są luki w systemie opieki podstawowej, długie kolejki w przychodniach, niewydolny system pomocy nocnej i świątecznej - diagnozują kontrolerzy NIK. W ich ocenie gorzej wygląda liczba lekarzy, ratowników medycznych, która nie zawsze odpowiada rzeczywistym potrzebom. Dzieje się tak, mimo że dyrektorzy stacji pogotowia, ubiegając się o kontrakt z NFZ, wykazywali pełną obsadę, bo inaczej nie mieliby szans na umowę. Jednak w praktyce specjalistów jest mniej, czego efektem są ogromne nadgodziny. W skrajnym wykrytym przez inspektorów przypadku lekarz ze stołecznej stacji Meditrans przepracował przez miesiąc aż 662 godziny - czyli w dobę odpoczywał zaledwie przez dwie godziny.

Inspektorzy NIK przestrzegają: to zagrożenie zdrowia i zagrożenie dla pracowników pogotowia, które może mieć negatywny wpływ na jakość pomocy udzielanej pacjentom .

Robert Zieliński

robert.zielinski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.