Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Społeczeństwo

Razem w trudnych chwilach

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Ołdakowski: manifestowanie wspólnoty ma ukoić ból i przerażenie

Gdy umierał papież Jan Paweł II, ludzie gromadzili się, żeby zamanifestować swoją religijność. Dzisiaj ten tłum przed Pałacem Prezydenckim to manifestacja ducha, więzi narodowej, przerażenia sytuacją, jaka dotknęła nas wszystkich jako Polaków. To doświadczenie świeckie. Państwo - w sensie symbolicznym - znalazło się w olbrzymiej opresji, można powiedzieć, że ten tłum przed pałacem jest Polską obywatelską. Oni nie znają tego hasła, ale właśnie to manifestują. Kiedy budowaliśmy Muzeum Powstania Warszawskiego, Lech Kaczyński dość szybko powiedział, że trzeba też organizować obchody 1 sierpnia. Wiedział, że wspólnota rodzi się w oparciu o jakieś wydarzenie i towarzyszący temu nastrój.

Warszawa nauczyła się czcić święta patriotyczne radośnie, wspólnotowo. Ludzie chcą tak spędzać doniosłe momenty. To nieprawda, że to element spuścizny "Solidarności", bo w latach 90. nie praktykowaliśmy tego. Kiedy już zabrakło wspólnego wroga, ludzie siebie się przestraszyli. Nastąpiła gwałtowna atomizacja, przestaliśmy czuć się ze sobą dobrze.

Nie, został ból, przerażenie. Próbujemy się z tym zmierzyć właśnie poprzez manifestowanie wspólnoty. To też pokazuje naszą bezradność. To, że wiemy o sobie, iż jesteśmy bezradni wobec tej tragedii, jakoś nam pomaga. Rozmawiałem w poniedziałek z wieloma weteranami, którzy bardzo przejęli się tą katastrofą. Dla nich to potwierdzenie jakiegoś strasznego fatum, jakie wisi nad Polską, które sprawia, że co 50 lat tracimy coś strasznie ważnego, kawałek elity.

Zawsze pozostaje pytanie o to, co będziemy czcili, kiedy uda się przezwyciężyć ten ból. Przecież z jednej strony 1 sierpnia jest datą tragiczną, to dzień jednej z największych klęsk w historii Polski. Ale z drugiej strony to też data, która uruchamia dyskusję o tym, jaka jest granica obrony własnej wolności. Czy można poświęcić życie swoje i innych w obronie jednostki i społeczeństwa. Dziś bezproblemowo rozstrzygamy konflikt Tybetańczyków z Chinami na korzyść mnichów. Dajemy im prawo do protestu przeciwko totalitaryzmowi i nikt nie pyta, czy to ma sens. Nikt nie pyta, kiedy oni zdobędą wreszcie Pekin. Nie mają kałasznikowów, nie mają rakiet, mają jedynie moralną wyższość. Powstańcy byli w tej samej sytuacji. Po prostu mieli moralną wyższość.

Smutno mi i tak naprawdę nie chcę tych obrazków oglądać. Chciałbym, byśmy mieli poczucie, że z Lechem i Marią Kaczyńskimi chowamy na Wawelu wszystkich tych, którzy zginęli w tej katastrofie. Pamiętajmy, że nikt z nich nie leciał tam turystycznie. Oni wszyscy mieli w Katyniu reprezentować państwo polskie. Być może dlatego było ich tak wielu. Ale też chowamy tam polskich oficerów zamordowanych 70 lat temu.

Na kilka dni przed wylotem Maciej Łopiński powiedział mi, że zgłasza się bardzo dużo ludzi, którzy chcą lecieć z prezydentem. W jego głosie wyczułem prośbę, by oddać te miejsca, które przypadły mi, Darkowi Gawinowi i Lenie Cichockiej-Dąbkowskiej. Podjąłem decyzję, że nie lecimy. W ostatnią niedzielę spotkałem Macieja Łopińskiego i powiedział mi, że tak naprawdę jesteśmy mu winni pół litra. Mam nadzieję, że moje życie jest więcej warte niż butelka dobrej wódki, ale nie mam pojęcia, co mógłbym mu dać za to, że wykreślił mnie z tej listy.

Trzy lata temu byłem z nim w Katyniu. Gdy widziałem się z prezydentem przedostatni raz, on wtedy akurat wrócił ze szpitala, gdzie leży jego mama. Spytałem, czy znów polecimy razem. Bardzo się ucieszył. Później zadzwonili urzędnicy z kancelarii i poprosili, żebym podał numer paszportu. Powiedzieli, że wpisano mnie do oficjalnej delegacji prezydenckiej. Wiedziałem, że ta wizyta będzie ważnym momentem.

Smoleńsk jest miastem, w którym zastygły stare i nowe czasy. To lotnisko robi wstrząsające wrażenie. Tam leżą wielkie betonowe płyty, między nimi rośnie trawa, która pewnie tylko raz w roku jest koszona. Wzdłuż pasa stoi rząd gigantycznych poradzieckich bombowców, które częściowo zostały zdemontowane. Bez silników, bez wnętrza. Stoją same takie skorupy. Najdziwniejszym momentem w czasie tamtej wizyty było przyjęcie, jakie na jej koniec zorganizowali Rosjanie. Gdy wracaliśmy z Katynia, gubernator tego okręgu chciał w imieniu ówczesnego prezydenta Władimira Putina wykonać jakiś gest w kierunku naszej głowy państwa. Na jego część wystawił przyjęcie. Na lotnisku rozbito namiot, w nim suto zastawiony stół. Gubernator zaprosił nas, by wypić toast za naszego prezydenta w imieniu Władimira Putina. Z jednej strony to było w tym coś serdecznego, ale z drugiej strony miałem poczucie strasznej obcości. Oto mieliśmy pić wódkę na stojąco, w powietrzu unosił się zapach wędzonych ryb i kawioru, a zaledwie kilka kilometrów dalej kiedyś ginęli oficerowie polscy. Zdałem sobie wtedy sprawę, że może my kompletnie nie doceniamy w Rosjanach tego, że oni są zupełnie inni niż my. I nie można ich mierzyć naszą miarą, bo oni zawsze pozostaną tacy jak z Dostojewskiego.

Ten las jest straszny. To nie żadna groźna puszcza, trochę przypomina takie mazowieckie większe krzaki, sosnowy lasek na piaskowych wydmach. On nawet nie bardzo szumi.

Lubił z nami rozmawiać, ale nie o polityce, tylko o świecie, książkach czy filmach. Czasami w pałacu czuł się jak w klatce. Próbował znaleźć miejsca, w których mógł się zregenerować. Kiedy był zdenerwowany, lubił z nami rozmawiać o czymś, co wykraczało poza sprawy bieżące. Kiedy widziałem go przedostatni raz, przez godzinę rozmawialiśmy o ulubionych starych filmach, czym różniło się aktorstwo Kaliny Jędrusik od Aliny Janowskiej, dlaczego zapomniana jest "Pętla" Wojciecha Hasa, o "Popiołach" i wczesnym kinie Wajdy. Potrafił też mówić o różnicach między "Rio Bravo" a "Siedmioma wspaniałymi". Lubił taki typ eleganckiej kultury. Rzadko chodził do kina, nie chciał robić zamieszania swoją osobą.

Kiedyś udało nam się go namówić, żeby poszedł z nami do restauracji, do której często chodziliśmy, gdy budowaliśmy muzeum. Ludzie dookoła wiedzieli, że to prezydent, ale każdy udawał, że tego nie widzi.

Zresztą on zadziwiał nas wiele razy. W telefonie nie miał wpisanych numerów telefonów, wszystkie pamiętał. Gdy został prezydentem, wśród pracowników kancelarii krążyła anegdota, że za każdym razem, gdy widzieli swego szefa, to mu się przedstawiali, bo mieli wrażenie, że on widzi ich pierwszy raz w życiu. Ale wiedząc, że prezydent ma pamięć do telefonów, żartowano sobie, że oprócz imienia i nazwiska będą przedstawiać się także numerem swojej komórki. Myślę, że prezydent pamiętał około tysiąca numerów. Słynął też z tego, że potrafił w pamięci wyliczyć dzień tygodnia, w jakim ktoś przyszedł na świat. Pamiętał też, kiedy każdy z nas się urodził. Kiedy w sobotę zadzwoniłem do Marty Kaczyńskiej, by złożyć jej kondolencje, powiedziała: tata zawsze traktował was jak swoje wyrośnięte dzieci. Trochę też tak się czuliśmy.

@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0013.101.jpg@RY2@

Fot. Wojtek Łaski/East News

Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu zgromadził tysiące Polaków z całego kraju

dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.