Dziennik Gazeta Prawana logo

Żeby dobrowolne polisy były masowe, potrzebne jest nowe prawo

1 lipca 2018

Na regulację prawną dodatkowych ubezpieczeń czekamy od kilku lat. Czy byłyby istotnym wsparciem dla systemu publicznego? - zastanawiali się uczestnicy debaty DGP na Europejskim Kongresie Finansowym w Sopocie

Budżet Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie wynosi w tej chwili prawie 63 mld zł, kolejne 30 mld zł to pieniądze, które wydajemy na leczenie z własnej kieszeni. Mimo tak olbrzymiej puli kolejki do świadczeń zdrowotnych wcale się nie skracają, co potwierdzają dane fundacji Watch Health Care. Czy dodatkowe pieniądze z dobrowolnych ubezpieczeń mogą cokolwiek zmienić?

Po pierwsze te 30 mld zł wydawane dodatkowo na zdrowie, czyli około 30 proc. całej sumy, są to środki prywatne, które w około 80 proc. pochodzą wprost z kieszeni pacjentów. To daje argument za wprowadzeniem dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, bo mówi się, że gdyby te środki były przeznaczone na ubezpieczenia, to byłyby sensowniej zarządzane. Kiedy jednak zapoznamy się z raportami GUS na temat wydatków gospodarstw domowych na opiekę zdrowotną, to okaże się, że nawet 70 proc. tych środków jest wydawane na leki bądź artykuły medyczne, czyli nie na usługi, tylko na dopłaty do leków refundowanych i na leki pełnopłatne. Z pozostałych 30 proc. połowa to wydatki na stomatologów. Tylko 15 proc. ogółu wydatków gospodarstw domowych na zdrowie jest przeznaczone na usługi medyczne, które najprawdopodobniej znalazłyby się w ofercie ubezpieczeń prywatnych, gdyby się one rozwinęły. To wskazuje na to, że oferta dodatkowych ubezpieczeń prywatnych nie jest pomysłem na lepsze zagospodarowanie tych pieniędzy, które dzisiaj są wydawane przez gospodarstwa domowe. W analizie Ernst & Young jest mowa o tym, że w związku ze starzeniem się społeczeństwa istnieje konieczność zapewnienia zwiększonego finansowania, żeby chociaż w części odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie na świadczenia zdrowotne. Wspomniane opracowania GUS pokazują, że dla ponad 60 proc. gospodarstw już te wydatki, które dzisiaj ponoszą (a trudno będzie na początku objąć ubezpieczeniem dodatkowym), są dużym obciążeniem. Dla 50 proc. gospodarstw te dodatkowe wydatki to tylko kupno leków. Nie widać więc jakiejś dobrej perspektywy dla ubezpieczeń dodatkowych jako źródła dodatkowego finansowania świadczeń zdrowotnych w Polsce. Wydaje się, że prostszą, tańszą i lepszą z punktu widzenia interesu publicznego drogą byłoby zwiększenie finansowania w ramach systemu publicznego, ale z jednoczesnym rozwiązaniem problemu dystrybucji świadczeń.

Problemem poza koniecznością zwiększenia finansowania publicznego jest szukanie odpowiedzi na pytanie, jak racjonować dostęp do usług medycznych. Nawet gdybyśmy zwiększyli wydatki na opiekę zdrowotną trzy- czy czterokrotnie, nigdy nie dojdzie do sytuacji, by wszyscy mogli dostać wszystko niezależnie od stopnia uzasadnienia dostępu do jakiejś procedury.

Z raportu Ernst & Young wynika, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne są niezbędne...

Raport przygotowaliśmy wspólnie z Polską Izbą Ubezpieczeń, żeby zająć stanowisko w dyskusji na temat ubezpieczeń dodatkowych, bo obawiamy się, że ta dyskusja jest w wielu przypadkach nieprecyzyjna, opiera się na niewłaściwym zrozumieniu instrumentu, jakim są dodatkowe ubezpieczenia, i jakie mogą one przynieść korzyści i dla systemu, i dla pacjentów. Chcieliśmy pokazać na przykładzie innych krajów, w których te instrumenty mają większy udział w finansowaniu ochrony zdrowia, jakie doświadczenia płyną z tamtych rynków.

W tej dyskusji padają słowa: otworzyć, wprowadzić. To by oznaczało, że to jakaś zupełnie nowa przestrzeń, a przecież dzisiaj te ubezpieczenia są już oferowane, choć jest to bardzo mikry rynek. Rynek ubezpieczeń dodatkowych to około 400 mln zł, rynek abonamentów medycznych, które są quasi-ubezpieczeniami, to ponad 1 mld zł. Te instrumenty są oferowane, ale nieuregulowane. A jest to rynek, na którym występuje duża asymetria informacji - przeciętny człowiek nie ma na tyle dużej wiedzy i doświadczenia, żeby je ocenić. Moim zdaniem tego typu usługi, podobnie jak inne ubezpieczenia, powinny być uregulowane. To jest mój pierwszy postulat.

Regulacja, która była zapowiadana wiele razy, powinna wprowadzić porządek w sposobach funkcjonowania tych instrumentów, ale również dać instytucjom ubezpieczeniowym podstawę do decyzji biznesowych. Dziś są same znaki zapytania. Nie wiemy, jaki kształt przyjmie regulacja, więc pojawiają się obawy, czy inwestowanie w rozwój tej oferty, w jej propagowanie i edukację na jej temat jest rozsądne. Nawiasem mówiąc, ubezpieczenia zdrowotne mogą dotyczyć również leków i produktów medycznych, które teraz finansujemy z prywatnej kieszeni. Ubezpieczenie z zasady zamienia ryzyko wystąpienia zdarzenia kosztownego, jeśli wystąpi, na mniejsze wydatki na bieżąco. Im większa masowość tego instrumentu, tym te wydatki są mniejsze, więc maleje bariera ekonomiczna.

Rzeczywiście tylko część obecnych prywatnych wydatków na ochronę zdrowia jest wydawana na opiekę ambulatoryjną. Ja jednak interpretuję ten fakt inaczej niż pan Marek Balicki. W tej chwili zdecydowana większość prywatnych wydatków na ochronę zdrowia ma charakter wydatków jednorazowych (tzw. out-of-pocket), realizowanych w momencie zaistnienia potrzeby zdrowotnej - osoba chorująca idzie prywatnie do lekarza lub szpitala i płaci za daną wizytę lub zabieg. Taka forma płacenia za usługi medyczne jest najmniej efektywna, gdyż cena prywatnej wizyty u lekarza czy cena wybranej procedury szpitalnej potrafi być bardzo wysoka i wiele osób po prostu na taki wydatek nie stać. Gdybyśmy pomyśleli o tym, aby te jednorazowe wydatki zastąpić wydatkami o charakterze systemowym, a takimi są ubezpieczenia (tzn. płacenie niewielkich kwot, ale systematycznie), wówczas dostępność do płatnych procedur medycznych byłaby dużo większa - przede wszystkim dla osób mniej zamożnych.

Regulacje prawne są absolutnie konieczne, aby rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych się rozwinął. Ubezpieczenia te będą miały prawdziwy sens wtedy, gdy będą miały charakter masowy. Tylko wówczas zapewnią korzyści wszystkim interesariuszom: publicznemu systemowi opieki zdrowotnej istotny dopływ środków prywatnych; pacjentom niższe ceny ubezpieczeń (gdyż ubezpieczyciele będą w stanie lepiej wycenić ryzyko oraz wyeliminować ryzyko antyselekcji); a ubezpieczycielom ekonomiczne uzasadnienie oferowania tego typu ubezpieczeń. W tej chwili rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych można określić mianem niszowego (w sensie skali). Marże na tym rynku - i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie - są co do zasady niskie, więc jeśli rynek nie zdobędzie odpowiedniej skali, ubezpieczycielom nie będzie się opłacało inwestować w rozwój tego rynku, tym bardziej że wymaga on dużych nakładów.

Najgorsza jest sytuacja obecna: nie ma regulacji, ale jest zapowiedź, że będzie. W takich warunkach trudno podejmować decyzje inwestycyjne, nie wiedząc, w jakich ramach regulacyjnych te instrumenty będą oferowane.

Zgadzam się. Ustawa o działalności ubezpieczeniowej jest prawem niewystarczającym, by ubezpieczenia zdrowotne działały prawidłowo.

Czy z doświadczenia fundacji Watch Health Care wynika, że dodatkowe ubezpieczenia mogłyby być receptą na bolączki publicznego systemu ochrony zdrowia?

Jestem zdecydowanym zwolennikiem wprowadzenia takich ubezpieczeń, a to dlatego, że inne metody bilansowania systemu są bardzo trudne do realizacji w praktyce. Wiemy, że system jest deficytowy, że napompowaliśmy koszyk ponad nasze możliwości sfinansowania świadczeń, które się w nim znajdują, więc musimy znaleźć metody, żeby dopasować zawartość koszyka do środków finansowych na jego realizację. Możemy, jak głoszą niektórzy politycy, wprowadzić wysoki poziom współpłacenia, co jest trudne politycznie i niezgodne z duchem solidaryzmu społecznego. Również podniesienie składki zdrowotnej, zwłaszcza w dobie kryzysu, uważam za mało prawdopodobne. Oczywiście bardzo ważne jest racjonowanie świadczeń znajdujących się w koszyku. Jego metod jest bardzo wiele. Każdy minister zdrowia, który obejmuje urząd i zastanawia się, od czego zacząć, powinien sobie powiedzieć: "Koszyk, głupcze!".

Racjonowanie nie tylko nie wyklucza rozwoju ubezpieczeń dodatkowych, ale wręcz z nim koresponduje. Mamy w Polsce ubezpieczenia suplementarne, ale w ogóle nie mamy komplementarnych i nie sądzę, żeby one powstały bez regulacji prawnych, które stworzą miejsce dla ich rozwoju. A to te ubezpieczenia będą miały główną rolę w bilansowaniu systemu.

Co planuje resort?

Zgadzam się, że masowość produktu ubezpieczeniowego powoduje relatywne zmniejszenie kosztów. Nie można jednak mówić, że te polisy będą tanie. Jeśli koszt zabiegu wynosi np. 5 tys. zł, to będzie rozkładany na pewną grupę, ale i tak ktoś będzie musiał go ponieść.

Potrzeba regulacji wynika z charakteru samego ubezpieczenia. Jeśli kupuję ochronę ubezpieczeniową, czyli gotowość zakładu do wypłaty danego świadczenia, muszę rozumieć, jakie świadczenie kupiłam. Dlaczego np. regulujemy ubezpieczenia pojazdów mechanicznych, a nie regulujemy ubezpieczeń od ognia i kradzieży? Dlatego, że ustawodawca uznał, jest to bardzo ważne ubezpieczenie, że trzeba ujednolicać zasady jego oferowania, żeby zakłady ubezpieczeń konkurowały między sobą ceną i jakością. W przypadku komercyjnych produktów ubezpieczeniowych bardzo trudno jest zdefiniować, jaki jest zakres ochrony. Przykład: ubezpieczenia od poważnego zachorowania, w których każdy zakład inaczej definiuje, co rozumie przez pojęcie nowotworu i np. jeśli jest on mniejszy niż 5 mm, nie wypłaca świadczenia. Z punktu widzenia teorii ubezpieczeń jest to poprawne: definiuje się ryzyko i wypłaca świadczenie za wystąpienie zdefiniowanego zdarzenia. Potencjalny klient nie rozumie jednak różnic między produktami. Nawet lekarze nie zawsze są zgodni w ocenie ofert ubezpieczeń. Musimy na tyle usystematyzować rynek, żeby nie było dyskusji o zakresie ochrony. Nawet jeśli będzie węższa, powinna być jednolita w każdym produkcie ubezpieczeniowym, bo jakiekolwiek wątpliwości, brak przekonania, że zakład będzie gotowy wypłacić świadczenie w razie zajścia zdarzenia, będą powodować, że klienci nie będą kupować polis.

Będziecie w stanie uregulować to aż tak dokładnie i narzucić to firmom ubezpieczeniowym?

My nie chcemy niczego narzucać! Rozmawiamy z zakładami ubezpieczeń, z firmami abonamentowymi, lekarzami i przedstawicielami pacjentów, żeby wypracować wspólny produkt na zasadzie segmentowej. Zgadzamy się, że powinny istnieć produkty o minimalnym zakresie ochrony, następnie rozbudowywane. One muszą być addytywne, co oznacza, że nic z produktu niższego nie może wypaść w produkcie wyższym. Oddajemy jednak pole znawcom, nie pracujemy jako ministerstwo nad swoim własnym produktem. Dajemy ogólne wytyczne: jednolitość zapisu, możliwość bezlimitowego oferowania produktu (chodzi np. o niewyłączanie chorób uprzednio występujących z zakresu ochrony, brak selekcji pod względem wieku i płci). To są warunki brzegowe, które ministerstwo narzuci, bo produkt musi być bezpieczny dla kupującego.

Jakie są szanse rozwoju rynku przy takich założeniach? Ubezpieczyciele zawsze mówili, że są gotowi przygotować ofertę, ale chcieli sami ustalać warunki...

Branża ubezpieczeniowa ma świadomość, że jeśli prywatne ubezpieczenia zdrowotne mają się stać powszechne, to musi nastąpić pewna forma ich wystandaryzowania. I dlatego firmy ubezpieczeniowe są gotowe rozwijać swoje oferty produktowe w ramach ustalonych z ministerstwem warunków brzegowych, ale tym warunkom brzegowym muszą jednocześnie towarzyszyć mechanizmy, które rzeczywiście zagwarantują masowość prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.

Co oznacza ta masowość?

W innych, bardziej rozwiniętych krajach w zależności od obowiązujących regulacji prawnych prywatne ubezpieczenia zdrowotne stanowią od kilkunastu (np. Dania, Portugalia) do kilkudziesięciu procent łącznych wydatków na ochronę zdrowia (nawet ponad 60 proc. w przypadku np. Francji). Na polskim rynku, gdzie łączne wydatki na ochronę zdrowia przekraczają 100 mld zł, prywatne ubezpieczenia zdrowotne stanowią obecnie jego margines. Zatem osiągnięcie nawet kilkunastoprocentowego udziału prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w łącznych wydatkach na ochronę zdrowia (co nadal plasowałoby Polskę wśród krajów o bardzo niskim udziale tych ubezpieczeń w wydatkach na zdrowie) byłoby ogromnym krokiem w kierunku uznania tych ubezpieczeń za powszechne (masowe).

Suplementarne? Komplementarne?

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne funkcjonujące w formie sumplementarnej, czyli obok systemu publicznego (tak, jak to ma miejsce obecnie), nie dają szansy na masowość. Zwłaszcza jeśli nie są wsparte systemem mocnych zachęt finansowych. Aby prywatne ubezpieczenia były powszechne, zdecydowanie powinny mieć formę ubezpieczeń komplementarnych, natomiast bardzo ważnym i trudnym pytaniem jest: jaką formę powinna przyjąć ta komplementarność? Bazując na przykładach zagranicznych systemów ochrony zdrowia, prywatne ubezpieczenia zdrowotne mogą np. pokrywać procedury nieobjęte koszykiem świadczeń gwarantowanych, mogą dawać gwarancję wyższego standardu świadczeń (wobec standardu oferowanego w ramach koszyka gwarantowanego) albo np. mogą stanowić ubezpieczenie od współpłacenia (jeśli w danym kraju funkcjonuje co-payment pacjentów).

Wielu ludzi jest zainteresowanych ubezpieczeniami suplementarnymi, ale w zbilansowanym systemie ich rola jest marginalna. One żywią się deficytem w systemie publicznym. Rozwój ubezpieczeń komplementarnych razem z racjonowaniem świadczeń w koszyku gwarantowanym ma kluczowe znaczenie dla zbilansowania się tego systemu.

Dokonaliśmy obliczeń wysokości składki na ubezpieczenia komplementarne, która zapewniałaby dostęp do 88 innowacyjnych technologii medycznych spoza koszyka świadczeń gwarantowanych (głównie leki, kilkanaście szczepionek i kilka technologii nielekowych, a warto przypomnieć, że na terenie UE jest 256 innowacyjnych technologii lekowych nieobjętych refundacją w Polsce, a nielekowych jest kilkaset). Zrobiliśmy obliczenia aktuarialne dla polisy obejmującej około 7 mln ludzi (mniej więcej tyle osób deklaruje w badaniach, że byłoby skłonnych zapłacić 50-100 zł za ubezpieczenie dodatkowe - bez definiowania w badaniu, co miałoby ono obejmować). Składka wyniosłaby 50-80 zł miesięcznie, więc nie jest to jakiś szczególnie wysoki koszt. Okazuje się, że na każdą innowacyjną technologię medyczną ubezpieczenie wynosiłoby około 1 zł miesięcznie. Można by budować z tych cegiełek różne produkty. Mówimy tylko o tych świadczeniach, które znajdują się poza koszykiem świadczeń gwarantowanych.

Trzeba pamiętać, że oferowanie nieobowiązkowego produktu musi zawierać narzut na antyselekcję, czyli na zjawisko, że do ubezpieczycieli przychodzą osoby o większej częstotliwości zdarzeń. Przekładanie danych z zagranicy zawsze jest ryzykowne. Poza tym przypuszczam, że ta wyliczona składka była związana tylko z ryzykiem, a trzeba policzyć jeszcze koszty zakładu ubezpieczeń, zarządzania polisą. Trzeba też wiedzieć, że antyselekcja będzie różna między zakładami i wymagając od nich, by nie różnicowały składek w zależności od czynników indywidualnych, musimy pomyśleć o systemie wyrównywania ryzyka. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień.

W dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych na pewno nie będzie rewolucji, tylko ewolucja, która musi się zacząć od większej promocji ubezpieczeń suplementarnych. Przyczyną korzystania z nich na świecie są nie tylko kolejki, ale także jakość świadczeń. W komercyjnych ubezpieczeniach też nie będzie zjawiska zerowej kolejki, bo to by oznaczało nieefektywność ekonomiczną.

Ważnym elementem będzie otwarcie dla polis suplementarnych rynku leczenia szpitalnego. Żeby móc to zrobić, trzeba umożliwić publicznym szpitalom pozyskiwanie środków od prywatnych płatników. I tu pojawia się z kolei problem, jak zabezpieczyć płatnika publicznego, żeby nie był wypychany przez prywatnych.

A co z koszykiem?

Ograniczamy, racjonujemy, wycinamy?

Jeśli chodzi racjonowanie wydawania pieniędzy, to zbadaliśmy, jak wygląda hospitalizacja w różnych grupach wieku i płci w przypadku 20 grup chorób. Okazało się, że w aż czterech grupach Polska dominuje pod względem liczby łóżek, czyli - np. na onkologii - kładziemy ludzi do szpitala na trzy dni, żeby otrzymać finansowanie z NFZ, a inne kraje gros przypadków leczą w systemie jednego dnia. Problem więc nie w ilości pieniędzy w systemie, tylko w odpowiednim ich wydatkowaniu, co też zmniejszyłoby kolejki.

Czy to w ogóle możliwe, żeby ubezpieczyciele nie różnicowali składki, że produkt będzie masowy i że klienci będą mogli decydować, co w nim będzie?

To są kluczowe pytania. Nie słyszę argumentów, które by mnie przekonały, że tak się stanie i że dzięki ubezpieczeniom suplementarnym nastąpi dopływ istotnych środków do systemu publicznego. Co do korzystania z ubezpieczenia, żeby uniknąć kolejek: z badań prof. Czapińskiego wynika, że ci z potencjalnych klientów, którzy mogliby zapłacić za polisy, już dziś potrafią sobie skrócić ścieżkę do usług, więc nie widzę powodu, dla którego mieliby kupować ubezpieczenie.

Jeśli chodzi o ubezpieczenia komplementarne, koszyk może być ograniczony lub nieposzerzany o nowe technologie medyczne i w ten sposób staną się one dostępne tylko dla posiadaczy ubezpieczeń dodatkowych, ale to byłoby nieakceptowane. Art. 2 konstytucji mówi o realizowaniu zasad sprawiedliwości społecznej, więc nie można tworzyć takich konstrukcji, które od razu zamykałyby dostęp do pewnych świadczeń jednej grupie.

Pani dyrektor Więckowska słusznie powiedziała, że środków w systemie publicznym jest mało i są w dodatku źle wydatkowane. To nie jest nieszczelność, tylko mechanizmy, które powodują nadprodukcję świadczeń dobrze finansowanych, a niekoniecznie potrzebnych. Stendy wstawiane cztery dni po wystąpieniu ostrego zespołu wieńcowego tylko dlatego, że to jest dobrze finansowane, to przykład braku racjonalności.

Może nie byłem specjalnym zwolennikiem pomysłu Polskiej Izby Ubezpieczeń, który polegał na tym, że można by było wyjść z ryzykiem z systemu publicznego i przejść do prywatnego, ale uważam, że może zadziałać. To mogłaby atrakcyjna oferta.

Ubezpieczenia suplementarne będą się tym lepiej rozwijać, im dłuższe będą kolejki. Jeśli nie będziemy skutecznie walczyć z deficytem w systemie publicznym, oferta będzie coraz bogatsza.

Polacy na razie cierpią w milczeniu, nie stać ich na wykupienie ani ubezpieczeń, ani świadczeń, więc się po prostu nie leczą. Wyjście z systemu, czyli ubezpieczenia substytucyjne, tak samo jak wprowadzenie bonu zdrowotnego, jest niemożliwe, dopóki nie zbilansuje się zawartości koszyka i wielkości środków na jego realizację. Jeżeli ktoś miałby zainwestować prywatne pieniądze i wejść na rynek z ubezpieczeniem substytucyjnym, a nie miałby wpływu na zawartość koszyka i wchodziłby do systemu deficytowego, to musiałby być samobójcą finansowym albo chcieć po prostu dokonać skoku na kasę i ogłosić niewypłacalność.

Dyrektor Balicki wspomniał o przepisach konstytucyjnych. Konstytucja zapewnia równość dostępu tylko do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Jeżeli jakieś technologie pozostają poza koszykiem świadczeń gwarantowanych, to jest pełne pole do rozwoju wszelkich ubezpieczeń komplementarnych i państwu nic do tego. Problem polega na tym, że nikt nie zainwestuje w rozwój ubezpieczeń komplementarnych zapewniających dostęp do świadczeń spoza koszyka, jeżeli sytuacja prawna się nie ustabilizuje. Ciągle jest ryzyko, że jakaś kolejna ekipa stworzy prawo, które spowoduje, że przedsiębiorca zbankrutuje. Potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa.

Nasze obliczenia nie uwzględniają kosztów dodatkowych, ale przeprowadziliśmy z uwzględnieniem bardzo wysokich cen, nie zakładając ich erozji. Po drugie, można ograniczyć maksymalne zyski firm ubezpieczeniowych, podobnie jak wydatki na marketing i wiele innych czynników wpływających na ceny polis. Jeszcze jedno wyjaśnienie: kolejka do świadczeń nie jest wyznacznikiem prawidłowości wyceny świadczenia zdrowotnego, dlatego że u nas kolejka jest do środków finansowych, a nie do samego świadczenia. Często mamy do czynienia z bardzo zawyżoną wyceną świadczenia zdrowotnego, do którego jest ogromna kolejka.

Mówiąc o koszyku, rzeczywiście musimy myśleć nie tylko o procedurach, które w nim są, ale także o wycenie. Zgadzam się także z tym, że niezbilansowanie systemu powoduje, że nie jesteśmy w tej chwili gotowi na ubezpieczenia substytucyjne.

Uważam, że nie można w tym momencie wprowadzać ubezpieczeń komplementarnych. Jest kryzys, mówimy, że nie powinniśmy podnosić podatków i kosztów dla pracodawców. Zmieniając koszyk, obciążylibyśmy gospodarstwa domowe. To byłoby całkowicie niezgodne z zasadami sztuki, jeśli chodzi o relacje między finansami gospodarstw a stanem koniunktury.

Jeśli nie charakterem ubezpieczenia, to jak można zachęcać przeciętnego Polaka, żeby kupił polisę? Jeżeli miałaby ona zaoferować mi tylko wyższy standard leczenia szpitalnego w przyszłości, to nie będę zainteresowana taką ofertą...

Chcielibyśmy iść w kierunku ulgi podatkowej, ale jest to bardzo trudne z punktu widzenia stanu finansów publicznych. Pewną zachętą może być to, że im później przystąpi się do takiego ubezpieczenia, tym wyższa będzie składka ze względu na wiek. Myślę, że stabilność składki będzie bodźcem dla zakupu takiej polisy.

Badaliśmy system zachęt stosowanych na innych rynkach, na których wprowadzono wcześniej dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. Są to przede wszystkim zachęty fiskalne, czyli ulgi podatkowe. My dzisiaj jesteśmy w sytuacji kryzysu, nadmiernego zadłużenia budżetu państwa, więc trudno oczekiwać, by łatwo dało się wprowadzić takie zachęty u nas.

Można opisać służbę zdrowia układem równań, w którym jest oczywiście bardzo wiele zmiennych, o których tu dyskutujemy, a które są w rękach płatnika czy polityków, ale jest też kilka wielkości zdeterminowanych. Jedną z nich jest to, ile nas dzisiaj jest, ile rodzi się dzieci i że będziemy coraz starsi... i to bardzo szybko. Nasze społeczeństwo należy do najszybciej starzejących się w Europie, co przełożone na liczby powoduje, że deficyt w świadczeniach ochrony zdrowia finansowanych ze środków publicznych w perspektywie 40 lat osiągnie połowę tego, ile dzisiaj wydajemy. A dzisiaj wydajemy niecałe 5 proc. PKB. Będzie potrzebne 2,5 proc. PKB więcej, żeby sfinansować tylko to, co mamy dzisiaj. Luka w systemie finansowania będzie się więc pogłębiać, a już dziś mamy niedosyt, który powoduje kolejki. Jednym z efektów będzie wzrost skłonności do wydawania prywatnych pieniędzy na leczenie. Pani dyrektor Więckowska powiedziała, że ubezpieczenia komplementarne obciążyłyby gospodarstwa domowe. Nawet jeśli ich nie wprowadzimy, gospodarstwa będą wydawać więcej na świadczenia zdrowotne. Trzeba to sobie uświadomić. Wśród zmiennych w tym układzie równań są również kształt ubezpieczeń prywatnych i rola, jaką mogą odegrać.

Czy można jakoś skłonić pracodawców do wykupowania takich polis?

Rynek świadczeń abonamentowych rozwinął się dzięki obowiązkowi finansowania świadczeń medycyny pracy przez pracodawców. Pracodawcy docenili to, że finansując również opiekę nieobowiązkową, którą świadczeniodawcy zaoferowali wraz z medycyną pracy, wnoszą dodatkową wartość dla pracownika, oszczędzają czas, być może mają zdrowszych pracowników. Jeśli można by finansować polisy z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, to może to być duże ułatwienie.

Jakie są najczęściej powtarzane mity na temat dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych?

Po pierwsze uważa się powszechnie, że system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych byłby przeznaczony dla osób zamożnych, tymczasem logika stojąca za koncepcją stworzenia takiego systemu jest wręcz odwrotna i ma na celu udostępnienie takich ubezpieczeń tym, których teraz nie stać na płacenie z własnej kieszeni za drogie świadczenia medyczne. To raczej obecna sytuacja uprzywilejowuje osoby zamożne, gdyż te i tak stać na pokrycie kosztów prywatnego leczenia.

Drugi mit to kwestia tzw. wypychania pacjentów z kolejki publicznej przez pacjentów posiadających ubezpieczenia prywatne. I w tym miejscu należy przypomnieć, że kolejki w polskim systemie publicznym wynikają z ograniczonych funduszy na finansowanie procedur medycznych, a nie z niewystarczającej infrastruktury medycznej i zasobów medycznych. W tej chwili wykorzystanie łóżek szpitalnych kształtuje się na poziomie 60-70 proc. Zatem szpitale - na potrzeby pacjentów prywatnych - mogłyby przeznaczać tę część swojej infrastruktury i zasobów, których obecnie i tak nie wykorzystują ze względu na brak finansowania. Doprowadziłoby to również do skrócenia kolejki publicznej.

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400020b.101.jpg@RY2@

Prywatne ubezpieczenia staną się źródłem finansowania systemu, jeśli będą masowe, a popyt musi być warunkowany zrozumieniem produktu

dyrektor Departamentu Analiz i Strategii Ministerstwa Zdrowia, Katedra Ubezpieczenia Społecznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400020b.810.jpg@RY2@

Jeżeli 20 proc. społeczeństwa przystąpiłoby do ubezpieczeń komplementarnych, to rynek może osiągnąć 15-30 mld zł rocznie

prezes fundacji Watch Health Care

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400020b.811.jpg@RY2@

Jest konieczność zagwarantowania dopływu do systemu publicznego środków prywatnych, a najbardziej efektywnym sposobem są ubezpieczenia

dyrektor zarządzający ds. ubezpieczeń zdrowotnych, Grupa PZU, przewodniczący komisji ds. ubezpieczeń zdrowotnych Polskiej Izby Ubezpieczeń

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400020b.812.jpg@RY2@

Żeby decydować o modelu rozwoju ubezpieczeń dodatkowych, trzeba dokładniej zdefiniować rolę płatnika publicznego

partner, Ernst & Young

@RY1@i02/2013/133/i02.2013.133.21400020b.813.jpg@RY2@

Ubezpieczenia prywatne powinny funkcjonować jako uzupełnienie systemu, ale nie ma podstaw do zakładania, że staną się masowe

dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie, były minister zdrowia

Debatę prowadziła

Dominika Sikora

zastępca redaktoranaczelnego DGP

not. MWW

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.