Lud pokochał barykady
Zrozumieliśmy, że wolny rynek, choć dobry, nie umie rozwiązywać wszystkich problemów. Wymaga kontroli i stymulacji, jak pacjent, który ma arytmię. A respirator trzymają dzisiaj związkowi liderzy
Po raz pierwszy od dawna przestaliśmy ulegać tej narracji. A brzmi ona często tak: związki zawodowe są złe, bo mają pretensje, roszczenia, wymagają, ale w zamian dają niewiele, a często nic. Za to biorą: wysokie pensje, służbowe samochody, biura, delegacje. Pasą się za publiczne pieniądze, bo to głównie w budżetówce odgrywają jakąś rolę. I chociaż walkę o interesy ludzi pracy mają w statutach, a niektórzy, najbardziej dynamiczni, stale wypisują ją na sztandarach, są to jedynie frazesy, mitologia uprawniająca do zajmowania miejsca w przestrzeni publicznej.
Eksplozja poparcia
Stop. Teraz tych argumentów już nie kupujemy. Przeciwnie. Zaczęliśmy zauważać, że taki tryb myślenia nie zawsze jest zgodny z prawdą. I doceniać związki zawodowe, bo w opinii wielu z nas jest to ostatnia deska ratunku przed biedą, społeczną alienacją i brakiem perspektyw, jakie realnie dotykają setek tysięcy ludzi, głównie młodych.
Tak wysokiego zaufania społecznego jak obecnie związki nie notowały nigdy. 69 proc. z nas popiera lub zdecydowanie popiera ich działania, w tym uliczne protesty, do jakich doszło jesienią w Warszawie. Mamy do czynienia niemalże z wybuchem uznania dla związkowców, które od kwietnia 2013 r. urosło o 22 pkt proc. (wtedy było na poziomie 47 proc.). Dynamicznie spada również liczba osób, które uważają, że związkowcy racji nie mają i ich działaniom nie zamierzają przyklaskiwać. W kwietniu takim poglądem legitymował się co trzeci Polak, w październiku już prawie co czwarty (24 proc.). Szybko zwiększa się liczba osób, które nie mają wątpliwości, że organizacje zrzeszające pracowników zaczynają rzeczywiście reprezentować interesy ogółu Polaków. W krótkim czasie ich liczba wzrosła z 40 proc. do 59 proc. Liczba przeciwników takiego sądu spadła tymczasem z 44 do 33 proc.
Co ciekawe, chociaż protesty związkowe zawsze skierowane są przeciwko działaniom aktualnego rządu, najwięcej zwolenników związkowych postulatów i metod działań znajdziemy wśród wyborców koalicyjnego PSL (83 proc.). W przypadku głosujących na Platformę Obywatelską aż 35 proc. osób przyznaje rację NSZZ "Solidarność" i OPZZ, a nie wybranemu przez siebie rządowi. Zdecydowana większość z nas pozytywnie ocenia sposób prowadzenia protestów, chociaż wpływają one bardzo destrukcyjnie na funkcjonowanie Warszawy, ponieważ to właśnie tu organizowane są skomasowane akcje uliczne (badanie "Aktualne problemy i wydarzenia" przeprowadzono metodą wywiadów bezpośrednich wspomaganych komputerowo w dniach 3-9 października 2013 r. na liczącej 1066 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski).
- Ocena naszych działań wynika z oceny rzeczywistości Polski w ostatnich latach. Od chwili objęcia rządów przez koalicję PO-PSL 700 tys. osób pozbawiono pracy. Czy mieszanie ludziom w głowach zielonymi wyspami przy braku możliwości zapewnienia minimum socjalnego nie zakrawa na kpinę? - zastanawia się Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). - Zapotrzebowanie na związki wynika w dużym stopniu z zawiedzionych oczekiwań. Mamy bowiem do czynienia z rządem, który programowo nie spełnia obietnic i nie dotrzymuje słowa.
Wygląda na to, że dzisiaj - po romansie z polityką - dwie główne centrale związkowe NSZZ "Solidarność" i OPZZ wracają do korzeni. Ponownie próbują stać się gardą dla ludzi pracy, często pozbawianych jakiejkolwiek realnej ochrony. Bo właśnie taka potrzeba legła u podstaw światowego ruchu związkowego. Tam, gdzie związki nie nawiązały romansu z polityką, wciąż to podstawowe zadanie jest realizowane lepiej niż gdzie indziej.
Pierwsze związki zawodowe powstały w Wielkiej Brytanii w 1824 r. Ich podstawowymi zadaniami były i są obrona interesów pracowników i działanie na rzecz poprawy sytuacji ekonomicznej i społecznej ludzi utrzymujących się z codziennej pracy (wtedy głównie fizycznej). Tym samym organizacje zrzeszające zatrudnionych przeciwstawiały się pracodawcom zaniżającym stawki i zatrudniającym pracowników do wykonywania zajęć w warunkach urągających ludzkiej godności. Od chwili wprowadzenia do systemów prawnych poszczególnych państw ustaw regulujących prawa i obowiązki obydwu stron stosunku pracy stały też na straży ich przestrzegania.
Działalność związków nie była jednak pozbawiona wynaturzeń. W krajach o silnej tradycji pracowniczej organizacje te osiągały nieraz bardzo duży wpływ na władzę i gospodarkę, prowadząc do maksymalnego wzmocnienia pozycji swojej grupy na rynku pracy. Kosztem innych. W Wielkiej Brytanii doprowadziło to do praktycznego paraliżu państwa i zapaści gospodarki w latach 70. i 80. Strajki podejmowały nawet związki zawodowe strażaków, co skutkowało koniecznością mobilizowania wojska do gaszenia pożarów. Związek zawodowy drukarzy cenzurował treść gazety "Evening Standard", zaś wprowadzane przez związki zasady ochrony czasu pracy prowadziły do faktycznej dyskryminacji kobiet.
Znana z walki ze związkowymi patologiami Margaret Thatcher mówiła wtedy, że poziom bezrobocia uzależniony jest od rozmiarów władzy związków i że to związki doprowadziły do utraty etatów przez dziesiątki tysięcy ludzi wskutek wygórowanych żądań zwiększenia płac za niewystarczającą produkcję. Spowodowały przy tym radykalną utratę konkurencyjności brytyjskich towarów.
W Stanach Zjednoczonych związki forsowały regulacje ścisłego podziału kompetencji zawodowych - np. murarzom nie wolno było używać kamieni, bo było to zajęcie zarezerwowane dla związku kamieniarzy, elektrykom nie pozwalano wymontować deski rozdzielczej urządzeń elektrycznych, bo było to zajęcie stolarzy. Hydraulik remontujący łazienkę musiał zlecić demontaż kafelków odpowiedniemu specjaliście itd.
- Dzisiaj związkowcy starają się unikać radykalnych rozwiązań, zarówno w dziedzinie ochrony pracy, jak i w doborze metod protestu. To może okazać się ich wielką siłą. Jeżeli przekonają do swoich, często bardzo słusznych, sądów ogół społeczeństwa, a zbliżają się do tego celu, rząd nie będzie w stanie bagatelizować tego, co mają do powiedzenia - tłumaczy prof. Marek S. Szczepański, kierownik Zakładu Socjologii Rozwoju Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
- Siła organizacji bierze się również z umiejętnego balansowania między różnymi ośrodkami politycznymi przy braku bezwarunkowego poparcia żadnego. Od dawna związki nie starały się być tak apolityczne, co Polakom zmęczonym i nieufnym w stosunku do polityki zaczęło się bardzo podobać - dodaje.
Nie taki diabeł straszny
W opinii prof. Szczepańskiego demonizowanie roli związków zawodowych traci rację bytu z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że organizacje pracownicze rozpoczynają ponowną pracę u podstaw - alienując się ze sfery politycznej, pozostają w sferze publicznej poprzez podejmowanie ważnych, a nie pozorowanych działań na rzecz zatrudnionych, np. próby systemowej walki z umowami śmieciowymi wśród młodych. Po drugie, ciągłe bombardowanie ludzi tą samą argumentacją, jakie to związki są złe, powoduje mentalne zaimpregnowanie, a w polskich warunkach nawet przekorę: skoro ciągle nam mówią, że coś jest złe, to może jednak takie złe nie jest, ba, może nawet jest dobre. I coraz częściej, jak widać po badaniach CBOS, właśnie do takiego wniosku dochodzimy.
Dodatkowo, w opinii ekspertów, przedstawiciele związków stają się bardziej odpowiedzialni. Zdarza im się wciąż spalić oponę w czasie protestu pod Sejmem albo wybatożyć kukłę przedstawiającą znienawidzonego polityka, ale dzieje się to w ramach jednorazowych niegroźnych happeningów. Długofalowo ich zainteresowanie przestaje sprowadzać się jedynie do walki o dobro pracowników, nawet kosztem firmy, jak bywało np. w latach 90. Zależy im również na interesie pracodawcy, bo zrozumieli, że obie strony umów o pracę tworzą system naczyń połączonych. Wiedzą, że jeśli narażą pracodawcę na straty wygórowanymi żądaniami, odbije się to właśnie na pracownikach, poprzez ryzyko zwolnień, obniżenia pensji czy radykalnych ograniczeń socjalnych. Widać zatem, że w działaniach związkowych górę przestały brać emocje, a do głosu dochodzi coraz częściej rozum.
Dialog jak oddychanie
To, co przekonuje Polaków, wciąż nie ma szczególnego znaczenia dla większości właścicieli firm. Jak wynika z badania SGH i Konfederacji Lewiatan "Rzemieślnicy i biznesmeni. Właściciele małych i średnich przedsiębiorstw prywatnych" tylko 9 proc. przedsiębiorców uważa, że związki zawodowe powinny działać we wszystkich przedsiębiorstwach, niezależnie od formy własności. 25 proc. uznało, że jedynie w firmach publicznych, ale aż co trzeci (czyli największa grupa) deklarował, iż nie powinny być obecne w żadnych firmach.
Takie sądy wydają się naturalne, ponieważ według tego samego badania większość polskich przedsiębiorców (62,3 proc.) preferuje autokratyczny styl zarządzania (decyzje podejmują bez udziału pracowników), a jedynie 25,7 proc. stawia na demokratyczny wariant kierowania firmą. W przedsiębiorstwach stosowana jest dość powszechnie zasada ograniczonego zaufania do zatrudnionych. Do przeświadczenia, że pracownika lepiej mieć na oku, przyznaje się niemal połowa zarządzających.
Ale jest grupa pracodawców, którzy z interesami związkowców się liczą i są otwarci na dialog. - Biznes wymaga zgody. Bez porozumienia niemożliwy jest rozwój, a na tym opiera się działalność każdego przedsiębiorcy. Napięcia między zarządem firmy i organizacją związkową nigdy nie przynoszą korzyści. Dlatego istotne jest unikanie ich, jeśli to konieczne - nawet kosztem rezygnacji ze sporej części swoich postulatów. Ale oczywiście ta zdolność do kompromisu musi w równym stopniu dotyczyć obu stron - ocenia Andrzej P. Kublik, prezes Farmtrack Tractors Europe, jednego z czołowych polskich producentów i eksporterów ciągników.
Agnieszka Durlik-Khouri z Krajowej Izby Gospodarczej dodaje, że polaryzacja my, pracownicy - oni, pracodawcy jest w stanie zabić każde porozumienie i doprowadzić firmę na skraj przepaści. - Nie da się zarządzać przedsiębiorstwem w sposób kompletny bez rozmawiania z ludźmi. Z drugiej strony rozmawiać mogą partnerzy, konieczne jest zatem budowanie takich relacji w firmach. Dzisiaj na żadną ze stron nie działają szantaże i groźby, więc w relacjach pracodawcy - związki siłą rzeczy skazani jesteśmy na dialog i porozumienie - przewiduje specjalistka.
Profesor Richard Hyman z London School of Economics, zajmujący się m.in. historią ruchów pracowniczych, uważa, wbrew temu, co obserwujemy dzisiaj w Polsce, że związki zawodowe nie mają przyszłości. W Wielkiej Brytanii bowiem w uniach jedynie co dziesiąty działacz to osoba poniżej 20. roku życia. Najwięcej jest osiadłych na związkowych apanażach 40-, 50-latków, którzy nie maja już żadnej alternatywnej ścieżki kariery. W perspektywie kilkunastu lat znajdą się na emeryturze, a ich dzisiejsza społeczna rola wygaśnie. Ludzie wchodzący teraz na rynek pracy lub obecni na nim od niedawna, inaczej niż doświadczone propracownice tuzy, zwykle zatrudniają się w firmach prywatnych, bo państwowych jest znacznie mniej niż w latach 70. czy 80. XX w. Dodatkowo w wielu wypadkach wpływ na obsadę nowych stanowisk mają właśnie związki, w których interesie jest promowanie np. rodzin swoich członków. W przedsiębiorstwach prywatnych tymczasem przynależność do związku jest dość mocno ograniczana, choć głównie nieformalnie.
Młodym z odsieczą
Wydaje się, że w Polsce jest podobnie, ale Piotr Duda, szef NSZZ "Solidarność", parafrazując Marka Twaina, przekonuje, że pogłoski o śmierci inicjatyw związkowych są mocno przesadzone. - Właśnie młodym jesteśmy najbardziej potrzebni, więc o perspektywę naszych działań nie mamy powodu się bać. Właśnie wśród młodych nasze notowania na pewno nie będą spadać tak długo, jak długo po dwóch kierunkach studiów wyższych i trzech certyfikatach językowych będzie się im proponować umowę o dzieło za tysiąc złotych miesięcznie. Sądzę, że będą nas wspierać także z Anglii, gdzie wciąż na dużą skalę będą emigrować - przewiduje szef Solidarności. - Młodzi boleśnie się przekonują, że wolny rynek nie załatwi wszystkiego, że nie jest idealny i wymaga korekt. Dla nich pracujemy i nie wydaje mi się, by jeszcze przez dłuższy czas zabrakło nam zajęcia.
To chyba niestety prawda. Bezrobocie wśród osób, które ukończyły wyższe studia, jest porażające. Co trzeci absolwent nie ma pracy, wielu pracuje poniżej swoich umiejętności, a często także godności. Wszystko wskazuje na to, że na koniec roku spełni się prognoza Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami zakładająca, że ogólny poziom bezrobocia sięgnie 13 proc. W takim wypadku bezrobocie wśród absolwentów przekroczy próg 30 proc. Pytanie, jak bardzo musi jeszcze wzrosnąć, aby większość Polaków nie tylko popierała postulaty i metody działania związków zawodowych, lecz także uwierzyła w ich długofalową skuteczność, z czym dzisiaj jeszcze ma problem.
- Rząd zużywa się szybko, jest na równi pochyłej. Nie dotrzymał praktycznie żadnej istotnej obietnicy. Związki zaczynają się jawić jako bardziej wiarygodne, co chyba jeszcze nigdy nie miało miejsca. Stąd już tylko krok do wiary, że uda im się zmienić Polskę - przekonuje prof. Marek S. Szczepański z UŚ. Chyba zmądrzeliśmy. Fałsz uznajemy za fałsz, a w dobrych intencjach nie dopatrujemy się drugiego dna. Obyśmy się tylko nie zawiedli.
Ciągłe bombardowanie ludzi tą samą argumentacją, jakie to związki są złe, powoduje mentalne zaimpregnowanie, a nawet przekorę: skoro ciągle nam mówią, że coś jest złe, to może jednak takie złe wcale nie jest
@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.00000090b.101.jpg@RY2@
@RY1@i02/2013/236/i02.2013.236.00000090b.803.jpg@RY2@
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Marcin Hadaj
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu