Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Pustynia atakuje wieś

28 czerwca 2018

Nie chodzi o suszę. Są regiony kraju, w których na wsi żyje coraz mniej ludzi. Kwestią czasu jest moment, w którym niektóre miejscowości wyludnią się całkowicie. I to mimo tego, że statystycznie coraz więcej Polaków mieszka na wsi

Głusiec. Wieś położona w gminie Sieciechów. Tuż przy Wiśle, niecałą setkę kilometrów na południowy wschód od Warszawy. Za rzeką Dęblin, 20 km dalej Kozienice z elektrownią. Wieś ani biedna, ani bogata. Przeciętna. Na tablicy informacyjnej królują ogłoszenia o kokoszach i chwilówkach. To nie są tereny po PGR-ach, gdzie często bieda aż piszczy, tu w oczy rzucają się dwu-, trzypiętrowe bloki z wielkiej płyty i balkony przystrojone antenami satelitarnymi.

Ale jeśli się bliżej przyjrzeć - to podobnie jak w sąsiednich Kępicach - sporo w Głuścu budynków, tych gospodarczych, wciąż pokrytych eternitem, którego miało już nie być, bo powoduje raka. Z kolei w położonym za torami, liczącym ok. 150 mieszkańców Nagórniku, dwa domy mają zamurowane cegłami drzwi wejściowe. Trudno o bardziej dobitny symbol popadania w ruinę. Ale są i inne: w ostatnich latach na wsiach pojawiło się mnóstwo charakterystycznych tablic z unijną flagą, na których wypisana jest wielkość dotacji oraz nazwa projektu. Czasem to budowa drogi, czasem remont dachu szkoły, czasem rozbudowa gospodarstwa. Tego w tej okolicy mniej. Nie widać także nowych domów.

I nie chodzi o to, że te, które stoją, są zaniedbane czy stare. Nie. One stoją, jedne są ładniejsze, inne brzydsze, ale można odnieść wrażenie, że tutaj się nic nie rozwija. Raczej trwa walka o status quo. Także tego liczebnego. O ile w 2006 r. w Głuścu mieszkało 289 osób, to obecnie mieszkają 272 osoby. W latach 2006-2010 liczba ludności spadła o 5 proc. - takie dane przytacza Kinga Balcerek, która pisała pracę magisterską związaną z tym rejonem. - To wszystko przez brak pracy. Jakby była, toby ludzie nie wyjeżdżali - stwierdza sołtys Aldona Klimowicz, która prowadzi bar Piwonia, jeden z dwóch tego rodzaju przybytków w gminie Sieciechów. Do rozmowy włączają się klienci. Dwóch z nich pracuje w Warszawie. Wyjazd w poniedziałek o trzeciej rano, powrót w piątek popołudniem. Kiedyś można było mieszkać tutaj i pracować chociażby w Dęblinie, który był ważnym ośrodkiem kolejowym i wojskowym. Ale to było kiedyś. Dziś Wojskowe Zakłady Remontowe zatrudniają ledwie kilkaset osób, a wokół Elektrowni Kozienice nie ma już licznych zakładów remontowych. No bo z czego tu żyć? Jak ktoś ma 5 ha, to nie opłaca mu się tego uprawiać. Nawet jeśli ma ciągnik. I tak z roku na rok liczba tych, którzy żyją z rolnictwa, się zmniejsza. Teraz we wsi jest siedmiu większych rolników, takich, którzy gospodarzą na co najmniej 30 ha, i mniej więcej tylu samo mniejszych. Dzieci wyjechały. A starsi jakoś trwają.

Rozmawiam z rolnikiem, który właśnie zbiera z synem kalafiory z pola przy Kępicach. Długimi nożami obcinają liście, na przyczepę traktora wrzucają białe główki. - Trzy córki wysłałem na studia, one już się urządziły. Teraz najmłodszy pięknie zdał maturę, ale na razie nie mam pieniędzy, by studiował, tak więc pójdzie za rok. Ale trudno się dziwić, że ludzie wyjeżdżają, po prostu z gospodarki nie da się wyżyć. Ja już nie mówię o całej czwórce, ale nawet jednej osobie może być trudno - opowiada gospodarz.

Na papierze wszystko wygląda ładnie. Jak jest dobry rok, to z hektara można zebrać nawet 30 ton kalafiorów i sprzedać po złotówce za kilogram, czyli w skupie dostać 30 tys. zł. Ale jeśli się od tego odliczy koszt nasion, nawozów, ropy, tego, że trzeba wynająć ludzi do pocięcia główek kalafiorów (80 zł dniówka), okazuje się, że rolnikowi nie zostaje aż tak dużo. Sam koszt pracowników to kilka ładnych tysięcy złotych. W dobrym roku z hektara może zostać ponad 10 tys. zł. Dużo gorzej się wiedzie, gdy rok jest zły. Tak jak ten. No bo kto to słyszał, żeby w połowie listopada kalafiory z pola zbierać. A to wszystko przez to, że było sucho.

Choć w sąsiadujących z Głuścem Kępicach ich liczba także spada, to i tak dużo gorzej jest w sąsiednim Zbyczynie, który dzieli się na trzy części. W tej przy samym wale jeszcze kilkadziesiąt lat temu było siedemnaście numerów. Dziś zamieszkane są tylko cztery. Część domostw jest już zrównana z ziemią. Z innych dorosłe dzieci dawno się wyprowadziły, starsi wymarli, a teraz to, co zostało, jest tak mało warte, że czasem nie opłaca się przeprowadzić nawet sprawy spadkowej. Stoi i niszczeje. Pociecha w tym, że część gospodarstw została kupiona i jest traktowana jako domki letniskowe - w końcu położenie przepiękne, tuż za wałem Wisła, las łęgowy, śliczne plaże. - Trudno się dziwić, że ludzie uciekają. Brakuje dobrej drogi, nie ma sklepu - opowiada radny gminy Kazimierz Klimowicz-Mastalerz.

Rozwój centrum kosztem peryferii

To, co dzieje się w zakolu Wisły, doczekało się w socjologii swojej nazwy - naukowcy nazywają takie zjawisko depopulacją. Lub pustynnieniem. Ten proces - można przeczytać w raporcie "Polska wieś 2012" przygotowanym przez Fundację na rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa - "obserwowany głównie na pograniczu wschodnim, jest zjawiskiem trwałym. Wysoka liczba ludności w wieku poprodukcyjnym oraz znaczne (proporcjonalnie do pozostałych sektorów) zatrudnienie agrarne przekłada się na pozornie dobrą ocenę sytuacji na rynku pracy. Niski odsetek ludności w wieku produkcyjnym sprawia, że ogólny poziom zatrudnienia uzyskuje ponadprzeciętne wartości, a wysoki udział wyłącznie lub głównie w rolnictwie indywidualnym niweluje skalę bezrobocia jawnego". Inaczej mówiąc: nikt dziś sytuacją terenów ulegających pustynnieniu zbytnio się nie przejmuje, bo stopa bezrobocia nie jest na poziomie alarmującym, a wręcz wygląda korzystnie. Ot, taki mały statystyczny psikus.

Ale problem istnieje i będzie się pogłębiał. Żeby zrozumieć zjawisko, warto przyjrzeć się zmianom demograficznym, jakie zachodzą na wsi. Przed I wojną światową udział ludności wiejskiej w ogóle społeczeństwa był szacowany na ponad 70 proc. Po II wojnie dwóch na trzech Polaków było chłopami. Później procent ludności wiejskiej systematycznie się zmniejszał. W 1960 r. było to 51,7 proc., w 1970 r. - 47,7 proc., w 1980 r. - do 41,3 proc., a w 1990 r. - 38,2 proc. Takie liczby przytacza w książce "Wiejska Polska na początku XXI wieku" prof. Maria Halamska z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk. Co istotne, choć spadał odsetek ludności wiejskiej, to w liczbach bezwzględnych cały czas oscylował na poziomie ok. 14,5 mln osób, bo ogółem Polaków przybywało. Na przełomie wieków doszło do odwrócenia trendu: odsetek ludności wiejskiej i jej liczba rosną - przez pierwszą dekadę XXI w. o prawie 170 tys. Obecnie poza miastami mieszka 39 proc. Polaków.

Jak to możliwe, że mimo większej liczby ludności na wsi, poszczególne miejscowości zaczynają zanikać? Wytłumaczenie jest proste. Rozwijają się te, które, mówiąc wprost, mają przed sobą przyszłość, możliwość funkcjonowania. Zdecydowanie najlepiej te, które są położone wokół aglomeracji. I nie chodzi tu tylko o wianuszek gmin wokół Warszawy. Jeśli we wspominanym raporcie autorstwa prof. Jerzego Wilkina i dr. Iwony Nurzyńskiej (z fundacji?) spojrzymy na mapę poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego, to np. w województwie lubelskim zdecydowanie najlepiej mają się gminy, które bezpośrednio graniczą z Lublinem, a na Podlasiu te wokół Białegostoku. Co charakterystyczne, widać pas gmin lepiej rozwiniętych, które są położone przy drogach, np. Warszawa-Białystok, Warszawa-Lublin czy autostradzie Rzeszów-Śląsk. Inną kategorią wsi, które mogą liczyć na rozwój, są te, które czerpią rentę ze swojego położenia geograficznego. Mowa tu o gminach nadmorskich czy tych położonych w Bieszczadach. Rozwijać się będą także wsie centralne, czyli te, w których znajduje się np. urząd gminy, a więc są miejsca pracy i ludzie tam mieszkają. To powoduje, że szansę utrzymać się ma np. fryzjer czy mały sklepik spożywczy. Choć i tak na większe zakupy ludzie będą jeździć do najbliższego dyskontu w pobliskim miasteczku.

Odpływ ludności będzie związany także z coraz większą wydajnością rolnictwa. Do tej samej pracy będzie potrzeba mniej ludzi - maszyny wykonają ją szybciej i w wielu wypadkach taniej. Małe gospodarstwa będą znikać, a większe będą jeszcze bardziej się rozrastać. I to mimo tego, że obecny system dofinansowania unijnego jest skonstruowany w ten sposób, że ten proces spowalnia i jest w dużej mierze nastawiony na konserwowanie status quo. Ale pewnych rzeczy nie da się zatrzymać: w najbliższych latach wieś będzie się stawać jeszcze bardziej zróżnicowana, a nowe podziały będą mniej przebiegać na linii dawnych zaborów, a bardziej na osi centrum-peryferia.

Taniej jest pogodzić się z rzeczywistością

Jak przebiega proces pustynnienia wsi w praktyce? - Polska nie jest pod tym względem w żaden sposób szczególna. Podobne zjawiska zachodzą również na zachodzie Europy, w Portugalii czy Hiszpanii. Młodzi wyjeżdżają, najpierw zamykana jest szkoła, potem znikają kolejne punkty usługowe. Na końcu zamyka się sklep. Na początku jeszcze przyjeżdża sklep obwoźny, a potem nawet to przestaje działać - opowiada prof. Maria Halamska.

W jej najnowszej publikacji można przeczytać, że tylko w czterech województwach: małopolskim, pomorskim, śląskim i wielkopolskim, więcej jest gmin zwiększających liczbę ludności niż tych, które ją tracą. Mimo deklaracji polityków, którzy próbują nam wmówić coś innego, wspominany podział na centrum i peryferia wciąż się pogłębia. Co ciekawe, kiedy w połowie ubiegłej dekady Halamska wydała "Rozwój wiejski w Portugalii. Wzór czy przestroga dla Polski", byli tacy, co uważali, że porównywanie uprawy cytrusów do ziemniaków nie ma najmniejszego sensu. Pustynnienie wsi jest jednak niezależne od klimatu.

Czy warto temu zjawisku przeciwdziałać? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. W Portugalii podnoszone są opinie, że inwestowanie w takie regiony to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Kalkulacja jest prosta. We wsi peryferyjnej miejsca pracy się nie pojawią, a doprowadzenie tam jakiejkolwiek infrastruktury jest droższe niż do wsi centralnych. Z kolei w Niemczech podejmowane są projekty, które mają pomóc lokalnej ludności zaadaptować się do nowej sytuacji, nauczyć, jak sobie radzić z tym, że część usług kiedyś dostępnych znika z najbliższej okolicy. Procesem pustynnienia i generalnie osiedlania można sterować. To trzeba planować z głową. Specjaliści z Instytutu Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa wyliczyli, że w Polsce projekty planów zagospodarowania przestrzennego obejmują tereny, na których mogłoby zamieszkać 300 mln ludzi. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że nowych domów czy mieszkań poszukuje kilka milionów naszych rodaków, to siłą rzeczy ta zabudowa nie może być gęsta, a będzie momentami bardzo rozstrzelona. - To jest bez sensu. Bardziej ekonomiczna byłaby przecież koncentracja zabudowy - stwierdza prof. Halamska.

Z tym że tak radykalnych wniosków politycy boją się jak ognia. To, że część miejsc jest po prostu skazana na powolne zanikanie, nie przejdzie przez gardło żadnemu z nich. Szczególnie przed zbliżającym się maratonem wyborczym. A przecież racjonalne ekonomicznie byłoby rozwijanie infrastruktury i kierowanie strumienia funduszy unijnych w miejsca, które rokują. Bo wbrew pozorom mieszkańcy polskich wsi są młodsi niż ci z miast (w ogóle wsie w dorzeczu Wisły i Odry należą do najmłodszych na Starym Kontynencie). Problem w tym, że bardzo szybko maleje w nich liczba dzieci i młodzieży, które mogłyby przejąć obowiązki dzisiejszych dorosłych. O ile ten proces widoczny jest w całym kraju, to na wsi postępuje jeszcze szybciej.

Częściowym rozwiązaniem problemu byłyby środki unijne, a dokładniej skierowanie tego strumienia w miejsca, w których ma to jakiś sens. Bo o ile głośne i spektakularne przykłady marnotrawienia unijnej manny, jak choćby termy w Lidzbarku Warmińskim (kosztem milionów złotych dowiercono się do gorących wód, które... okazały się zbyt zimne i trzeba je podgrzewać), są już napiętnowane, to strumień pieniędzy płynący na wieś takiej krytyce się wymyka. Tu nie ma tak głośnych inwestycji, tu wszyscy dostają trochę, ten strumień dzieli się na mniejsze, które giną z oczu. Mówiąc obrazowo - jeśli dokona się dziesięciu chybionych inwestycji po 20 tys. zł, to jest to mniej spektakularne niż jedna katastrofa za 200 tys. zł. Ale dzięki temu w miejscowościach, które tracą rację bytu, można trwać.

Najpierw praca, później reszta

Wróćmy do Piwonii w Głuścu. Jest niedzielne przedpołudnie, kilku bywalców w środku gra w lotki - charakterystyczny dźwięk oznacza trafienie w sam środek. Co jakiś czas graczowi uda się dokonać tej sztuki. Ale dwaj z nich myślami są już przy wyjeździe do Warszawy. Jeden, ok. 50 lat, nie myśli o przeprowadzce. Dzieci odchowane, to można żyć na odległość. Dla drugiego, ledwo po dwudziestce, wyprowadzka jest kwestią czasu.

Jak będzie wyglądał Głusiec za 20 lat? - Myślę, że podobnie. Ludzi nie powinno już ubywać, może na starość ci, którzy stąd pochodzą, będą chcieli wrócić? - zastanawia się sołtys. - Teraz gmina wystawiła na sprzedaż trzy działki budowlane, w sumie wychodziło po ok. 20 tys. zł. To dużo taniej niż w sąsiednim Dęblinie. Myślę, że takich możliwości zakupu będzie więcej - przypuszcza radny gminy Sieciechów Kazimierz Klimowicz-Mastaler. Pytanie, czy ktoś będzie chciał z nich skorzystać. - Moja posesja jest na tyle duża, że jedną działkę chciałem oddać synowi, by się budował. Podziękował i powiedział, że teraz trzeba się budować tam, gdzie jest praca - dodaje.

Młodzi wyjeżdżają, więc najpierw zamykana jest szkoła. Potem znikają kolejne punkty usługowe. Na końcu zamyka się sklep. Przez jakiś czas jeszcze przyjeżdża sklep obwoźny, a potem nawet to przestaje działać

@RY1@i02/2013/231/i02.2013.231.00000150f.803.jpg@RY2@

Lech Muszyński/PAP

Maciej Miłosz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.