Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Filantropi z Warki bez kompleksu prowincji

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Pracownicy lepiej postrzegają pracodawcę, gdy widzą, że organizuje coś pożytecznego dla społeczności, w której sami żyją - mówią Włodzimierz i Monika Przybylscy

Istnieją wielcy filantropi, choć nie tworzą wielkich fundacji i nie wysyłają kontenerów z pomocą na drugi koniec świata. Wychodzą z założenia, że mają zbyt wiele do zrobienia na własnym podwórku i że nie samym chlebem człowiek żyje. Ułatwiają dostęp do kultury, pomagają pozbyć się kompleksu prowincji. Dla Włodzimierza i Moniki Przybylskich, właścicieli firmy Prima z Warki, właśnie na tym polega filantropia. Wydali na nią już kilkaset tysięcy złotych.

Przedsiębiorstwo Wielobranżowe Prima zostało laureatem konkursu Przedsiębiorca Roku m.in. za "dostrzeganie i wspieranie aktywnych ludzi, którzy pragną coś zmienić w swoim otoczeniu". - Warka nie jest biednym miastem. Naszym problemem bywało co innego: władze komunalne nie zaspokajały wszystkich potrzeb mieszkańców, nie zawsze wychodziły do nich z atrakcyjną ofertą. A ludzie chcą działać i uczestniczyć w kulturze - mówi "DGP" Dorota Lenarczyk z lokalnego Stowarzyszenia WARKA. To skrót od "wizja, aktywność, rozrywka, kultura, alternatywa". Przybylscy zmienili tę sytuację.

- Gdy patrzę, jak młodzi marnują czas, gdy nie wiedzą, co ze sobą zrobić, gdy idą w złym kierunku, od razu tracę humor - mówi nam Włodzimierz Przybylski, który zazwyczaj lubi żartować. - Organizujemy więc im letnie ogródki. Montujemy scenę i nagłośnienie, wynajmujemy ochronę. Co roku młodzi grają dzięki temu własne koncerty, tworzą spektakle. Dajemy im warunki do pożytecznej zabawy - opowiada.

Przybylski założył firmę w 1991 roku. Zaczynał od eksportu warzyw i owoców. Po kilku latach poszerzył ofertę o kilka działów z branży usługowej i produkcyjnej. Obecnie Prima jest grupą kapitałową, w skład której wchodzą spółki z najróżniejszych branż: Prima 2000 (eksport warzyw i owoców do sieci sklepów w kilkunastu państwach Europy), Prima Auto (serwis samochodowy, sprzedaż części zamiennych), Prima Logistics (transport i spedycja), Aspirim (obsługa celna) czy Dagas (dystrybutor katalizatorów spalania). - Zawsze kombinowałem, co tu zrobić, by jak najmniej się napracować, a jak najwięcej mieć do podziału - śmieje się Przybylski.

Mieszkańcy są nieustannie zachęcani do tego typu inicjatyw. Instytucje, które chcą coś zrobić dla ludzi, a którym nie mogą pomóc władze miasta, proszą o wsparcie Przybylskich. Sfinansowanie obchodów patrona szkoły? Da się zrobić. Zakup fortepianu dla młodych amatorów Chopina? Proszę bardzo. Przybylscy mają ogromną wiarę w lokalny żywioł. Pewnego dnia o konkretną finansową pomoc poprosiło Stowarzyszenie WARKA, które organizowało akcję "Działaj lokalnie". W jej ramach każdy może starać się o grant na inicjatywę mającą dać coś pożytecznego lokalnej społeczności. Pomysły bywają różne: od wybudowania placu zabaw po zorganizowanie kina plenerowego. Przybylscy pomogli i pomagają do dziś. Jak mówią - takie przedsięwzięcia cały czas napędzają ich do dalszego działania.

- W tym roku dzięki firmie Prima sfinalizowaliśmy 22 projekty na terenie gminy Warka, m.in. warsztaty plastyczne, rajdy, pikniki sportowe czy różnego typu wycieczki - mówi Lenarczyk. Biuro jej stowarzyszenia mieści się w budynku firmy Przybylskich. WARKA nie tylko nic nie płaci za jego wynajęcie, ale dostała też niezbędny sprzęt do działania, a nawet pomoc prawną. Podobnie potraktowano Stowarzyszenie dla Dzieci i Osób Niepełnosprawnych "Tęcza".

Przybylski podkreśla, że wciąż lubi pracę u podstaw i wyciągnięcie choć jednego nastolatka z marazmu może być więcej warte niż czek na milion dolarów przekazany fundacji Gatesów. Właściciele Primy sponsorują projekty, które angażują prawie całe miasto. Prawie, bo odbywają się bez udziału władz Warki. Co roku wykładają tysiące złotych na piknik "Vivat, Pułaski!", na który przychodzi po 10 tys. osób. I namawiają inne firmy, aby również nie żałowały grosza. Skutecznie. Imprezę organizują WARKA oraz miejscowe Muzeum im. Kazimierza Pułaskiego, które także sporo zawdzięcza Przybylskim.

Jak mówi dyrektor muzeum Iwona Stefaniuk, dzięki ich wsparciu organizowane są na terenie muzeum koncerty jazzowe, wieczory "Piosenek z Duszą", występy plenerowe i wystawy archiwalne. Przybylscy nie odmawiają, choć sponsorowanie kultury nie jest tanie. Koncert plenerowy to wydatek rzędu 15 tys. zł, wystawa - 4 - 5 tys. zł. W zamian można dostać tylko symboliczną nagrodę - kopię szabli Pułaskiego przyznawaną najlepszemu mecenasowi muzeum (jej właścicielami są teraz Prima oraz Browary Warka, jeden z największych darczyńców w mieście).

Wiele działań Primy, choć oficjalnie nastawionych na zysk, jest w rzeczywistości niekomercyjnych. Na początku lat 90. firma wybudowała w mieście niepubliczną przychodnię. Zatrudniono w niej ponad 30 lekarzy z najlepszych warszawskich klinik. - Jednak zysk z tego biznesu jest praktycznie żaden. Z trudem wychodzimy na zero, a najczęściej dopłacamy - mówi Przybylski. Przychodni jednak nie zamknie. Razem z żoną doszedł do wniosku, że mieszkańcy Warki powinni równać do warszawiaków. - Inne firmy nie patrzą na nas jak na dziwaków. Wychodzenie naprzeciw potrzebom lokalnej społeczności staje się modne - dodaje Przybylska.

Dobroczynność jest dla niej istotna m.in. z perspektywy funkcjonowania firmy. - Pracownicy inaczej postrzegają swojego pracodawcę, gdy widzą, że organizują coś pożytecznego dla społeczności, w której sami żyją. Na zewnątrz oczywiście nasz wizerunek też zyskuje. Poza tym, co tu dużo mówić: pomaganie jest przyjemne - mówi nam Monika Przybylska. Jej mąż dodaje, że dobroczynności biznesmen może nauczyć się od najbliższych. Gdy na początku lat 90. rozkręcał firmę, pomagała mu rodzina. - Przybylscy to lokalni patrioci. Rozwijają lokalną firmę, gdy pomagają lokalnej kulturze - twierdzi Stefaniuk.

Jednym z ich największych sukcesów jest mecenat nad pewną grupą kilkunastu ambitnych, czujących się nieco ciasno w Warce, nastolatków. Jeszcze jako uczniowie podstawówek i gimnazjów chcieli dawać koncerty i grać w przedstawieniach, ale nie mieli jak i gdzie. Spotykali się u znajomych w domach, w garażach i na strychach. W końcu Przybylscy udostępnili im część nowo zakupionych budynków po Fabryce Urządzeń Mechanicznych, które rewitalizowali. Zespół nazwał się Grupa Poezji Śpiewanej "Fabrykanci". Teraz część jego członków studiuje. - Zostawili po sobie sporo uroczych śladów, między innymi plakaty i artystyczne rysunki na ścianach - wzdycha Przybylski.

Po Fabrykantach jest również ślad w internecie. Na ich starej stronie pozostał wpis: "Pan prezes zgodził się, abyśmy tam spróbowali rozwinąć skrzydła. Nawet powiedział, że pomoże nam to wyremontować. Byliśmy zachwyceni, że wreszcie będziemy mogli wykazać się na większą skalę. Wreszcie zobaczyliśmy, że mamy swoją szansę na to, aby nie czuć się gorszymi niż nasi rówieśnicy, znajomi z większych miast".

@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0021.001.jpg@RY2@

Fot. Rafał Siderski

Monika i Włodzimierz Przybylscy uważają, że ich obowiązkiem są działania promujące rozwój kultury w rodzinnym mieście. Na ten cel wydali już kilkaset tysięcy złotych

Daniel Rupiński

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.