Bo rodzice nie byli pewni…
Każde dziecko w Polsce ma kontakt z rotawirusami. Chorobę, którą najmłodsi bardzo ciężko przechodzą, można by niemal całkowicie wyeliminować
Rotawirusy należą do najczęstszych przyczyn zapalenia żołądka i jelit wśród dzieci między szóstym miesiącem a drugim rokiem życia. Prawdopodobieństwo, że dziecko do piątego roku życia się zakazi jeden raz, wynosi 100 proc. Powtórne zakażenie może dotyczyć nawet 69 proc. małych pacjentów. Zarażamy się wprawdzie wszyscy – także dorośli i starsze dzieci, jednak u najmłodszych przebieg choroby jest najcięższy i często wymaga hospitalizacji. Występuje bowiem olbrzymie ryzyko odwodnienia. Objawy to zazwyczaj gorączka do 38,5 st. C, biegunki, wymioty. Nawet u 40 proc. pacjentów pojawiają się symptomy, które można pomylić z infekcją górnych dróg oddechowych.
Niebezpieczny szpital
Na świecie aż 39 proc. zgonów dzieci do pięciu lat jest wywołanych biegunką. Na szczęście w Polsce dostępność opieki zdrowotnej zminimalizowała ryzyko śmieci małych pacjentów (według Centers for Disease Control and Prevention w związku z powikłaniami może umierać 13–172 dzieci rocznie), jednak sam przebieg choroby, stres i cierpienie dzieci, a także łatwość przenoszenia się wirusów sprawiają, że możliwy do wyeliminowania stosunkowo niewielkim kosztem problem pozostaje istotny. Szczególnie że źródłem zakażeń bardzo często bywają placówki opieki medycznej. Rotawirusy są prawdziwą zmorą prowadzących oddziały dziecięce w szpitalach, a cierpią mali pacjenci. Jeśli dziecko, które trafiło do szpitala z innej przyczyny, zarazi się dodatkowo rotawirusem, leczenie podstawowego schorzenia może być trudniejsze, a długość hospitalizacji (według danych europejskich) wzrasta średnio o 4,5 dnia (średni pobyt w szpitalu z powodu zakażenia poza nim wynosi niecałe cztery dni). W 2017 r. do Państwowej Inspekcji Sanitarnej zgłoszono 532 ogniska zakażeń szpitalnych z 31,5 proc. szpitali (ogniskiem są przynajmniej dwa przypadki, które mogą być ze sobą powiązane). Główny Inspektorat Sanitarny sam jednak poddaje tę liczbę w wątpliwość (wydaje się nieprawdopodobne, że w niemal 70 proc. placówek nie wystąpił ani jeden przypadek ogniska zakażenia).
Skala zachorowań jest więc duża. Zespół Ekspertów ds. Programu szczepień Ochronnych przy Ministrze Zdrowia szacuje na podstawie dostępnych danych, że z pomocy lekarskiej z powodu zakażeń żołądkowo-jelitowych korzysta rocznie około 172 tys. dzieci. Nie wiadomo jednak, ile z nich zaraziło się wirusem rota, ponieważ obowiązek informacyjny lekarze i placówki medyczne spełniają wybiórczo. Przede wszystkim w rozliczeniach z NFZ podaje się pobyty w szpitalu, których pierwotną przyczyną było zarażenie rotawirusem, natomiast gdy była to inna choroba, a dziecko zaraziło się później wirusem – już nie. Dane NFZ wskazują rotawirusy jako główną jednostkę chorobową w niemal 88 tys. przypadków hospitalizacji w 2016 r. (to ostatnie dane). Do inspekcji sanitarnej natomiast w tym samym roku zgłoszono niemal 45 tys. przypadków wirusowych zakażeń pokarmowych (większość z nich jest powodowana właśnie przez rotawirusy).
Nie zawsze też zakażenie jest właściwie diagnozowane, a w dokumentacji pojawia się stwierdzenie o „infekcyjnym zapaleniu żołądka” lub „nieżycie jelit”. Wiadomo natomiast, że kontakt z wirusem miało nawet 70 proc. dzieci do piątego roku życia (wykryto u nich przeciwciała).
Przy wszystkich zastrzeżeniach co do dokładności, dane Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny i tak pokazują, że odsetek hospitalizacji pozostaje na zbliżonym poziomie (ponad 90 proc. pacjentów wymagało pomocy w szpitalu).
4/5 nieszczepionych
Można by tego uniknąć, gdyby dzieci były zaszczepione. Preparaty istnieją, jednak w Polsce skala szczepień jest bardzo niewielka – około 20 proc. Ich liczba wprawdzie rośnie (w 2010 r. 71 692, a w 2016 r. 99 480 zaszczepionych dzieci), jednak jest ciągle za mała, co wpływa na łatwość przenoszenia się wirusa.
Szczepienia przeciw rotawirusom zostały dopuszczone w Unii Europejskiej stosunkowo niedawno, bo w 2006 r. W Polsce wprowadzono je w 2007 r. Szczepionki podaje się doustne (a więc w sposób nieinwazyjny i niestresujący). To ważne, bo szczepienie jest przeznaczone dla dzieci między szóstym a 24. tygodniem życia. Nie ma też przeciwskazań do podawania jej wraz z innymi szczepieniami. Oba zarejestrowane i dostępne w Polsce preparaty są skuteczne (minimum 90 proc. dzieci nie zachoruje ciężko, a 70–90 proc. w ogóle) i bezpieczne. Potwierdzają to wytyczne European Society for Paediatric Infectious Disease, a także zalecenia Advisory Committee on Immunization Practices. Odporność utrzymuje się do czterech lat po podaniu szczepionki, a więc w okresie, kiedy dzieci przechodzą chorobę najciężej.
Dlaczego więc generalnie nie korzystamy z możliwości zabezpieczenia dzieci? W programie szczepień ochronnych (POS) szczepienia przeciwko rotawirusom widnieją jako zalecane, a nie obowiązkowe. To zaś ma dwie ważne konsekwencje. Po pierwsze opiekunowie mogą je uznawać za mniej istotne. Po drugie – muszą ponieść koszty szczepienia. Finansowanie szczepień przeciw rotawirusom ze środków publicznych rekomenduje m.in. Pediatryczny Zespół Ekspertów ds. Programu Szczepień Ochronnych przy Ministrze Zdrowia, który zajmuje się oceną szczepień na potrzeby PSO. Szczepienia zaleca także Światowa Organizacja Zdrowia.
„W przypadku szczepień przeciwko rotawirusom mamy do czynienia z wyjątkową sytuacją, w której koszty finansowania preparatów szczepionkowych mogą zostać zbilansowane przez uniknięcie kosztów hospitalizacji związanych z infekcyjnym zapaleniem żołądka i jelit wywoływanym przez rotawirusy. Potwierdzają to doniesienia z krajów europejskich (Finlandia, Austria, Belgia), które obserwowały wpływ szczepień przeciwko RV na zakażenia ogółem, zakażenia wewnątrzszpitalne i hospitalizacje w kolejnych latach po wprowadzeniu powszechnych szczepień profilaktycznych” – twierdzą autorzy specjalnego raportu na temat szczepień przeciw rotawirusom z portalu PolitykaZdrowotna.com. Według nich koszty obowiązkowych szczepień zbilansowałyby się już w drugim roku dzięki unikniętym kosztom hospitalizacji. Do tego należy dodać zmniejszenie liczby zwolnień lekarskich dla opiekunów. Jak twierdzi portal, to opłacałoby się wszystkim: systemowi ochrony zdrowia, gospodarce, a przede wszystkim małym pacjentom. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu