Drugie pokolenie płacze po Katyniu
Izabella Sariusz-Skąpska ma imię po swojej babci, żonie przedwojennego prokuratora zabitego przez Rosjan wiosną 1940 r. w Katyniu. Dziś wspólnie z mamą i siostrą opłakuje ojca - Andrzeja Sariusza-Skąpskiego, który zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu koło Smoleńska.
Do Katynia po raz pierwszy pojechała jesienią 1989 r. - Straszne miejsce. Wtedy las otoczono parkanem z desek nabijanych jedna na drugą, tak by nie można było przez szpary zobaczyć, co jest w środku - opowiada.
Pomnik, który stał po środku, miał wyryty wielki napis, że to miejsce, w którym Niemcy zamordowali polskich oficerów w 1941 r. - Przed nami byli już tam Polacy i na tych granitowych płytach scyzorykami, nożami przerabiali tę jedynkę w dacie 1941 na zero. Wychodziło, że Niemcy zrobili to w 1940 r.
Skąpska pojechała wtedy do Katynia z ojcem. I choć wizyta trwała godzinę, Andrzej Sariusz-Skąpski nie zapamiętał z niej nawet sekundy. - A ja pamiętam wszystko. On chodził, palił papierosa za papierosem i mówił: "Popatrz, to jest tutaj. Pamiętasz z tych zdjęć od Andersa, to będzie ta górka, to będą te drzewa...".
I nawet fotografie, które kilka tygodni później ktoś przesłał do państwa Skąpskich, nie przywróciły ojcu pamięci. Gdy na nie patrzył, nie wierzył, że widzi siebie. - On po prostu nie pamiętał siebie w tym miejscu. Historia pochłonęła go całkowicie.
Latem 1939 r. 34-letni wówczas Bolesław Skąpski wypoczywa z żoną i dwuletnim Andrzejem w swoim zakopiańskim domu. 4 sierpnia pilnie zostaje wezwany do Warszawy, gdzie pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości. Jest prokuratorem. Kilka dni później w jego ślady jedzie żona z synkiem. Zbliża się wojna, rodzina nie chce się rozdzielać. Cztery dni po ataku Niemiec na Polskę rząd i inne instytucje państwowe ewakuują się na ówczesne Kresy Wschodnie. Po 17 września Skąpski, choć nie jest ani wojskowym, ani oficerem rezerwy, trafia do sowieckiego obozu jenieckiego. Po kilku dniach dostaje zgodę na widzenie z żoną. - Wtedy moja babka widziała go po raz ostatni. Dziadek dał jej pieniądze, ściągnął z palca obrączkę i rodowy sygnet. I powiedział słowa, które znamy z filmu Andrzeja Wajdy: "Bierz Andrzeja i wracaj do Krakowa".
Droga zajmuje jej dwa miesiące. Co się działo w tym czasie? Nie wiadomo. - Jakaś straszliwa trauma, jaka towarzyszyła tym wydarzeniom, spowodowała, że moja babka nigdy nic nie opowiedziała o tych dniach.
W listopadzie 1939 r. dostaje jeden jedyny list od męża z obozu w Kozielsku. Pisze w nim, by się o niego nie martwiła. Zapewnia, że nie jest głody i nie choruje. Dopytuje, czy u niej wszystko w porządku. Podaje też adres, na jaki można wysyłać mu listy.
Izabella pisze listy. Ale po wiośnie 1940 r. wracają z pieczęcią: adresat nieznany. Izabella umiera w październiku 1942 r., nie wie, że od ponad dwóch lat jest wdową. 13 kwietnia 1943 r. Niemcy podają informację o odkryciu polskich grobów, na liście ofiar Katynia jest Bolesław Skąpski. - Tu kończy się historia mojego dziadka, a zaczyna historia mojego ojca - mówi Skąpska.
Andrzej ma wtedy 6 lat. Wychowuje go dziadek, krakowski adwokat. Mieszkają pod Wawelem w rodzinnym domu. Bliscy nie kryją przed dzieckiem prawdy.
Chłopak nie ma łatwego dzieciństwa. Nie może przyznać się, że ojciec zginął w Katyniu, z drugiej strony wie, że władza wie, co się stało z jego ojcem. W szkole często jest wywoływany z klasy przez UB. Funkcjonariusze pojawiają się znienacka, przerywają lekcje i małego Andrzeja wyciągają na korytarz. - Skąpski, co się stało z waszym ojcem?
Często zmienia szkoły, kilka razy powtarza klasę. Dopiero w 1956 r. zdaje maturę. Zamiast na wymarzone prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie przed wojną studiował jego ojciec, idzie na politechnikę. - Niestety, ktoś z tak "zabagnionym" życiorysem nie miał szans studiować prawa - mówi Skąpska.
Do Katynia Skąpski pojechał jako jeden z pierwszych jesienią 1989 r. W tę podróż zabrał Izabellę. Później jeździli tam jeszcze wiele razy. Razem lub osobno. Zawsze zabierali ze sobą kwiaty z Polski, najlepiej od krakowskich kwiaciarek. Tydzień temu, 7 kwietnia też jechali razem. Izabella zabrała ze sobą bukiet irysów. - Przeżywaliśmy spotkanie premiera Tuska z Putinem. Mieliśmy wrażenie, że te przedłużające się uroczystości, bo przecież do Polski wróciliśmy z 3-godzinnym opóźnieniem, wynikają z tego, że gdzieś nad nami rozgrywa się historia - mówi wzruszona Skąpska.
Dwa dni później, z samego rana z dworca Warszawa Zachodnia odchodzi specjalny pociąg do Katynia. Wśród podróżujących jest druga córka Skąpskiego. On sam jako szef Federacji Rodzin Katyńskich dostaje zaproszenie do prezydenckiego samolotu, który wylatuje do Smoleńska następnego dnia. Z rana zjawia się na lotnisku wojskowym Okęcie. W tym czasie w jego krakowskim domu żona i córka przygotowują się do oglądania transmisji z Katynia. - Oglądałyśmy te zapowiedzi jednym okiem, wiedząc, że wcześniej będą jakieś przebitki, komentarze. I nagle zaczęły pojawiać się informacje o problemach przy lądowaniu. A potem padła ta najgorsza. Siedziałyśmy wpatrzone w telewizor, łudząc się, że to nie ten samolot - mówi Skąpska. Jej siostra czeka na ojca w katyńskim lesie.
- Nie mogę powiedzieć, że Katyń to miejsce przeklęte. Bo w tamtą ziemię 70 lat temu wsiąkła krew męczenników. A to ziemię uświęca, a nie przeklina - mówi Skąpska. I tak jak kiedyś jej babka przechowywała list od męża, tak ona dziś przechowuje w telefonie SMS-y od ojca.
Jego ciało zostało zidentyfikowane w niedzielę. Zostanie pochowany w rodzinnym grobowcu na Rakowcu.
@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0014.001.jpg@RY2@
Fot. Paweł Ulatowski
Izabella Sariusz-Skąpska przechowuje sms-y od ojca tak jak kiedyś babka list od męża
Agnieszka Sopińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu