Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Raport o stanie polskiej kultury

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 24 minuty

Jutro w Krakowie rozpoczyna się VI Kongres Kultury Polskiej. Punktem wyjścia do dyskusji będzie przygotowany specjalnie na tę okazję raport podsumowujący ostatnie dwudziestolecie. Oceniamy jego najważniejsze fragmenty

Wojciech Kałużyński

wojciech.kaluzynski@dziennik.pl

Gros miejsca poświęca się zmianom, jakie dokonały się w kinematografii po 1989 roku. I w tym zakresie jest to opracowanie wyjątkowo kompetentne i wyczerpujące, odwołujące się do danych statystycznych, omawiające prawne i organizacyjne konsekwencje przejścia z modelu centralnie sterowanego do półrynkowego. Teza, że zmiany w kinematografii przeprowadzane były zbyt wolno, niekonsekwentnie i niesystemowo, nie jest odkrywcza, ale na pewno słuszna. Słusznie także wskazuje się na pozytywną rolę powołanego w 2005 roku PISF, choć z analiz wynika, że system instytucjonalny polskiego przemysłu filmowego wciąż wymaga poprawek likwidujących pojawiające się kompetencyjne niejasności, konflikty interesów i niejasne zależności. Zatem kinematografia zmierza w dobrym kierunku, to jednak zbyt ociężale, ślamazarnie i z wielkimi oporami ze strony samego środowiska zainteresowanego petryfikowaniem starych układów. Różowo więc nie jest. Niepokoi wciąż zmniejszająca się liczba kin w Polsce, a także preferencje widzów nastawionych na repertuar wyłącznie rozrywkowy.

Z charakterystyki rynku telewizyjnego, produkcji i dystrybucji wynika od lat powtarzany postulat odpolitycznienia mediów, zdefiniowania miejsca i roli telewizji publicznej. Pozytywnie ocenia się propozycje zmian w prawie autorskim, planowane ulgi podatkowe wzorowane na prawie obowiązującym w wielu krajach i zgodne z zasadami zawartymi w Europejskiej Strategii Audiowizualnej. I choć raport powtarza od lat stawiane polskiej kinematografii diagnozy i postulaty, choć jest pobieżny w ocenach, nie wchodzi w specyfikę funkcjonowania środowiska filmowego w kontekście innym niż rynkowy, ma tę wartość, że na tyle, na ile da się taki raport sporządzić, jest kompletną analizą obowiązującego systemu produkcyjnego i jego rynkowych uwarunkowań. I jako taki jest świetnym punktem do dyskusji, co zrobić, żeby kinematografię reformować szybciej, skuteczniej, odejść od ręcznego sterowania na rzecz przejrzystości. Czy znajdą się chętni, by taką rozmowę na serio podjąć?

Anna Theiss

anna.theiss@dziennik.pl

Wśród 15 raportów o stanie kultury aż trzy poświęcone są funkcjonowaniu sztuk wizualnych: raport o muzeach, o wzornictwie, o rynku dzieł sztuki. To dużo. Wśród tych diagnoz pominięto tylko architekturę (no, ale tej w Polsce podobno nie ma, więc po co nawet postulować jej wspieranie) i obszar, gdzie bije serce sztuki - prywatne galerie organizujące wystawy, promujące młodych artystów, szukające talentów. Kongres zainteresował się tym segmentem sztuki nie w sferze diagnozy, ale za to w obszarze budowania wiedzy; ich przedstawicieli zaproszono na dyskusje panelowe.

Największym raportowym zwycięzcą Kongresu Kultury Polskiej jest wzornictwo. Opis i wskazanie tendencji w tej dziedzinie zostały opracowane przez Beatę Bochińską i Iwonę Palczewską z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Raport przede wszystkim reguluje to, co w Polsce jeszcze nie do końca jasne - że wzornictwo przemysłowe to pełnoprawna dziedzina sztuki. Jednocześnie to gałąź sztuki, która marnieje bez państwowego wsparcia. Dokładnie tak, jak dzieje się w tej chwili. Bochińska proponuje nowy typ kształcenia designerów - nie tylko artystyczny, ale też biznesowy i wytyka braki w regulacji praw autorskich, które nie obejmują dóbr mających postać materialną. Wypunktowane w raporcie postulaty to realny pomysł odejścia od konfekcyjnego wzornictwa, od modelu, w którym absolwenci szkół artystycznych, zajmujący się wzornictwem, konstruują swoje projekty na własne konto, potem wystawiają ją na pokazach młodego designu, i na tym koniec.

Nieźle wygląda też raport o muzeach. Dorota Folga-Januszewska opisała w nim dwa przełomy - wchodzenia muzeów w uwolniony rynek po 1989 roku i zmieniający się status muzeów w zglobalizowanym świecie na tle przemysłów kultury. Sporo miejsca poświęcono badawczej i naukowej działalności takich instytucji. Podoba mi się postulat badania rozwoju kolekcji - to zbiory, które po części powstawały w biegu, były uszczuplane przez wojenne zawieruchy, może się z nich wyłaniać arcyciekawa metahistoria polskiej sztuki. Nie do końca przekonuje pomysł powołania Instytutu Muzeologii - ośrodka badań odpowiedzialnego za wdrażanie standardów opracowań i dokumentacji. W praktyce może on po prostu mnożyć formalne procedury i stworzyć nowy, nieco koteryjny układ wzorem PISF. Muzeom potrzebni są sprawni menedżerowie, a nie centralne struktury okołoadministracyjne.

Przy tych dwóch profesjonalnie opracowanych diagnozach absolutnie humorystycznie wypada raport dotyczący rynku dzieł sztuki. Według jego autorki, Joanny Białynickiej-Biruli, rynek sztuki to wyłącznie rynek aukcyjny. W tekście zabrakło omówienia targów sztuki, nie ma propozycji wspierających sprzedaż galeryjną, nie ma też opisu tego, kto kupuje, czyli słowa o kolekcjonerach. Receptą na zapaść sprzedaży dzieł sztuki według autorki jest m.in. usprawnienie regulacji związanych z wywozem sztuki zagranicę oraz pobudzenie twórczości artystycznej przez możliwość rozliczania podatku dziełami sztuk i zniesienie podatku VAT na wynajem pracowni. To taka wizja obiegu sztuki, w której nie ma ani sprawnych marszandów, ani żadnego polskich kolekcjonera, a sztuką nikt nie chce się zajmować, dlatego trzeba forsować przedziwne rozwiązania podatkowe. Kompletnie nietrafiona.

Marcin Staniszewski

marcin.staniszewski@dziennik.pl

Okazuje się, że Narodowe Centrum Kultury nie zamówiło raportu diagnozującego stan instytucji zajmujących się krzewieniem kultury muzycznej. To dziwne, bo w poniedziałek w TVP Kultura minister Bogdan Zdrojewski zapewniał, że "muzyka jest dla niego jedną z najważniejszych dziedzin kultury".

Zapytaliśmy więc u źródła, dlaczego pominięto muzykę. - Dlatego, że kongres poświęcony jest ekonomicznym zagadnieniom, a nie ocenianiu artystycznej wartości polskiej sceny muzycznej - tłumaczy rzecznik prasowy NCK Michał Laszczkowski.

Wniosek? Środowiska muzyczne nie potrzebują finansowania. a nasze filharmonie to wzór do naśladowania. - Filharmonie działają u nas bardzo sprawnie. Poza tym jeśli nie ma raportu. To wcale nie znaczy, że minister nie myśli o konkretnych problemach - zapewnia Laszczkowski.

Gwoli ścisłości - kilka wzmianek o środowisku muzycznym pęta się gdzieś na marginesie "Raportu o szkolnictwie artystycznym" i tego na temat edukacji kulturalnej, ale dowiedzieć się możemy tylko o, ilu profesorów wykłada na artystycznych uczelniach i ilu obywateli bywa na koncertach muzyki poważnej. Jakby nie istniał problem filharmonii oraz teatrów operowych przejadających dotacje (z nielicznymi wyjątkami), opłakanego stanu rodzimej fonografii oraz dogorywającej "Dwójki" czy radiowych archiwów gnijących bez pieniędzy na cyfrowy transfer. Nie wspomnę już o braku sprawnego systemu promocji młodych talentów, które po ukończeniu ultrakonserwatywnych uczelni zdane są same na siebie.

Piotr Kofta

piotr.kofta@dziennik.pl

Tekst daje ocenę stanu polskiego rynku książki wyłącznie przez pryzmat zmiennych ilościowych. Wychwytuje podstawowe przemiany rynku: prawie całkowitą prywatyzację działalności wydawniczej i dystrybucyjnej, rosnący udział inwestorów zagranicznych, coraz ostrzejszą konkurencję wśród wydawców i tendencję do oligopolizacji hurtu oraz sprzedaży detalicznej. Efektem jest nie wzrost cen książek, a zwiększenie marż dla pośredników i wymuszanie obniżki ceny wyjściowej wydawcy - zatem wzmożenie konkurencji oraz eliminacja mniejszych przedsiębiorstw.

Państwo nie tylko wycofuje się z działalności wydawniczej, ale też w stopniu minimalnym inwestuje w promocję czytelnictwa, pomoc niszowym wydawcom, system stypendialny dla autorów. Autorom zaś nie jest łatwo: tych, którzy mogą swobodnie utrzymywać się z pisania, znalazłoby się kilkunastu. Jeśli zaś spojrzeć na tabele sprzedaży, kokosy robi się tylko na podręcznikach oraz, mniej, na literaturze religijnej. Branża jest nadal rentowna: produkcja, dystrybucja i sprzedaż książek, okazuje się opłacalna i perspektywiczna, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że niemiecki rynek książki przy dwukrotnie większej liczbie potencjalnych konsumentów jest większy dziesięciokrotnie.

Paniczne doniesienia o upadku czytelnictwa także należy włożyć między bajki - ponad połowa Polaków rzeczywiście nie czyta, ale ci, którzy czytają, czytają więcej, co może mieć związek z rodzącą się stabilną klasą średnią. Realnym wyzwaniem dla rynku jest rosnąca rola książki elektronicznej, która obywa się bez niemal całego klasycznego procesu produkcji.

Jacek Wakar

jacek.wakar@dziennik.pl

Jednak o artystycznym stanie teatru nie ma w nim słowa. Trudno też stwierdzić, czy w minionym dwudziestoleciu polski teatr odpowiadał na potrzeby widzów. Wiadomo, że w rekordowym 1988 roku polskie teatry odwiedziło ponad 10 mln ludzi. Trzy lata później liczba ta spadła do ok. 6 mln i od tej pory utrzymuje się na mniej więcej takim poziomie.

Raport analizuje dogłębnie organizację życia teatralnego w Polsce, wskazując, że począwszy od pierwszej reformy minister Izabelli Cywińskiej, znajduje się ona w fazie nieustannych przemian. Próbuje się co i rusz nowych rozwiązań, po czym je zmienia. Nikt nie jest do końca zadowolony. Nierozstrzygnięte do tej pory wątpliwości budzi udział państwa w finansowaniu teatrów. Wciąż nie wiadomo, jak pogodzić decentralizację z utrzymywaniem w teatrach instytucjonalnych stałego poziomu zatrudnienia i produkcji nowych przedstawień. Tym bardziej że raport wskazuje na rosnącą wciąż liczbę premier w sezonie. Z tych danych można się tylko cieszyć.

Polski teatr to dzisiaj dwa bieguny - sceny instytucjonalne i niepubliczne (w tym rodzące się jak grzyby po deszczu teatry prywatne). Rzecz w tym, by jedne i drugie miały szanse rozwoju poprzez pieniądze z różnych źródeł. Pomoże w tym postulowana przez szefową Wrocławskiego Teatru Współczesnego wspólna polityka teatralna państwa, a takiej w odróżnieniu od innych krajów Unii Europejskiej do tej pory się nie dorobiliśmy.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.